Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leopold Tyrmand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leopold Tyrmand. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 stycznia 2013

Tyrmand i jego muza






Tytuł: Tyrmandowie. Romans amerykański
Autor: Agata Tuszyńska
Wyd.: mg
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 269  








miłość, filoz., religiozn. uczucie skierowane do osoby lub przedmiotu, wyrażające się w pragnieniu dla nich dobra, szczęścia i zachowania ich istnienia*
 
Rzec by się chciało, że ta dwójka poznała się przypadkiem, ale pierwszymi, ciekawymi siebie nawzajem spojrzeniami obdarzyli się na umówionym wcześniej spotkaniu. Ona miała za dużo makijażu, starł jej go chusteczką. On okazał się zbyt niski, nuta rozczarowania przebiegła przez jej myśli. 

List rozpoczynający ich znajomość wysłała jeszcze go nie znając. Była 23-letnią studentką iberystyki, a on imponował jej swoim stylem i poglądami polityczno-kulturalno-obyczajowymi spisywanymi na kartach prestiżowego New York Times'a. Nie sądziła nawet, że jej odpisze, lecz kilka tygodni później otrzymała wiadomość z odpowiedzią, w której słynny Tyrmand zachęcał ją do kontaktu telefonicznego. Tak właśnie umówili się na owo spotkanie, które naznaczyć miało ich dalsze losy. Od tej chwili przestali być Mary Ellen i Leopoldem. Stali się koherentną całością.

Przyznaję, że nie czytałam jeszcze żadnej książki tego znamienitego polskiego pisarza. O jego świetności dowiedziałam się dopiero wkraczając w blogowy świat, a więc dziełami, poprzez które zaczynam go poznawać są właśnie jego listy do trzeciej żony, z którą żył już do końca swych dni. A życie to, jak na historię pisaną przez rzeczywistość przystało, bywało różne. Nie zawsze byli obok siebie i na każde swoje skinienie, żyli często w rozjazdach. Oboje uwielbiali jednak pisać i przelewać swoje myśli na papier, wzajemna korespondencja była więc dla nich rzeczą zupełnie naturalną. Większość z ich listów zachowała się zresztą do dziś, i my, czytelnicy, mamy możliwość otworzenia tej szuflady pełnej kopert i wyciągnięcia ukrytych w nich papierowych skarbów, z rumieńcami na policzkach i szeroko otwartymi oczami, przepełnionymi dziecięcą ciekawością.

Zawsze interesowały mnie takie autentyczne historie miłosne. Bez zbędnego lukru, bez happy-endu, z szarością i problemami codziennego życia, do bólu szczere i porywające w swej prostocie, tworzące jednocześnie wokół siebie swoiście magiczną otoczkę, którą charakteryzują się głębokie i pełne oddania zażyłości. Chętnie przeczytałabym więcej tych listów, więcej komentarzy samej Mary Ellen, obejrzałabym więcej zdjęć, bo wszystko to zostawiło we mnie pewien niedosyt. Jest to jednak moim zdaniem niedosyt czytelniczo pozytywny, bo autorka zachowała spore pole do popisu dla wyobraźni swego odbiorcy, a i pani Tyrmand ukryła część swego życia za kurtyną, którą odsłania tylko do pewnego momentu. Obie ukazały nam w zamierzeniu to, co może nas zaciekawić, ale nie obarczyły nas zbyt szeroką wiedzą na temat życia tej pary, nie wpuściły do jej małżeńskiej alkowy, która kryła w sobie złoża przeróżnych sekretów. Uchyliły drzwi i pozwoliły patrzeć nam przez szparę na kilka wybranych wycinków z tego pięknego romansu - amerykańskiego romansu ze snów. Ja zajrzałam tam z nieukrywaną przyjemnością.

5/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę!

* źródło: słownik PWN  
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...