wtorek, 14 stycznia 2014

ZŁOTE GLOBY 2014 - ZWYCIĘZCY




NAJLEPSZY DRAMAT


Zniewolony. 12 Years a Slave





NAJLEPSZA KOMEDIA LUB MUSICAL


American Hustle




NAJLEPSZY FILM ZAGRANICZNY


Wielkie piękno




NAJLEPSZY FILM ANIMOWANY






NAJLEPSZY REŻYSER


Alfonso Cuaron - Grawitacja




NAJLEPSZY SCENARIUSZ


Ona



ZWYCIĘSCY AKTORZY

 Najlepszy aktor w dramacie - Matthew McConaughey (Witaj w klubie)
Najlepszy aktor w komedii lub musicalu - Leonardo di Caprio (Wilk z Wall Street)
Najlepsza aktorka w dramacie - Cate Blanchett (Blue Jasmine)
Najlepsza aktorka w komedii lub musicalu - Amy Adams (American Hustle)
Najlepszy aktor drugoplanowy - Jared Leto (Witaj w klubie)
Najlepsza aktorka drugoplanowa - Jennifer Lawrence (American Hustle)


I jak? Sprawdziły się wasze typy? Moje nieszczególnie, ale ciężko było mi ocenić obiektywnie każdy film, bo większości jeszcze nie widziałam. Czekam z niecierpliwością na nadchodzące premiery i nominacje do Oscarów. Być może one choć trochę nas zaskoczą.

niedziela, 12 stycznia 2014

Kalendarium # 01/2014


Subiektywny przegląd zapowiedzi filmowych, czyli najciekawiej zapowiadające się produkcje początku nowego roku:



3 stycznia

Jak można pominąć ten film w styczniowych wypadach do kina? To byłoby po prostu niewyobrażalne. Nowe dzieła jednego z moich ulubionych reżyserów, Martina Scorsese do dla mnie każdorazowo obowiązkowa wyprawa przed wielki ekran. Podobnie było i z "Wilkiem z Wall Street" (The Woolf of Wall Street), którego udało mi się zobaczyć wczoraj wieczorem. Świetna kreacja Leonardo di Caprio to tylko jedna z wielu ogromnych zalet tego filmu. Nie będę się jednak na jego temat rozpisywać, bo o swoich wrażeniach po seansie opowiem wam w osobnym poście.

Film otrzymał póki co nominacje do nagród BAFTA, Złote Globy, Złoty Laur, Critics' Choice i wielu innych. Wróżę mu również co najmniej kilka nominacji do Oscara.





Niezwykle kontrowersyjny film Larsa von Triera, który bulwersował już na rok przed oficjalną premierą, podzielony został na dwie części. Premiera pierwszej miała miejsce w zeszłym tygodniu, druga wejdzie do kin ostatniego dnia miesiąca. Ciekawi mnie trochę podział "Nimfomanki" (Nymphomaniac) na dwa epizody i szczerze powiedziawszy zniechęca mnie to trochę do wybrania się do kina, bo wiem, że jeżeli zobaczę część pierwsza, wypadałoby iść i na drugą. Jest to w każdym razie opowieść tytułowej nimfomanki, która zwierza się przypadkowo napotkanemu człowiekowi, rzecz więc być może całkiem ciekawa, a samego Larsa von Triera bardzo lubię, więc i tym dziełem niewątpliwie mnie kusi.










17 stycznia

Nie ukrywam, że styczeń jest dla mnie bogaty w naprawdę świetnie zapowiadające się produkcje, i co najważniejsze produkcje moich ulubionych reżyserów. Nie inaczej jest i z filmem "Pod mocnym aniołem" Wojtka Smarzowskiego. Każdy jego obraz wbija mnie w fotel i każdy wiąże się z obowiązkowym wyjściem do kina. Ostrzę sobie ząbki więc i na tę historię, szczególnie że jest to ekranizacja powieści Jerzego Pilcha. Reżyser opowiada nam tym razem o alkoholizmie, o próbie wyjścia z nałogu i ułożenia sobie życia na trzeźwo. Ja nie mogę się doczekać. A wy?











24 stycznia

"Sierpień w hrabstwie Osage" (August: Osage County) to świetnie obsadzona historia rodzinna. Już sam fakt, że grają w nim tak znamienite aktorki jak Meryl Streep i Julia Roberts powinien przyciągnąć do kina tłumy widzów. Ja obejrzę ten film z ogromną ciekawością, więc z niecierpliwością czekam na premierę.

Film nominowany został do przeróżnych nagród, a wśród nich wyróżnić można chociażby Złote Globy, BAFTA i Critics' Choice.










Miałam ochotę zobaczyć tę animację od wielu wielu lat. Aż dziwne, że w tak długim czasie po jego nakręceniu trafi w końcu do polskich kin. Naprawdę nie sądziłam, że kiedykolwiek się to wydarzy. Grywany będzie wprawdzie jedynie w kinach studyjnych, zatem pewnie nie w każdym mieście, ale tak czy siak myślę, że warto go zobaczyć. Obraz ten opowiada historię rodzeństwa: siostry i brata, którzy starają poradzić sobie w ciężkiej rzeczywistości II wojny światowej.

"Grobowiec świetlików" (Hotaru no haka) zgarnął nagrodę Stowarzyszenia Krytyków Filmowych w Tokio - Błękitną Wstęgę.










31 stycznia

Oto kolejny film, na który czekam z niekłamaną ciekawością, zwłaszcza że to prawdopodobnie jeden z tegorocznych głównych kandydatów do Oscara. "Zniewolony. 12 Years a Slave" (12 Years a Slave) to historia wolnego nowojorczyka, który zostaje oszukany i sprzedany jako niewolnik na południe Stanów Zjednoczonych.

Film ten nominowany jest do naprawdę sporej ilości nagród, w tym siedmiokrotnie do Złotych Globów, jedenście razy do nagrody BAFTA itd. itp.








"American Hustle" opowiada historię oszusta i jego partnerki, uwikłanych w dziwny układ z agentem federalnym, który zmusza ich do działania na niekorzyść pewnych niezwykle ważnych szych. Ma to być po trosze dramat, po trosze komedia, i choć film zbiera naprawdę różne opinie, od tych najbardziej pozytywnych po niezbyt przychylne, i tak z chęcią go zobaczę.

Produkcja otrzymała siedem nominacji do Złotych Globów, dziesięć do nagrody BAFTA i wiele wiele innych.











Poza powyższymi siedmioma filmami, które interesują mnie najbardziej, na uwagę w tym miesiącu zasługują również: "Molier na rowerze" - francuska komedia o emerytowanym aktorze, "Ratując pana Banksa", czyli na poły biograficzny film o powstaniu słynnej Mary Poppins, oraz "Złodziejka książek", czyli ekranizacja uwielbianej przez wielu powieści Markusa Zusaka.



Na co najchętniej wybralibyście się do kina? Ja w tym miesiącu obejrzałabym WSZYSTKO!


sobota, 4 stycznia 2014

Korpo, ciała, sushi i Ikea






Tytuł: Pokolenie Ikea
Autor: Piotr C.
Wyd.: Novae Res
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 194








Na tę książkę natknęłam się zupełnym przypadkiem, zupełnym przypadkiem wzięłam ją do ręki i zupełnym przypadkiem poszłam z nią do kasy, aby wyciągnąć z portfela te dwadzieścia kilka złotych i dać się zaskoczyć. Kolejne z nią doświadczenia były już w pełni świadome.

Przyciągała mnie do siebie, kiedy jeszcze leżała na półce w oczekiwaniu na swoją kolej. Wyciągnęłam ją spośród innych, chciałam przeczytać zaledwie kilka zdań, a pięć minut później miałam za sobą dobre parę stron. Czeka mnie z nią jazda bez trzymanki - pomyślałam i wróciłam do poprzednio czytanej powieści, odkładając lekturę Pokolenia w czasie.

Pierwsze strony zaintrygowały, zbulwersowały i odrzuciły, napawając mnie przeróżnymi odczuciami, najczęściej negatywnymi. Główny bohater, Czarny, to trzydziestopięcioletni radca prawny, grzejący miejsce w jednej z warszawskich korporacji. Jest dumnym reprezentantem pokolenia '70 plus. Ma mieszkanie na kredyt, wypełnione jedynie kilkoma meblami z tytułowego sklepu, całkiem nieźle płatną pracę, ale i spore wymagania od codziennego życia. Chadza do najbardziej ekskluzywnych klubów, wyrywa najlepsze ciała i stara się żyć na miarę swoich możliwości, napawając się przygodnym seksem, drogim jedzeniem i kosztownymi gadżetami, narzekając jednocześnie na swój los i nie wiedząc, czy jest w tej swojej ikeowskiej egzystencji szczęśliwy, znudzony czy pełen zwątpienia. Że jest inteligentny - co do tego nie mamy żadnych wątpliwości. Że to rasowy szowinista - przekonujemy się już po kilku słowach. Powiem wam jednak, że ta swoista satyra na dzisiejszą warszawkę wciąga i nawet jeżeli po kolejnej porcji wulgaryzmów, których poziom w tej książce przekracza 90% tekstu, mam ochotę wystawić jej druzgocącą dwóję, na koniec uśmiecham się tylko pod nosem i myślę sobie, że w ogólnym rozrachunku było całkiem nieźle. 

Pokolenie Ikea miało swój początek na blogu o tym samym tytule. Nigdy go jednak nie śledziłam, więc pierwsze spotkanie z pisarstwem Piotra C. zaliczyłam dopiero przy tej właśnie książce. Można mu naprawdę wiele zarzucić, wylać na niego wiadro pomyj, zmieszać z błotem, wyśmiać i  stwierdzić, że to pozycja godna jedynie rynsztoku. Powiem szczerze, że w pewnych momentach rzeczywiście obrzucałam ją w myślach niewybrednymi epitetami, zdaję więc sobie sprawę z tego, że niektórzy z was pozostaną prawdopodobnie pod wpływem podobnych odczuć aż do ostatniej strony. Ja po jakimś czasie zmieniłam jednak front. Jeżeli pomimo tak znacznego nadmiaru przekleństw, tak szowinistycznego podejścia do kobiet i tak prostackiej wymowy, książka ta wciągnęła mnie, sprawiając, że nie przeszkadzał mi nawet brak konkretnej fabuły i czytałam ją z niespodziewanie wzrastającą przyjemnością, należy jej się coś więcej niż szkolny dopuszczający.

Być może sięgnięcie po tę pozycję to masochizm w czystej postaci, być może spędzicie z nią kilka niezwykle irytujących chwil. Jeżeli macie mimo wszystko ochotę się z nią zapoznać, nie podchodźcie do niej nazbyt poważnie, nie spodziewajcie się też wyżyn kunsztu literackiego. Sama, rozerwana przez całą lekturę pomiędzy niechęcią i zachwytem, stawiam jej jednak piątkę. 

5/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.

czwartek, 2 stycznia 2014

Ocean strachu






Tytuł: Kapitan Phillips (Captain Phillips)
Reż.: Paul Greengrass
Produkcja: USA
Premiera: 8 listopada 2013
Gatunek: biograficzny, dramat
Czas trwania: 2 godz. 14 min.







Bycie kapitanem statku to niezwykle odpowiedzialna praca. Pod swoją pieczą ma się całą załogę i wielką maszynę sunącą po rozległych wodach mórz i oceanów. Richard Philips staje właśnie przed kolejnym swym zadaniem, przygotowuje się do wyprawy potężnym statkiem towarowym przez Ocean Indyjski, na którym od pewnego czasu grasują żądni pieniędzy, niewzruszeni i bezwzględni piraci.

Do pracy szykuje się również Muse - dowódca wodnych złoczyńców. Wybiera pomocników, broń, sprawdza, czy wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i rusza w drogę niewielką motorówką, z ogromnymi jednak planami i aspiracjami. 


Kapitan Phillips nie odbędzie tym razem spokojnej podróży. To właśnie na jego statek ma chrapkę Muse i jego załoga. Historia inspirowana autentycznymi wydarzeniami, opowiedziana z niezwykłą dokładnością prowadzi nas przez wszystkie etapy podróży obu dowódców, aby następnie skupić się na samym porwaniu. Widzimy po kolei, jak działają piraci, jak radzą sobie z niezbyt wyszukanymi środkami obronnymi ogromnego statku towarowego i w jaki sposób przejmują nad nim kontrolę. Czujemy niepokój, jakim owładnięta jest załoga zaatakowanego frachtowca, przewidujemy najgorsze, drżymy o życie tych niewinnych osób, niemal jak o własne, a zdjęcia z ręki sprawią, że łatwiej nam o tę empatię, bo jesteśmy bezpośrednimi obserwatorami nieszczęsnego widowiska.

Spodziewałam się, że ten film będzie dobry, nie wiedziałam jednak, że aż tak bardzo wbije mnie w fotel i sprawi, że nie będę mogła ani na sekundę odwrócić wzroku od kinowego ekranu. Ciągła niepewność, napięcie, wzrastające pomiędzy dwoma wodzami oszałamia, budzi emocje, buduje w nas przekonanie o nadchodzącym tragicznym finale. Piraci nie są wcale stuprocentowo źli i jest to w tym filmie ewidentnie ukazane. Grożą, wymachują bronią, ale tak jak i kapitan Phillips, wykonują jedynie swoją pracę, odpowiadając przed oczekującymi jak największych zysków przełożonymi.


Pamiętacie, jak przy opisie filmu Wyścig pisałam, że to jeden z najlepszych obrazów minionego już roku? Wyobraźcie sobie, że ten podobał mi się jeszcze bardziej. Wspaniała kreacja Toma Hanksa, która zasłużyła na każdą z możliwych filmowych nagród, dopełniła całości. To kino, które po prostu TRZEBA zobaczyć. Nie ma zmiłuj.

5.5/6

Kapitan Philips otrzymał nominację do nagrody Złote Globy 2014 w kategorii "najlepszy dramat".

niedziela, 29 grudnia 2013

Biegnę, więc jestem







Tytuł: O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu
Autor: Haruki Murakami
Wyd.: Muza
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 192







Już na wstępie zaznaczę, że niniejszy wpis będzie nie tylko próbą recenzji książki Murakamiego, ale i moimi subiektywnymi przemyśleniami na temat biegania. Od kiedy zaczęłam i wciągnęłam się w ten sport, widząc jednocześnie zmiany jakie we mnie od tamtego czasu zaszły, mam nieodpartą chęć stale o nim mówić, dzielić się ze wszystkimi swoimi wrażeniami, wychwalać i zachęcać aż do znudzenia, choć do profesjonalnego biegacza, czy maratończyka mi oczywiście daleko.

Murakami przeszedł tę drogę dobre kilkadziesiąt lat temu. Zaczynał jako młody mężczyzna, mając około trzydziestu lat. Dziś, przekroczywszy sześćdziesiątkę, wciąż cieszy się dobrą kondycją i choć być może ultramaroton nie jest już na jego siły, z powodzeniem radzi sobie ze standardową trasą 42 km i 195 m, które pokonuje raz do roku.

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu to swego rodzaju pamiętnik, traktujący nie tylko o tym jak potoczyła się jego ścieżka biegacza, ale i o tym, jak rozpoczął karierę pisarza i w jaki sposób obie te pasje na siebie wpływały.

Zaczyna od opisu ulubionych miejsc, w których zazwyczaj biega i w tym momencie, wyobrażając sobie pokonywanie kolejnych kilometrów na słonecznej plaży przy falach oceanu rozbijających się o brzeg, po raz pierwszy mu zazdroszczę. Blokowisko do najciekawszych lokalizacji nie należy, co potwierdzi zresztą każdy biegający mieszczuch, ale swoje żale zostawiam na boku, bo i moje otoczenie od czasu do czasu zmienia się na nieco łaskawsze. 

Książka Murakamiego jest moim zdaniem całkiem ciekawą pozycją dla fanów jego pisarstwa, którzy ani myślą zabierać się za bieganie, ale również dla tych, którzy stale biegają lub pragną spróbować swoich sił w tym sporcie. Dla biegaczy nie interesujących się literaturą, szczególnie w jego wykonaniu, jest to raczej dzieło, które można pominąć. Sporo dygresji i stałe odchodzenie od głównego tematu trochę mi nie podeszło. Wolałam, żeby autor skupił się jednak na bieganiu. Najbardziej ciekawiły mnie fragmenty, kiedy opowiadał o pierwszym i kolejnych swoich maratonach, a także o ciężkiej próbie sił, jaką było dla niego przebiegnięcie 100 km. Dla mnie na dzień dzisiejszy nawet półmaraton brzmi nierealnie, ale mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni.

Zaczęłam biegać pięć miesięcy temu. Postanowiłam, że mój pierwszy raz będzie decydujący i to właśnie po nim stwierdzę, czy mam zamiar kontynuować, czy też zarzucam ten pomysł na zawsze. Na drugi dzień zamawiałam już odpowiednie buty, na trzeci ruszyłam na kolejną wojnę z własnym lenistwem. Okazała się wygrana. Mój pierwszy bieg trwał 20 minut, był dla mnie ogromną męczarnią, czułam się jednak po nim świetnie i wiedziałam, że kolejne będą tylko lepsze. Mówiąc szczerze, nie zawsze jest kolorowo. Czasem nawet po kilku miesiącach regularnych treningów, ma się gorszy dzień i bieg nie sprawia tony radości, a stanowi wewnętrzną walkę z własną wytrzymałością i silną wolą.

Jeden z zimowych biegów, kiedy na śląskich chodnikach leżał jeszcze śnieg.


To, że bieganie poprawia kondycję, spala kalorie i sprawia, że nasza sylwetka zmienia się na lepsze wie każdy. Nie wszyscy chyba jednak zdają sobie sprawę z tego, jak duże są to zmiany i że nie dotyczą one jedynie ciała, ale i umysłu. Biegając regularnie, w zasadzie uprawiając regularnie jakikolwiek sport, jesteśmy po prostu szczęśliwsi. Lepiej się ze sobą czujemy, pokonujemy własne słabości, stajemy się lepsi, przynajmniej trochę. 

Nie będę was zachęcać do biegania, bo jak słusznie stwierdził w swej książce Murakami, nie ma to głębszego sensu. Do tej decyzji trzeba dorosnąć i co najważniejsze, trzeba ją podjąć samodzielnie.

Książka Murakamiego 4.5/6
Bieganie 6!/6


czwartek, 26 grudnia 2013

Powróćmy jak za dawnych lat w zaczarowany bajek świat






Tytuł: Kraina lodu (Frozen)
Reż.: Chris Buck, Jennifer Lee
Produkcja: USA
Premiera: 29 listopada 2013
Gatunek: animacja, familijny, przygodowy
Czas trwania: 1 godz. 48 min. 







Jeżeli brakuje wam w te święta śniegu, białego puchu spadającego z nieba i otulającego miękko ziemię; jeżeli chcielibyście zmarznąć w nos i poczuć w kościach, że najlepsza pora na Boże Narodzenie to przyjemnie tnąca mrozem zima, a pogoda za oknem sprzyja bardziej wiosennym spacerom niż lepieniu bałwana, zapraszam do kina na nową disneyowską animację, która zabierze was na chwilę do prawdziwej Krainy lodu.
 
 
Zawitajmy zatem w królestwie Arendelle i poznajmy historię dwóch sióstr - księżniczek. Jedna z nich ma być właśnie koronowana na prawowitą władczynię państwa, nikt jednak nie zna jej sekretu; sekretu, który mrozi krew w żyłach i przyprawia o dreszcze. Elza posiada magiczną moc, dzięki której potrafi okryć wszystko szronem i lodem. Nie mogąc jej w pełni kontrolować, za wszelką cenę stara się okiełznać ją w kontaktach z innymi, nie zawsze jej się to jednak udaje. Rozwścieczona nazbyt pochopnymi zaręczynami młodszej siostry Anny, zamienia całe królestwo w lodową krainę, a sama ucieka na najwyższą górę, aby spędzić tam resztę swoich dni i nikomu już nie zagrażać. Zrozpaczona księżniczka udaje się na poszukiwanie swej krewnej - królowej śniegu. Pragnie sprowadzić ją z powrotem do domu i sprawić, żeby tafle lodu, w jakie zmieniło się królestwo, odtajały i przywróciły mu utracone piękno.

W tym właśnie momencie wolno płynąca dotąd opowieść nabiera tempa. Szalony pościg, walka na śmierć i życie z czyhającymi po drodze niebezpieczeństwami i tony śniegu, okrywające świat bohaterów i nieułatwiające im zadania zachwycają i sprawiają, że na policzki wychodzi nam rumieniec. Od mrozu czy od nadmiaru wrażeń? Pewnie się domyślacie.


Kraina lodu, poza bajeczną animacją, jest również na poły całkiem niezłym musicalem. Trzeba się zatem przygotować na sporą dawkę ujmujących melodii i głównych bohaterów wyśpiewujących swe smutki czy radości. Nie czułam jednak przesytu, porcja muzyczna była na tyle wyważona, że nie przytłumiła całego obrazu, dodała mu jedynie smaku i sprawiła, że widz odbył podróż w przeszłość do czasów najlepszych animacji, wychodzących spod pieczy słynnej wytwórni Disneya. 

Nie jest to być może jedna z tych bajek, których głównym celem jest rozbawienie widza śmiesznymi dialogami, ale bałwanek Olaf i uroczy renifer nie raz skutecznie nas rozśmieszą. Popisali się również graficy, tworzący scenerie, zapierające dech w piersiach. I chociaż fanką zimy nie jestem, zachwyciłam się tamtejszą lodową krainą, tak piękną, że nie straszne mi były jej śniegi i mrozy. Ubierzcie się zatem ciepło i zapukajcie do oszronionych bram Arendelle. Czeka was za nimi iście mroźna przygoda.

5/6

Kraina lodu otrzymała nominację do nagrody Złote Globy 2014 w kategorii "najlepsza animacja".

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!





Już niedługo zajdzie słońce i na niebie pojawi się ta długo wyczekiwana pierwsza gwiazdka (a może i nawet gwiazdki, bo pogoda w tym roku wyjątkowo łaskawa). Z tej okazji życzę wam wszystkim, jak na blogerkę książkową przystało, wielu wspaniałych powieści pod choinką i niezwykle interesującego czytelniczo Nowego Roku! 

Jeżeli macie ochotę na dawkę świątecznej literatury, zachęcam do zapoznania się z zeszłoroczną recenzją cudownej Opowieści wigilijnej. 

Gdyby jednak bardziej interesowało was, co też ten magiczny czas ma nam do zaoferowania w kwestii filmów, zapraszam na Święta przed telewizorem. 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...