Tytuł: Zielone drzwi
Autor: Katarzyna Grochola
Wyd.: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 406
"Teraz nadszedł ten moment , kiedy muszę się wytłumaczyć, dlaczego, mimo że nie jestem Tomaszem Mannem, zabrałam się do pisania tej książki. Odpowiedź jest prosta. Znowu ku pokrzepieniu własnego serca. Chciałam sobie przypomnieć rzeczy dobre, które mnie spotkały. Nie otwieram na oścież zielonych drzwi, tylko je uchylam."*
A teraz z kolei nadszedł ten moment, kiedy to ja sama wytłumaczę się, dlaczego, z moim umiłowaniem do lektur nieco ambitniejszych, sięgnęłam po Grocholę. Wytłumaczę się też z tego, czemu mi się podobała i czemu będę polecać Wam "Zielone drzwi" (bo będę).
Do sięgnięcia po tę książkę namówiła mnie Mama, która czytała ją przede mną. A, że użyła dosyć przekonujących argumentów typu "to nie jest żadne babskie romansidło, a fragmenty przypominają czasem historie rodem z Mikołajka", stwierdziłam, że w końcu są wakacje, więc czemu nie? Zapomniałam na chwilę o niezbyt udanych ekranizacjach książek tej pani i o jej występie w "Tańcu z gwiazdami", a moje "Nigdy w życiu dla Grocholi" zamieniłam na "Grochola? Niech będzie". I tak, próbując pozbyć się nieco sceptycznego z początku nastawienia, zaczęłam czytać. I zaskoczyła mnie, nie powiem.
Książka ta stanowi zbiór migawek z życia Anny Katarzyny Grocholi, której ojciec stwierdził, że imię stojące bliżej nazwiska jest ważniejsze - tak też została Kasią. Rozpoczyna się dosyć zabawnie historyjkami ze szkolnej ławy: koleżanki, koledzy, nauczyciele, psikusy, żarty, stres przed przepytaniem i klasówkami, przyjaźnie, miłości i miłostki - ot codzienność z życia niezbyt ułożonej licealnej klasy. I tu rzeczywiście widziałam pewne podobieństwo do śmiesznych szkolnych opowieści z serii o Mikołajku. Lecz chwilę później klimat diametralnie się zmienia.
Przenosimy się do czasów, kiedy Grochola kończy szkołę i, chcąc w przyszłości studiować medycynę, rozpoczyna pracę salowej w szpitalu. I tu zaskakuje mnie po raz pierwszy. Oczami młodej dziewczyny widzimy szpitalny świat od kuchni. Bez żadnych upiększeń patrzymy na cewniki, baseny, strzykawki, a w końcu i śmierć, i dziwimy się tej determinacji, która do tak ciężkiej pracy pchnęła nastolatkę. Podziwiamy ją za jej hart ducha i nie kończący się optymizm nawet w obliczu najgorszego.
Kolejne zaskoczenie nastąpiło, gdy Grochola opisywała swą ciężką chorobę i, tym razem, pobyt w szpitalu z perspektywy pacjenta. Dramatyzm i naturalizm szpitalnych scen ujęty w prostych, bardzo trafnych słowach sprawił, że całość stworzyła niezwykle przejmującą opowieść. Nie będę zdradzać szczegółów, bo nie o to tu chodzi. Powiem tylko, że, nie wiem jak reszta jej książek i całkiem możliwe, że już do żadnej innej nie dam się przekonać, ale "Zielone drzwi" są godne polecenia. Autorka wiele w życiu przeszła i warto przeczytać te strony wyrwane z jej pamiętnika.
Sama siebie zaskakuję w tym momencie, ale...
5/6
*"Zielone drzwi", Katarzyna Grochola, Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2010, s.406

