Tytuł: Django (Django Unchained)
Reż.: Quentin Tarantino
Produkcja:USA
Premiera: 18 stycznia 2013
Gatunek: dramat, western
Czas trwania: 2 godz. 45 min.
Zwykle, kiedy do kin wchodzi nowy film Tarantino, zacieram ręce na pyszną zabawę i rezerwuję bilety z najlepszą miejscówką. Przygotowuję się na głośny chlupot odbijającej się od ścian krwi, szykuję usta do wyginania w krzywy uśmiech, podyktowany ironią wylewającą się z dialogów, i wiem, że czeka mnie kolejna niezapomniana uczta - uczta, która zakorzeni się w mojej pamięci i świadomości, jako wspaniały kinowy twór jednego z moich ulubionych reżyserów. Zapytacie, czy jestem obiektywna, mając na uwadze fakt tak wielkiej adoracji mistrza Quentina. Odpowiem Wam zatem, że nie wzięła się ona znikąd i zachęcę do zapoznania się z dziełami, o których pewnie nie raz słyszeliście, stały się przecież klasykami w historii światowej kinematografii. "Pulp Fiction", "Wściekłe psy", czy nawet ostatni jego film "Bękarty wojny" to produkcje, które moim zdaniem poznać powinien każdy szanujący się kinoman. Ten oryginalny reżyser potrafi przenieść wszystkie swoje zabawki wraz z całą piaskownicą do każdego kolejnego filmu, i jednocześnie zaskoczyć widza czymś nowym, zahaczyć o niezbadane dotąd rejony i zrobić to tak, jakby całe życie zmierzał do jednego konkretnego celu i tylko na nim się skupiał. Panie i Panowie, przed Wami DJANGO!
Rzecz dzieje się dwa lata przed wybuchem Wojny Secesyjnej. Południe Ameryki stanowi pożywkę dla handlarzy niewolników, jest siedliskiem brudnych, nikczemnych praktyk, niemających w poszanowaniu innej rasy niż biała. Właśnie w tych czasach przyszło żyć Django - butnemu, czarnoskóremu mężczyźnie, który, wydawać by się mogło, pogodzony jest z losem. Pozory jednak i w tym przypadku mylą. Wisi nad nim piętno zemsty, a w sercu gnieździ się pragnienie uwolnienia ukochanej Broomhildy, służącej u ekscentrycznego bogacza Calvina Candy'ego. Nietrudno sobie wyobrazić jak ciężko jest ratować i aktywnie działać, kiedy kajdany ranią nogi do krwi, uniemożliwiając ucieczkę, a nad głową stoi kilku rosłych mężczyzn z bronią w ręku. I tu, w najmniej spodziewanym momencie, na drodze naszego bohatera pojawia się pewna postać. Wygląda całkiem niewinnie, ot miły, nieszkodliwy, kulturalny pan w średnim wieku, były dentysta, doktor King Schultz. Okazuje się jednak, że to Niemiec, mało tego, łowca głów. To właśnie ten ekscentryczny jegomość postanawia dać upust swej niechęci do idei niewolnictwa i daruje Django upragnioną wolność. A w postać tę wciela się nie kto inny, jak Christoph Walz, okrutny nazista z "Bękartów wojny", co zresztą stanowi chyba pewien prztyczek w nos widza mającego tendencję do szufladkowania aktorów, grywających u tych samych reżyserów.
Czy ten obraz to rzeczywiście taki jawny przejaw rasizmu? W Stanach pojawiły się na jego temat bardzo skrajne opinie. Sam Spike Lee okrzyknął film bulwersującym i zachęcał swych fanów do bojkotu. Z kin wychodzi jednak wielu uśmiechniętych i zadowolonych Afroamerykanów, którzy nie czują się urażeni. Ba! Twierdzą, że dzieło Tarantino to ukłon w stronę ich uciśnionych przodków. Ja również odbieram ten film w ten właśnie sposób. A jeżeli inny reżyser zarzuca twórcy "Django" rasizm, to chyba mu po prostu zazdrości. A jest czego.
5,5/6

