Tytuł: Nie opuszczaj mnie
Autor: Kazuo Ishiguro
Wyd.: Albatros
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 320
Elitarna szkoła z internatem w malowniczym i eleganckim zakątku Anglii; nauczyciele kładący nacisk na wykorzystanie zdolności artystycznych swoich wychowanków; zupełnie zwyczajni nastolatkowie z problemami odpowiednimi do ich wieku. Zdawać by się mogło, że nie ma w tym wszystkim niczego dziwnego, niczego odznaczającego się i wybiegającego poza ramy ogólnie przyjętych norm. Wszystko biegnie utartym torem i myślimy, że nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Powoli jednak zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo pozory potrafią mylić. Przekraczając bramy tego zakątku pełnego roześmianych dzieciaków, przeżywających swe pierwsze zauroczenia i antypatie, zmagających się z trudnościami w nauce i życiu towarzyskim, natrafiamy na zadrę. Coś jest nie tak, coś tu zgrzyta i stopniowo uwalniając pilnie strzeżoną tajemnicę, wychodzi ociężale na jaw. W rozmowach przewija się słowo "donacja", lecz nikt tak naprawdę nie zdaje sobie do końca sprawy z tego, co ono dokładnie oznacza i jaki wpływ będzie miało na dalsze życie młodych ludzi.
Głównymi bohaterami powieści są Ruth, Tommy i Kathy będąca jednocześnie narratorką książki. Historia opowiedziana z jej punktu widzenia skupia się na losach trójki przyjaciół, począwszy od pobytu w idyllicznym Hailsham, poprzez kolejne etapy ich życia. Kathy (ręką Ishiguro) pisze jak typowa nastolatka. Nastoletni wydaje się również być jej tok myślenia, więc nie do końca potrafiłam się z nią utożsamić. Przez opowieść prowadziła mnie wolno, obszernie opisując rzeczy, które zdawały się niepotrzebne i zupełnie nieatrakcyjne z punktu widzenia czytelnika. Bardzo rozwlekała niektóre wątki sprawiając, że czasami powiało nudą. Sama historia, choć może w założeniu miała potencjał i wydawała się oryginalna, wyszła po prostu dziwnie i niezbyt ciekawie.
Są podobno dwie szkoły: albo się tę książkę uwielbia, albo miesza z błotem. Moje odczucia plasują się chyba gdzieś w połowie. Nie jest to zupełny gniot, powieść tę czyta się płynnie i z lekkim zaciekawieniem czekamy na rozwiązanie niektórych wątków. To, co otrzymujemy jednak rozczarowuje. Ja miałam ochotę zapytać "Jak to? Tylko tyle? To już koniec?". Autor buduje atmosferę tajemnicy i gdy czekamy na to, aby coś się w końcu wydarzyło i zaskoczyło intrygującym rozwiązaniem, łapiemy się na tym, że właśnie przeczytaliśmy ostatnie zdanie powieści...
Ja jej nikomu nie odradzam. Skoro została w 2005 roku nominowana do nagrody Bookera, to z pewnością znajdzie się grono jej zwolenników, być może także wśród Was. Myślę, że książkę lepiej przyjmą nastolatki, ale nie sądzę z drugiej strony, żeby to była reguła, więc jeżeli macie ochotę, to po prostu wypróbujcie ją sami.
P.S. Słyszałam, że adaptacja tej powieści jest od niej samej dużo ciekawsza i warto się z nią zapoznać. Myślę, że wkrótce uda mi się ją obejrzeć, a wtedy na pewno spiszę swoje wrażenia. Może ta sama historia nakreślona reżyserskim okiem ukaże to, czego zabrakło w wersji papierowej.
3.5/6
* s.85
