Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 czerwca 2014

Kronika zapowiedzianej śmierci







Tytuł: Batalista
Autor: Arturo Perez-Reverte
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 272







Jako fotograf amator nie raz zastanawiałam się nad tym, jak wygląda praca reportera wojennego - osoby, która osłonięta jedynie swoim aparatem, jest najbliższym świadkiem mordów, gwałtów i krzywd wyrządzanych niewinnym osobom w imię dobra narodu. Wiem doskonale, że czasami, aby sprostać wszelkim technicznym aspektom dobrej fotografii, odcinamy się od rzeczywistego obiektu, który znajduje się w zasięgu naszej ręki czy kilku kroków, widząc go jedynie jako przyszłe zdjęcie, jako kadr, jako kolor i jako złapaną w locie chwilę. Czy można zatem znieczulić się na gorzki smak brutalnych wojen, znajdując się w samym ich środku? Moja odpowiedź na to pytanie jest wprawdzie czysto hipotetyczna, myślę jednak, że w pewien sposób tak. Nie wątpię mimo wszystko, że tego typu zdarzenia pozostawiają na ludzkiej psychice trwały, bolesny ślad, którego nierzadko ciężko się pozbyć, czego idealnym przykładem jest właśnie główny bohater książki Arturo Pereza-Reverte.

Faulques był świetnym fotografem wojennym, zdobył mnóstwo prestiżowych nagród, a jego zdjęcia wzbudzały emocje i przenosiły widza w samo centrum brutalnych walk. Z czasem jednak coś się w nim wypaliło, stwierdził, że pora zmienić profesję, zakupił latarnię morską i zaczął tworzyć w niej dzieło swojego życia - ogromny fresk, splatający w sobie mroczne losy wszystkich wojen, w jakich brał udział jako reporter. Życie skupione na jednym artystycznym celu mąci mu jednak nagle pewien Chorwat - bohater jednej z najbardziej cenionych fotografii tytułowego batalisty. Okazuje się, że zdjęcie to wywołało lawinę tragicznych w skutkach zdarzeń, które na zawsze naznaczyły jego losy. Pragnie zemsty i jest zdeterminowany, aby za wszelką cenę dopiąć swego.

Pomimo tego, że tematyka tej powieści może nieść ze sobą prowizoryczną mnogość akcji, jest jej tam naprawdę niewiele. Całość skupia się wokół rozmów Faulquesa z Markoviciem i retrospekcji z pola bitewnego, na którym jeden był fotoreporterem, a drugi żołnierzem. Bohaterów jest tu właściwie jedynie trzech. Obok dwóch wymienionych, we wspomnieniach przewija się również pewna kobieta, która, będąc ważną częścią życia batalisty, budzi ciekawość Chorwata.

Jest to zatem powieść o wojnie, ale i o życiu po niej, o rozważaniach na temat sztuk, jakimi są fotografia i malarstwo i o wyższości jednej nad drugą, o "efekcie motyla". Obaj mężczyźni próbują rozwikłać zagadkę fotografów wojennych i ich wpływu na dalsze losy uwiecznianych przez nich osób, obaj reprezentują różne punkty widzenia i każdy z nich wie lepiej, do jakich wniosków prowadzi jego własna historia.

Książkę tę musiałam sobie trochę mimo wszystko dawkować. Wiele było w niej negatywnych emocji, które snuły się pomiędzy literami nie tylko w rozpamiętywanych przez bohaterów wojennych wydarzeniach, ale i w ich rozmowach, spojrzeniach i gestach. Ogólnie rzecz biorąc, podobało mi się umiarkowanie. Lubię przegadane dzieła, ale to mnie dziwnie przytłoczyło. Tak czy inaczej jest to wciąż bardzo dobra literatura, a moja ocena jest jak zwykle bardzo subiektywna.

4.5/6

sobota, 18 stycznia 2014

Tam, gdzie śpiewają norweskie lasy







Tytuł: A lasy wiecznie śpiewają
Autor: Trygve Gulbranssen
Wyd.: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 560







Uwielbiam klimat Skandynawii, tamtejsze krajobrazy, które ujmują i na długo pozostają w pamięci, prostotę stylu, zarówno architektury jak i literatury, i wreszcie pewną tajemnicę, którą niosą ze sobą długie białe noce latem i ciemne krótkie dni zimą.

W Polsce czytamy wiele skandynawskich utworów, są to jednak głównie historie kryminalne, które przyciągają swoją mroczną aurą i kolejnymi nierozwiązanymi zagadkami. Ja chciałam poznać literacką stronę tego intrygującego północnoeuropejskiego państwa poprzez zgoła inną powieść, poprzez książkę naznaczoną tamtejszą nieodgadnioną przeszłością, tradycjami zakorzenionymi w porozsiewanych po dzikich zakątkach kraju domach. Chciałam cofnąć się te kilka wieków wstecz, odbyć przechadzkę po gęstych lasach, wysokich górach, dać się przerazić nieokiełznanej przyrodzie, niosącej ze sobą szereg przeróżnych niebezpieczeństw, ukryć się przed dziką zwierzyną, aż w końcu przekroczyć progi jednego z tamtejszych domostw, otrzymać kielich rozgrzewającego trunku i wyłożyć się wygodnie przed płonącym drewnem, trzaskającym wesoło w kominku. Wszystko to otrzymałam w powieści Trygve Gulbranssena. I chociaż ciężko zapamiętać mi to dosyć trudne nazwisko, samej książki z pewnością nie zapomnę przez długi czas.

Utwór ten składa się w zasadzie z dwóch powieści, należących do jednego cyklu. Jest to tytułowa A lasy wiecznie śpiewają oraz jej druga część Dziedzictwo na Björndal. Pierwsze polskie wydania z lat 30-tych ubiegłego wieku pojawiły się osobno. Dziś na szczęście nie musimy już czekać na dalsze losy głównych bohaterów książki. Mamy je w jednym, dosyć opasłym, ale ładnie wydanym tomie.

Przejdźmy jednak do samej historii. Na przełomie XVIII i XIX wieku północną Norwegię zamieszkiwał pewien bogaty, odważny acz butny ród, na który w każdym pokoleniu składało się kilku rosłych, przystojnych mężczyzn, imponujących swą siłą, niezależnością i bohaterstwem, przywiązaniem do tradycji, rodziny i dzikich lasów, okalających tamtejsze ziemie. Każdy znikał w nich od czasu do czasu, zagłębiał się w niebezpieczne gęstwiny drzew z bronią pod pachą i zapasem jedzenia w tobołku. Tam walczył o przetrwanie, o pożywienie, odzienie, o własne jestestwo. Lasy były drugim domem, drugim życiem, ważną częścią samego człowieka. Mogły obdarować go hojnie swoimi darami lub zrzucić na jego barki tragedię, dawały szczęście i napawały trwogą.

Również kobiety są w tej powieści silne, mądre, stojące u boku swoich mężów, niezdolnych zwykle do okazywania uczuć. Znoszą cierpliwie niekończące się wycieczki do lasów, boją się, lecz są dzielne. Wierzą w swoich mężczyzn, wiedzą, że wszystko, co ich spotyka jest wolą boską, i choć często nie opuszczają ich czarne myśli, przyjmują wszelkie przeciwności losu, aby rosnąć w siłę i być prawdziwą ostoją tak ważnego w całym państwie rodu.

Książkę tę nazywa się czasami norweską epopeją narodową. Czy słusznie? Cóż, nie wszystkim słowo to kojarzy się dobrze, nie każdy był w stanie przebrnąć przez niełatwe dzieło naszego słynnego wieszcza. Ja nie widziałam jednak żadnego podobieństwa pomiędzy tymi dwoma lekturami. Powieść Gulbrannsena napisana jest prostym, surowym, lekko starodawnym stylem, który nie jest jednak archaiczny, a przyswojenie treści nie przysparza czytelnikowi żadnych problemów. Opisy przyrody nie są nużące, stanowią bardzo plastyczne tło powieści, pomagają wyobrazić sobie rzeczywistość, w jakiej żyli nasi bohaterowie. Do gustu przypadło mi również przedstawienie wnętrz domostwa rodu Björndal. Czułam się tak, jakbym siedziała na tamtejszych pięknie rzeźbionych krzesłach przy wielkim, suto zastawionym stole, leżała na miękkim, rozłożystym łożu, chodziła po skrzypiącej drewnianej podłodze i wyglądała przez okno w oczekiwaniu na przybycie gości.

Przepadłam w tej powieści bez reszty, wciągnęłam się w kuszące i odpychające zarazem groźne tereny lasów, w codzienność wspaniale nakreślonych postaci. Żyłam ich radościami, tragediami, podejmowałam z nimi życiowe decyzje, patrzyłam jak się cieszą i jak cierpią, jak walczą z przyrodą i z własnymi słabościami. Tę podróż do Norwegii uznaję zatem wszem i wobec za niezwykle udaną. Również was zachęcam do wsłuchania się w śpiew tych dalekich lasów. Być może przemycone w nim historie oczarują was tak samo, jak i mnie.

5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka.

czwartek, 2 stycznia 2014

Ocean strachu






Tytuł: Kapitan Phillips (Captain Phillips)
Reż.: Paul Greengrass
Produkcja: USA
Premiera: 8 listopada 2013
Gatunek: biograficzny, dramat
Czas trwania: 2 godz. 14 min.







Bycie kapitanem statku to niezwykle odpowiedzialna praca. Pod swoją pieczą ma się całą załogę i wielką maszynę sunącą po rozległych wodach mórz i oceanów. Richard Philips staje właśnie przed kolejnym swym zadaniem, przygotowuje się do wyprawy potężnym statkiem towarowym przez Ocean Indyjski, na którym od pewnego czasu grasują żądni pieniędzy, niewzruszeni i bezwzględni piraci.

Do pracy szykuje się również Muse - dowódca wodnych złoczyńców. Wybiera pomocników, broń, sprawdza, czy wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i rusza w drogę niewielką motorówką, z ogromnymi jednak planami i aspiracjami. 


Kapitan Phillips nie odbędzie tym razem spokojnej podróży. To właśnie na jego statek ma chrapkę Muse i jego załoga. Historia inspirowana autentycznymi wydarzeniami, opowiedziana z niezwykłą dokładnością prowadzi nas przez wszystkie etapy podróży obu dowódców, aby następnie skupić się na samym porwaniu. Widzimy po kolei, jak działają piraci, jak radzą sobie z niezbyt wyszukanymi środkami obronnymi ogromnego statku towarowego i w jaki sposób przejmują nad nim kontrolę. Czujemy niepokój, jakim owładnięta jest załoga zaatakowanego frachtowca, przewidujemy najgorsze, drżymy o życie tych niewinnych osób, niemal jak o własne, a zdjęcia z ręki sprawią, że łatwiej nam o tę empatię, bo jesteśmy bezpośrednimi obserwatorami nieszczęsnego widowiska.

Spodziewałam się, że ten film będzie dobry, nie wiedziałam jednak, że aż tak bardzo wbije mnie w fotel i sprawi, że nie będę mogła ani na sekundę odwrócić wzroku od kinowego ekranu. Ciągła niepewność, napięcie, wzrastające pomiędzy dwoma wodzami oszałamia, budzi emocje, buduje w nas przekonanie o nadchodzącym tragicznym finale. Piraci nie są wcale stuprocentowo źli i jest to w tym filmie ewidentnie ukazane. Grożą, wymachują bronią, ale tak jak i kapitan Phillips, wykonują jedynie swoją pracę, odpowiadając przed oczekującymi jak największych zysków przełożonymi.


Pamiętacie, jak przy opisie filmu Wyścig pisałam, że to jeden z najlepszych obrazów minionego już roku? Wyobraźcie sobie, że ten podobał mi się jeszcze bardziej. Wspaniała kreacja Toma Hanksa, która zasłużyła na każdą z możliwych filmowych nagród, dopełniła całości. To kino, które po prostu TRZEBA zobaczyć. Nie ma zmiłuj.

5.5/6

Kapitan Philips otrzymał nominację do nagrody Złote Globy 2014 w kategorii "najlepszy dramat".

sobota, 30 listopada 2013

Męskie kino babskim okiem






Tytuł: Wyścig (Rush)
Reż.: Ron Howard
Produkcja: Niemcy, USA, Wielka Brytania
Premiera: 8 listopada 2013
Gatunek: biograficzny, dramat, sportowy
Czas trwania: 2 godz. 3min.







Wciąż mam przed oczami jedną z ostatnich scen filmu. Zalany deszczem tor wyścigowy, krople z impetem odbijające się o jego podłoże, czarne chmury wiszące nisko nad barwnymi parasolami osłaniającymi samochody, kolory przygaszone lekko szarością posępnej pogody. Śmierć wisi w powietrzu, wbija nas głębiej w fotel, rodzi niepokój i sprawia, że w napięciu czekamy na nieuniknione zielone światło, które tym razem nie wróży niczego dobrego. Auta ruszają. Zamieramy. 

Nigdy nie interesowałam się zawodami Formuły 1, nazwiska Laudy i Hunta były mi obce. Nieznana była mi również ich zażarta rywalizacja, odbywająca się na przestrzeni kilku lat. Dzieliło ich wszystko. Brytyjczyk James Hunt był lekkoduchem i hulaką, wiecznym imprezowiczem, żyjącym chwilą. Austriak Niki Lauda z kolei, kalkulował wszystko na zimno, był inteligentny, wyrachowany i z uporem maniaka dążył do wyznaczonych sobie celów. Wśród wielu różnic, które poprowadziły ich do wzajemnej niechęci było jednak coś, co sprawiało, że chowały się one na dalszy plan, łączyła ich bowiem szybkość na torze i ogromna chęć zwycięstwa.


Reżyser nie naznacza tego filmu własnym stylem, on opowiada historię. Ukazując nam inność głównych bohaterów, wyłuskując ogrom dzielących ich cech i tak znacząco zróżnicowany tryb życia, pokazuje, że wcale nie trzeba mieć podobnych ideałów, aby dążyć do wspólnego celu. Rywalizacja między tą dwójką jest od samego początku napięta. Porażki przeplatają się z wygranymi, wygrane zakropione są bąbelkami szampana, ale i stresem oraz ryzykiem, jakie wiążą się w nieunikniony sposób z zawodem kierowcy rajdowego. Oni obaj znają ten sport, znają zagrożenie, a wsiadając do swojej maszyny, którą Hunt niejednokrotnie określa mianem trumny, zdają sobie sprawę z tego, że może to być ich ostatni wyścig. Naciskając pedał gazu wiedzą, że istnieje dwudziestoprocentowe prawdopodobieństwo śmiertelnego wypadku, o czym fachowo przypomina nam Lauda.

Historia ta od samego początku zaskarbia sobie pełnię naszej uwagi. Lauda i Hunt poznają się na naszych oczach, widzimy jak po raz pierwszy rzucają sobie wrogie spojrzenia, podglądamy z czego wyrasta zasiane głęboko ziarno rywalizacji i niechęci. Wspinają się razem przez wszystkie szczeble kariery rajdowca, osiągając wreszcie upragniony sukces - zagrzewając sobie miejsce w najlepszych autach Formuły 1.


Nie jest to temat, który przyciąga do kin rzesze zaciekawionych widzów, a szkoda, bo to jeden z lepszych filmów, jakie miałam okazję w tym roku zobaczyć. Nie trzeba być znawcą Formuły 1. Na moim przykładzie widać, że nie trzeba się nią nawet interesować, aby uznać ten obraz za fascynujący i dać się porwać mruczącym silnikom, piskom opon, wzmagającemu się napięciu i coraz to zawrotniejszej prędkości.

Zachwyciły mnie sceny wyścigów, w których niemałą rolę odegrał świetny montaż, garść wspaniałych efektów specjalnych i zdjęcia, które na długo pozostaną w mojej pamięci. Formuła 1, jak się przekonałam, to nie tylko szybkie auta i przystojni mężczyźni, to również wola walki zagnieżdżona ciasno pod kaskami rajdowców, to ich nerwy, chęć zwycięstwa, adrenalina popychająca ku ryzykowaniu własnego życia, ale i cała otoczka, mająca miejsce gdzieś poza polem widzenia przeciętnego obserwatora.

Pomimo tytułu posta i ogólnej tematyki filmu, nie wsadzałabym go do szuflady z napisem męskie kino, choć taka klasyfikacja z pewnością nie byłaby mylna. Do obejrzenia zachęcam wszystkich, bez względu na płeć. Zdecydowanie warto.

5/6

czwartek, 28 listopada 2013

Don't worry, be happy







Tytuł: Poradnik pozytywnego myślenia
Autor: Matthew Quick
Wyd.: Wydawnictwo Otwarte
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 380







Książki nierzadko zyskują sławę, dzięki popularności filmów, które zostały na ich podstawie stworzone. Reżyserzy widzą w danej historii potencjał, czasami odrobinę ją zmieniają, spłycają przekaz, skracają wątki lub nadają jej inny ton. I właśnie wtedy, kiedy dane dzieło wchodzi do kin i na dodatek interesuje się nim sama Akademia, przyznająca corocznie najbardziej prestiżowe nagrody filmowe na świecie, ludzie postanawiają sięgnąć po pierwowzór - powieść, która niezwłocznie zdobywa miejsce na chwalebnych półkach księgarnianych z napisem bestseller. Czy jednak książka, która cieszyć się może świetnym podłożem marketingowym i sprzedażą w wysokim nakładzie przez wzgląd na renomę nakręconego na jej podstawie filmu, to rzeczywiście dzieło, na które warto zwrócić uwagę?

Sama zazwyczaj zerkam na te półki z niekłamaną ciekawością, ale rzadko interesują mnie pozycje, które buchają stamtąd dumnie kolorowymi okładkami. Być może z przekory, być może dlatego, że nie odpowiadają mi gatunki powieści tam wystawianych, przechodzę wgłąb sklepu, gdzie znajduję zwykle to, co bardziej wpisuje się w mój gust. Czasami jednak ciekawość poskramia tę przekorę i na widok niektórych bestsellerów w moim oku pojawia się błysk. Skoro tyle osób zachwyca się tą książką, skoro powstał na jej podstawie tak dobrze przyjęty film, musi coś przecież być na rzeczy - myślę i powieść ląduje na innej półce, tym razem tej mojej, domowej.

Nie inaczej było i z debiutem amerykańskiego pisarza Matthew Quicka, który pozytywną okładką, pozytywnym tytułem i pozytywną ekranizacją zdobył serca wielu ludzi na całym świecie. Jak zatem ja zapatruję się na tę historię? Czy i mnie urzekła swym optymistycznym wydźwiękiem?

Pat, główny bohater powieści wyszedł właśnie z niedobrego miejsca, jak zwykł nazywać szpital psychiatryczny. Minęło około czterech lat, on sądzi, że było to zaledwie kilka miesięcy; zostawiła go żona, jemu wydaje się, że to tylko chwilowa rozłąka. Rzeczywistość miesza się z wytworami odurzonego lekami umysłu; umysłu, który wymazał z pamięci pewne ważne wątki z życia mężczyzny. Ciężko się odnaleźć i od nowa budować relacje z otoczeniem, kiedy nie wie się dokładnie, co sprowadziło życie na ten właśnie tor. Pat nie traci jednak humoru. Wierzy w to, że niedługo spotka się ze swoją ukochaną, którą oczaruje wyćwiczonym, wysportowanym ciałem i przeczytanymi lekturami, które jak dotąd omijał szerokim łukiem. Bo życie to przecież film, a każdy zawsze kończy się happy endem.

Narracja prowadzona jest z perspektywy Pata, który zdaje się patrzeć na otaczającą go rzeczywistość oczyma dziecka. Wplątani zostajemy ściśle w jego relacje z rodzicami: opiekuńczą matką, która jest w stanie poświęcić wiele dla dobra swego syna, oraz z ojcem, który trochę się go wstydzi, trochę go nie akceptuje i jedynym uczuciem, które względem niego wykazuje jest niechęć. Pojawia się i wreszcie postrzelona i równie poturbowana psychicznie Tiffany, która ma co do naszego bohatera pewien plan. Są oni jednak tak różni i jednocześnie tak do siebie podobni, że relacja ta jest od samego początku dosyć chaotyczna, co intryguje i sprawia, że z niecierpliwością czekamy na rozwój sytuacji.

Książkę tę czyta się błyskawicznie. Jest napisana prostym i przyjemnym językiem, a to spory jej plus. Sama historia mnie jednak nie oczarowała. Nie miała tego czegoś, nie była jakaś. Zamknęłam ostatnią jej stronę i niemal natychmiast zajęłam się czymś innym, nie poświęcając jej ani minuty więcej. Po pierwsze, jest ona dosyć przewidywalna, i choć sama w sobie nie jest typowym romansem, wątek uczuciowy poprowadzony został w sposób niezwykle sztampowy. Niektórzy zarzucają jej także, że zbyt wiele w niej futbolu, i choć rzeczywiście odgrywał on tutaj znaczną rolę, mnie to jednak nie przeszkadzało. Ogólnie nie żałuję czasu, który z tą powieścią spędziłam, nie rozumiem jednak zachwytu nad nią i nakręconym na jej podstawie filmem. Było miło, było sympatycznie, było pozytywnie, ale daleko mi do ochów i achów na jej temat. Czy ją polecam? Cóż, myślę, że warto wyrobić sobie na jej temat własne zdanie, więc jak najbardziej.

4,5/6

niedziela, 17 listopada 2013

Kiedy wyobraźnia jest jedynym oknem na świat






Tytuł: Imagine
Reż.: Andrzej Jakimowski
Produkcja: Francja, Polska, Portugalia, Wielka Brytania
Premiera: 12 kwietnia 2013
Gatunek: dramat, komedia
Czas trwania: 1 godz. 45 minut





Andrzej Jakimowski jest dla mnie jednym z najlepszych współczesnych polskich reżyserów, nie ukrywam zatem, że spodziewałam się po tym filmie mistrzowskiego seansu, który dotrze do samej głębi mojej kory mózgowej. Wcześniejsze produkcje, które wyszły spod jego pieczy, szczerze mnie oczarowały, pozostawiając w mojej głowie plątaninę przeróżnych myśli. Genialne Zmruż oczy czy urzekające Sztuczki wprowadzają widza w bardzo specyficzny świat sztuki filmowej przez duże S, będąc jednocześnie produkcjami uważanymi za niszowe. My - Polacy nie jesteśmy raczej przyzwyczajeni do takich filmów. Multipleksy serwują nam zgoła inne dzieła. Nikogo to zresztą nie dziwi, kiedy do kina chadzamy najczęściej na amerykańskie superprodukcje. Warto jednak czasami wyjrzeć poza utarte schematy i wziąć pod uwagę film, obok którego w normalnych warunkach przeszlibyśmy obojętnie. Takie klimatyczne, płynące wolnym rytmem dzieło może być wspaniałą odskocznią od pędzącej niczym auto wyścigowe codzienności.


Pierwsze, co odurza w filmach Jakimowskiego, to zdjęcia. Nie inaczej jest i z Imagine, które już od pierwszych minut ujmuje nas pełnymi uroku sceneriami portugalskiego miasteczka. Jego progi przekraczamy wraz z głównym bohaterem, nowym nauczycielem w dosyć nietypowej szkole. Tutejsi uczniowie nie patrzą bowiem na świat oczyma przeciętnych ludzi, starają się go ujarzmić poprzez dźwięki, poprzez zakodowane w pamięci obrazy - są niewidomi. Ian ma za zadanie nauczyć ich orientacji przestrzeni, i jak się okazuje, nie dość, że stosuje serię dosyć kontrowersyjnych metod, sam również stracił wzrok. Lekcjom tym przygląda się Eva, ciekawa nietuzinkowego gościa, lecz niepogodzona ze swą niepełnosprawnością.
 
Jesteśmy świadkami przełamywania barier, nauki tego, jak żyć we własnym ciele, kiedy odmawia nam ono posłuszeństwa. Lekcje te nie są łatwe, uświadamiają nam jednak, że każda sytuacja, w której się znajdziemy, nawet ta najbardziej beznadziejna, rodzi wiele niespodziewanych i nieoczywistych możliwości. Dodatkowo reżyser i nam dosyć znacznie zawęża pole widzenia. Kiedy jesteśmy biernymi uczestnikami plenerowych zajęć Iana, nie widzimy, co jego uczniowie starają się opisać za pomocą dźwięków i własnych przypuszczeń. Możemy jedynie wytężyć słuch, aby odgadnąć, czy ich spostrzeżenia są celne, a następnie dostrzec, jaką sztuką jest tak niestandardowe odkrywanie świata.
 
 
Życie niewidomych nie jest łatwe i dzieło to pokazuje nam być może dosyć jasny i barwny obrazek z ich codzienności, odkrywa też jednak i tę drugą stronę, po której nie każdy potrafi odważyć się iść o krok dalej, po której, próbując i ryzykując, nabijamy sobie kolejne guzy. Uświadamia nam również, że czasami oczyma wyobraźni zobaczyć można znacznie więcej, niż mogłoby nam się wydawać, że osoba, która mocno chce, prawdopodobnie kilka razy się potknie, ale w końcu dopnie swego. Wszystko to podszyte jest delikatnym humorem, cienką nitką dramatu, a także garścią magii i metafizyki, a mieszanka ta unosi się gdzieś w powietrzu i snuje wokół głównej historii, tworząc w całej tej prostocie obraz wspaniale niebanalny.

5/6

środa, 14 sierpnia 2013

Bękarty wojny






Tytuł: Legion
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wyd.: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 800








Czym byłaby dziś historia, gdyby nie ludzie, którzy wpadli na mądry pomysł skrupulatnego spisywania jej dziejów? Jakim krajem byłaby dziś Polska i jacy bylibyśmy my, Polacy, gdyby nie krew przelana przez naszych przodków w czasie brutalnych wieloletnich wojen i pomniejszych potyczek? W dzisiejszych czasach żyjemy z dnia na dzień. Nie pytamy o przeszłość, a historia jest jedynie atramentem wylanym na papier szkolnych podręczników, lub taśmą filmową przeróżnej jakości tworów rodzimych reżyserów. Mało tego,  jest ona często traktowana wybiórczo, osoby, które nie zatopią się głębiej w jej meandrach, nie będą zatem w stanie poznać znaczących, choć niewyciąganych na światło dzienne, faktów z życia swego kraju.

Poza ramy stereotypowych wyobrażeń na temat literackiego ujmowania przeszłości wychodzi niewątpliwie Elżbieta Cherezińska, znana polskim czytelnikom głównie z opowieści zahaczających o czasy średniowieczne. Moje pierwsze z nią spotkanie było już jednak nieco bardziej współczesne. Spod jej pióra wyszła opowieść, którą zapamiętam na długo, żałując, że nie poznałam jej wcześniej.

Wraz z pierwszymi stronami tego opasłego dzieła przenosimy się do czasów II wojny światowej, śledzimy jej początki, zgłębiamy każdy kolejny rok z osobna, docierając do samego jej kresu, a wszystko to w doborowym towarzystwie walecznych polskich patriotów. O Brygadzie Świętokrzyskiej nie usłyszmy w szkole. Już same Narodowe Siły Zbrojne traktowane są zazwyczaj po łebkach, choć okazuje się, że odegrały w naszej historii niezwykle ważną rolę. Działający na własną rękę, niepodporządkowany Armii Krajowej i Naczelnemu Wodzowi oddział przedzierał się przez poniewieraną Polskę, ratując okoliczne wsie przed terrorem wprowadzanym nie tylko przez Niemców czy Sowietów, ale również przez nieznających litości polskich komunistów.

Historię tę poznajemy od podszewki, zaznajamiając się z losami każdego z głównych członków brygady z osobna od zarania wojny, aż do ostatecznego połączenia z amerykańską armią generała Pattona. Naprzemiennie śledzimy ich losy, i choć już od pierwszych stron autorka częstuje nas ogromem nazwisk, każdorazowo przypomina, z kim dokładnie mamy do czynienia, przytaczając krótki opis danej osoby, ułatwiając nam tym samym lekturę i bieżące śledzenie akcji.

Postawy członków Brygady Świętokrzyskiej są godne podziwu, a waleczność, zarówno mężczyzn jak i kobiet, daje do myślenia, obrazując jednocześnie, jak rozwijała się sytuacja polityczna tamtych czasów, ale też jakie przekonania i wartości rządziły polskim narodem. To właśnie oni słusznie nie zawierzyli Sowietom, nazywani niejednokrotnie "niemieckimi pachołkami", nie mieli jednak nic wspólnego z germańskim wrogiem. Byli dzielni, nie bali się umierać za ojczyznę i, choć brzmi to wszystko niezwykle patetycznie, potrafili działać skutecznie, nie bacząc na własne potrzeby, dbając o dobro ogółu.

Książka ta być może pęka od natłoku dat i nazwisk, napisana jest jednak ze swadą, czasami i humorem, lecz przede wszystkim z rozmachem wielkiej powieści historycznej. Wartka akcja wciąga w wir wydarzeń, a fakt, że opowieść ta oparta jest na autentycznych wydarzeniach i większość jej bohaterów to osoby, które na stałe zapisały się w kronikach polskiej historii, sprawia, że czyta się ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Autorka świetnie odzwierciedla realia czasów II wojny światowej, co daje czytelnikowi świadomość, iż nie zatapia się w fikcję, lecz przebija się przez chaszcze prawdziwych losów walczącej Polski.

Zapraszam na tę niestandardową lekcję historii. Nie zanudzi was, gwarantuję.

5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka.

środa, 17 lipca 2013

Kalendarium # 07/2013


Subiektywny przegląd zapowiedzi filmowych, czyli co zrobić z wolnym wakacyjnym czasem:


3 lipca

"Potwory i spółka" były całkiem zabawną i przyjemną bają i tego też, szczerze mówiąc oczekuję po prequelu tej popularnej animacji. Studio Pixar wchodzi w tym miesiącu do kin z "Uniwersytetem potwrnym" (Monsters University). Po obejrzeniu zwiastuna, zakładając, że składa się on z najciekawszych urywków filmu, mam raczej mieszane uczucia. Bajkę tę mimo wszystko i tak z pewnością obejrzę. Tym razem twórcy bandy szalonych potworów ukazują nam czasy zanim jeszcze ich bohaterowie straszyli zawodowo. Jak wypadną te szkolne lata, początki przyjaźni i pierwsze lekcje z siania postrachu? Sama jestem ciekawa.

Animacja nominowana była do nagrody Teen Choice, jako najlepsza komedia lata.








12 lipca

Kolejna animacja i jednocześnie kolejna kontynuacja bajki sprzed kilku lat. Nie oglądałam wprawdzie filmu "Jak ukraść księżyc", ale myślę, że nie przeszkadza to w wybraniu się do kina na "Minionki rozrabiają" (Despicable Me 2). Zwiastun zapowiada świetną, naprawdę zabawną komedię z uroczymi stworkami w zanadrzu. Fabuła kręci się właśnie wokół nich. Poprzez ingerencję jakiegoś tajemniczego osobnika przestają być takie urocze i zaczynają pożerać wszystko co mają w zasięgu swych paszcz. Na ratunek przychodzi im Gru, postać znana tym, którzy obejrzeli pierwszą część bajki.

Tę animację również nominowano do nagrody Teen Choice za najlepszą komedię lata jak również "najlepszy filmowy wybuch złości".





Odchodzimy na chwilę od filmów, które mają za zadanie nas rozśmieszyć. Oto niemiecko-australijsko-brytyjska produkcja, która nie ma nic wspólnego z komedią. "Lore" to tytuł filmu, ale również imię głównej bohaterki - Niemki, której rodzice, złapani przez aliantów w 1945 roku lądują w więzieniu. Młoda dziewczyna wraz ze swym rodzeństwem przemierza około 900km, aby dotrzeć do swojej babci. W tle przewijają się obrazy zniszczonej Rzeszy.

Film zdobył jedną nagrodę i siedem nominacji Australijskiego Instytutu Filmowego oraz nagrodę publiczności na MFF w Locarno.








Kolejną propozycją jest być może niełatwy, ale podobno piękny izraelski film o kobietach w świecie Chasydów - "Wypełnić pustkę" (Lemale et ha'halal). Opowiada o młodej dziewczynie, która, cytując Filmweb, po śmierci starszej siostry musi od nowa szukać swojego miejsca w chasydzkiej społeczności.

Film był wielokrotnie nagradzany i nominowany, m.in. na MFF w Wenecji, Film Independent i Ofir - Izraelska Akademia Filmowa.












19 lipca

Gore Verbinski, twórca trzech części świetnych "Piratów z Karaibów" powraca z nowym dziełem. Tym razem przenosi nas na Dziki Zachód, na którym "Jeździec znikąd" (The Lone Ranger), zamaskowany stróż prawa przemierza kraj wraz z Johnnym Deppem w roli Indianina, aby zemścić się na zabójcach swych towarzyszy. Przygodowe kino pod szyldem Disneya może być całkiem ciekawe. Co Wy na to?

Obraz ten otrzymał dwie nominacje do nagrody Teen Choice dla aktora lata - Johnny Depp oraz za "ulubioną chemię filmową".








Woody Allen w spódnicy? Czy rzeczywiście? Greta Gerwig w roli tytułowej "Frances Ha" zachwyciła zarówno krytyków, jak i samą publiczność na festiwalach w Sundance i w Berlinie. Postać to postrzelona, radosna, optymistyczna i lekko neurotyczna, a film nie jest, jak przystało na produkcje XXI wieku kolorowy, a czarno-biały. Ja chętnie zobaczę, cóż to za twór, wręcz umieram z ciekawości.














6 lipca

Wielbiciele francuskich komedii z pewnością ucieszą się na wieść o nowym filmie twórców kultowych "Gustów i guścików". W produkcji "Książę nie z tej bajki" (Au bout du conte) występuje dwudziestokilkuletnia Laura, która szuka miłości, i jej dosyć ciekawi rodzice, śledzący i oceniający losy swej córki. Może być zabawnie, chociaż głowy nie dam.














Moimi faworytami lipca są trzy zupełnie różne filmy: "Minionki rozrabiają", "Lore" i "Frances Ha". A Waszymi? Może coś z kina akcji, którego tym razem tu nie wymieniłam, a wspomnieć można chociażby o "World War Z", "Pacific Rim", "Wolverine", czy "Red 2"?


piątek, 12 lipca 2013

Fokus na hokus pokus!






Tytuł: Iluzja (Now You See Me)
Reż.: Louis Leterrier
Produkcja: USA
Premiera: 28 czerwca 2013
Gatunek: kryminał, thriller
Czas trwania: 1 godz. 55 min.  







Magia jest iluzją, kłamstwem. Nie dajcie się nabrać. Wszystko, co dane wam będzie tu zobaczyć nadszarpnie nieco waszą percepcję, przestaniecie ufać własnym zmysłom, spostrzegawczość schowa się w kąt. Zastanowicie się, czy to wciąż rzeczywisty świat sprytnych sztuczek prestidigitatorów, czy może już nieodgadniona kraina czarów. Granica między nimi zaciera się, a odbiór zależy jedynie od tego, jak twardo stąpacie po ziemi, i czy potraficie dojrzeć podstęp wśród plątaniny zgrabnych ruchów wyćwiczonych magików.

Oderwijmy się zatem na chwilę od sznurów realności, które opinają nas na co dzień swym ciasnym splotem, dajmy się zaczarować, omamić, przymknijmy oko na niedoskonałości, niedopowiedzenia i nieścisłości tych czarów marów i spędźmy niecałe dwie godziny poddając się czystej "Iluzji".


Oto kolejny amerykański heist movie - film o umiejętnie ukartowanym wielkim napadzie, tym jednak razem nieco nietypowym. Nie dość, że odbywa się on podczas magicznych występów i dokonują go zmyślni iluzjoniści, to jeszcze zgarnięty majątek, wzorem Robin Hooda, oddawany jest dotkniętym kryzysem i wszelkimi niesprawiedliwościami systemu ludziom.

Wszystkich bohaterów poznajemy najpierw z osobna. Los łączy ich dopiero na dalszym etapie życia, kiedy każdy z nich obrał już ścieżkę swej magicznej kariery. Mamy tu zatem piękną artystkę cyrkową, której nie straszne są ostre zęby piranii, przebiegłego złodziejaszka, używającego magicznych sztuczek do efektywnego okradania niczego nieświadomych widzów jego jednoosobowego spektaklu, karcianego wirtuoza, oraz hipnotyzera, potrafiącego czytać w umysłach swych "ofiar". Ci Czterej Jeźdźcy tworzą kwartet, z którym problem mają najlepsi przedstawiciele prawa w kraju. Jak bowiem udowodnić, że ich czarodziejskie poczynania niezgodne są z prawem, kiedy nie wiemy nawet, gdzie tkwi haczyk?


Film jest bardzo barwny, a szybkie tempo narzucone przez reżysera nie pozwala nam się nudzić. Logicznie trochę zgrzyta, nie chodzi w nim jednak przecież o skrupulatne tłumaczenie magicznych wyczynów czwórki przebiegłych iluzjonistów, nie wszystko musi być tu jasne, nie taka jest wszak idea iluzji. Wspaniałe efekty specjalne, świetnie dobrani aktorzy i, być może lekko dziurawy, acz mimo wszystko ciekawy, scenariusz budują w nas przekonanie, że to film, na który warto poświęcić tę krztynę wolnego czasu.

Zaczyna się wręcz bardzo dobrze. Jesteśmy zachwyceni Czterema Jeźdźcami, szafującymi swymi skrzętnie obmyślonymi sztuczkami na prawo i lewo. Lecz, im dalej w las, tym bardziej przekombinowany staje się ten obraz, doprowadzając nas wprawdzie do ogromnie zaskakującego finału, dającego widzom pstryczka w nos swym nieoczekiwanym rozwiązaniem, ale taka kumulacja akcji i przeróżnych splotów wydarzeń, poczęstowała mnie zdecydowanym przesytem.

"Iluzja" to, pomimo moich subiektywnych uprzedzeń, film, który prawdopodobnie zaczaruje niejednego widza. Jest idealną produkcją na wakacyjny, leniwy czas, kiedy jedyne, czego pragniemy to lekkostrawne, plastyczne i wciskające w fotel kino. Mnie pod tym względem zdecydowanie nie zawiodła.

4.5/6


środa, 3 lipca 2013

Po drugiej stronie. . . szafy






Tytuł: Dziewczyna z szafy
Reż.: Bodo Kox
Produkcja: Polska
Premiera: 14 czerwca 3013
Gatunek: dramat, komedia
Czas trwania: 1 godz. 30 min. 







Rozpoczyna się przyjemnie. Błękitne niebo, delikatne białe chmurki płyną po ekranie i przeciskają się gdzieś między napisami początkowymi. Muzyka nastraja pozytywnie i melancholijnie zarazem. Nazwisko debiutującej w filmie aktorki pojawia się jako pierwsze i bardzo podoba mi się to niewypychanie gwiazd vel popularnych aktorów na piedestał i promowanie młodych talentów. Rozmarzam się, zaczynam pałać do filmu przychylnymi emocjami i czekam, co będzie dalej.

Z chmur spadamy brutalnie na ziemię. Blokowisko, szary beton, bezbarwne ulice, chodniki, brzydkie klatki schodowe, nawet trawa ma tu odcień wyblakłej zieleni. Suniemy po dziurawych ścieżkach, lekko rzednie nam mina, lecz oto kapie na nas kropla kolorowej farby - pojawiają się nasi bohaterowie, barwne ptaki na firmamencie przytłaczającej zwyczajności. Patrzymy na nich najpierw nieco z przymrużeniem oka, nie wiemy jeszcze, jak się do nich ustosunkować, bo dziwne to takie i nieprzewidywalne. Każdy z nich jest na swój sposób osobliwy, wszyscy są trochę samotni, trochę nieszczęśliwi, odrobinę zagubieni i szukający swego miejsca na ziemi, co czyni ich bardzo ludzkimi i zupełnie oderwanymi od rzeczywistości jednocześnie.


Tomek jest introwertyczny i autystyczny, żyje w świecie, w którym po niebie snują się wielkie zeppeliny. Godzinami patrzyłby w przestrzeń, którą rysuje jego wyobraźnia, a która dla widza jest jedynie pustym obrazem nudnego nieboskłonu. Jacek, brat Tomka, to gaduła i kobieciarz, zbyt często lokujący swe uczucia nie tam, gdzie trzeba, lecz kochający swego brata i dbający o niego jak tylko potrafi. Jest wreszcie i ona - Magda, niedoszła samobójczyni, zamknięta w sobie, zamknięta w szafie, otaczająca się wonią marihuany i środków odurzających, które prowadzą ją przez chaszcze zielonych gajów wprost do rajskiej błogiej krainy zapomnienia. W tle przewija się również sąsiadka, pani Kwiatkowska, stanowiąca kwintesencję beretów z moheru, zaściankowości, ignorancji i złośliwości, wyrzucanych z jadem na lekko nietypowych mieszkańców bloku; a także poczciwy stróż prawa nieszczęśliwie zakochany w Magdzie i próbujący zdobyć choć cień jej zainteresowania.


Humor miesza się tu z groteską, niezwykłe wytwory otumanionych narkotykami umysłów, czy omamy wywołane chorobą, przeciwstawiają się wielkiej betonowej płycie rodem z czasów PRL-u. Reżyser lawiruje między przytłaczającą szarzyzną i barwnymi wizjami, które pomagają bohaterom utrzymać się na powierzchni życia. W trywialny, zdawałoby się, sposób opowiada o rzeczach ważnych, o problemach trapiących współczesne społeczeństwo, o outsiderach, o samotności w tłumie, o niezrozumieniu. Nawet zakończenie wzbudza niejednoznaczne odczucia: ulgę, smutek, radość, żal, zwątpienie i nadzieję.

Jaki zatem mainstream stworzył ten off-owy przecież twórca? Z jakim skutkiem wtargnął do multipleksów? Dla mnie było to kino, jakiego brakuje wśród współczesnych polskich produkcji. Trochę kameralne, niebanalne, proste, ale urzekające, z przesłaniem, ale nie pompatyczne, z humorem, lecz bez śmieszności. Wszystko zdawało się tu posiadać idealnie wyważone proporcje. Dopisali również aktorzy, dosłownie każdy z nich perfekcyjnie wczuł się w odgrywaną rolę, tworząc nietuzinkową i pełnowymiarową postać. I muzyka! Ach, cudowna! 
 
Zapraszam do kina! Nic dodać, nic ująć.

5/6

sobota, 15 czerwca 2013

Kalendarium # 06/2013


Subiektywny przegląd zapowiedzi filmowych, czyli alternatywa dla czerwcowych spacerów:


7 czerwca

"Dziewczynka w trampkach" (Wadjda) to produkcja rodem z Arabii Saudyjskiej, opowiadająca właśnie o tych rejonach, o życiu tam, o życiu kobiet. Zbuntowana dziesięciolatka marzy o rowerze. Marzy o nim w kraju, w którym osoby jej płci mają zakaz prowadzenia pojazdów i pragnie tę zachciankę za wszelką cenę zrealizować. Czy jej się to uda i czy będzie to historia gorzka, czy pogodna - sama jestem ciekawa.

Film ten zdobył trzy nagrody na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji oraz nominację do nagrody w konkursie "Horyzonty".











14 czerwca

Wbrew pozorom i stereotypom uwielbiam polskie filmy i nie przestaję wierzyć w nasze rodzime kino. Co roku, oprócz godzących w gust szanującego się kinomana głupkowatych komedii, trafić możemy na prawdziwe perełki. Tego też spodziewam się po obrazie "Dziewczyna z szafy", który wydaje się być niezwykle ciepłą i zabawną historią, rodem z magicznych pól wyobraźni reżysera. Głównymi bohaterami są Jacek i jego niepełnosprawny brat, tracący często kontakt z rzeczywistością. Wszystko zmienia się, gdy na ich drodze staje wrzucona w depresję sąsiadka. Już dziś wiem, że wybiorę się na ten film do kina. A Wy?

Produkcja ta otrzymała kilka nagród na Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i film" w Koszalinie, w tym za najlepszy film, cztery nagrody na Ogólnopolskim Festiwalu Filmowym Prowincjonalia, dwie Tarnowskie Nagrody Filmowe oraz nominację do nagrody "Perspektywa" im. Janusza Kuby Morgensterna.


Zapewne kojarzycie Danny'ego Boyle'a z filmów takich jak "Trainspotting", czy nominowanych do Oscara "Slumdog Milioner z ulicy" i "127 godzin". W tym miesiącu reżyser ten wraca do kin z nową produkcją. Tym razem jest to hipnotyzujący (dosłownie i w przenośni) thriller "Trans" (Trance). Będzie o kradzieży wartościowych obrazów, utracie pamięci i sposobach, jak ją odzyskać. Może być całkiem ciekawie.











Parada równości nikogo już w dzisiejszych czasach nie dziwi. Inaczej ma się jednak sprawa we wciąż konserwatywnej Serbii, w której kwestia ta nadal nie wychodzi poza ramy tabu. Film "Parada" opowiada o losach i zmaganiach tamtejszych homoseksualistów. Powinno być trochę zabawnie, trochę dramatycznie i dosyć nietuzinkowo. 

Film zdobył trzy nagrody na Berlinale oraz nagrodę i nominację na MFF GLBT w Turynie.









Jeżeli oglądaliście "Drive" i kojarzycie Ryana Goslinga, prawdopodobnie możecie mniej więcej domyślać się, czego spodziewać się po filmie "Tylko Bóg wybacza" (Only God Forgives). Będzie trochę mroczny, może i mocny i brutalny, trochę przemilczany, z ciekawą ścieżką dźwiękową. Przynajmniej ja tak go widzę i pewnie prędzej czy później się na niego skuszę, bo każdy film z tym aktorem to dla mnie "must watch".

Obraz ten zdobył nominację do Złotej Palmy w Cannes.











21 czerwca

W tym miesiącu czeka nas też gratka dla wielbicieli superbohaterów. Oto pojawia się znana nam postać, choć tytuł "Człowiek ze stali" (Man of Steel) może być odrobinę mylący. Film ten opowiada historię Clarka Kenta, kojarzonego przez wszystkich kultowego Supermena. Kino akcji to być może nie moja bajka, ale chętnie bym ten film zobaczyła. Czasami daję się skusić i na takie kino, więc kto wie.












Film "Między słowami" jest jednym z moich ulubionych i Sofia Copolla zaskarbiła sobie nim moją pełną aprobatę dla jej twórczości, dlatego najnowsze jej dzieło "Bling Ring" zdecydowanie wyciągnie mnie do kina w któryś z czerwcowych wieczorów. Obraz ten opowiada prawdziwą historię nastolatków pragnących choć na chwilę żyć życiem gwiazd znanych z okładek tabloidów i z portali plotkarskich. Brzmi całkiem intrygująco, a w wykonaniu tak uzdolnionej reżyserki film ten z pewnością wart jest obejrzenia.












28 czerwca

Grupa iluzjonistów napadająca podczas swoich występów na banki i rozdająca zagrabione pieniądze publiczności? Brzmi nierealnie, ale o tym właśnie opowiada film "Iluzja" (Now You See Me), wchodzący do kina pod koniec miesiąca. Obraz ten zachęca mnie nie tylko swoją tematyką, ale i świetną obsadą, w tym jednymi z moich ulubionych aktorów: Jessem Eisenbergiem i Woodym Harrelsonem. Bardzo jestem ciekawa, co z tego wszystkiego wyniknie.













Moi faworyci w tym miesiącu to "Dziewczyna z szafy", "Bling Ring" i "Iluzja". A Wy na co macie ochotę?

wtorek, 2 kwietnia 2013

Kalendarium # 04/2013


Subiektywny przegląd zapowiedzi filmowych, czyli na co wybrać się do kina w oczekiwaniu na wiosnę:



5 kwietnia

Lubię, kiedy głównymi bohaterami animacji są zwierzęta, lub jakieś stwory. Nieco bardziej sceptycznie podchodzę do bajek, w których stawia się na ludzi, mniej lub bardziej dziwnych, ale jednak. Mieszane uczucia mam więc również co do filmu "Krudowie" (The Croods). Twórcy "Madagaskaru" przenieśli bohaterów swej nowej animacji do świata prehistorycznego, w którym przyszło im walczyć z końcem świata, z niecodziennymi stworzeniami i przerażającą nieznaną w postaci nowych wynalazków. Zapowiada się to wszystko całkiem ciekawie i jest to w zasadzie jedyna bajka miesiąca, więc może warto. Ja poczekam raczej na DVD.







"Raj: Wiara" (Paradise: Glaube) to druga część Trylogii o cnotach. Pierwsza "Raj: Miłość" zdobyła sporą popularność w kinach studyjnych Polski. Mi niestety nie udało się na nią załapać, ale z pewnością to jeszcze nadrobię. Tym razem reżyser Ulrich Seidl porusza trudny temat wiary, a główna bohaterka poświęca się krzepieniu jej w sercach austriackich ateistów. Szyki psuje jej niejako mąż - muzułmanin, który wraca po latach nieobecności, przykuty do wózka inwalidzkiego. Może być ciekawie, ale najpierw sięgnę zapewne po pierwszą część serii.









Dramat historyczny "Cristiada" (For Greater Glory: The True Story of Cristiada) oparty jest na prawdziwej historii Meksyku lat 30-tych XX wieku, kiedy, cytując Filmweb, rząd pragnął uniezależnić państwo od wpływów kościoła i religii. Zwiastun nie powalił mnie na kolana i nie zrodził w mojej głowie narastającej chęci zobaczenia tej produkcji, ale jak wiadomo, migawki z filmu to nie wszystko i być może obraz ten zasługuje jednak na uwagę.











Patrząc na plakaty i hasła reklamowe, myślałam, że ten film to kolejna durna amerykańska komedia. Obejrzałam jednak zwiastun i okazało się, że nic bardziej mylnego. Komedii może rzeczywiście i tu trochę jest, jest to jednak również dramat opowiadający historię czterech młodych dziewczyn uwikłanych w ciemne sprawki z czołowymi bandytami okolicy w zanadrzu. Czemu "Spring Breakers" ma aż tak wysokie noty - nie wiem. Chętnie go jednak obejrzę, mając nadzieję, że szum wokół tej produkcji nie polega jedynie na dobrze rozegranym marketingu.












12 kwietnia

Uwaga, uwaga! Oto film reżyserowany przez Dustina Hoffmana, znanego nam między innymi z roli nieszczęśliwie zakochanego Absolwenta czy niepoprawnej Tootsie. "Kwartet" (Quartet) - jego debiut, wyszedł mu zresztą podobno wyśmienicie i sama ostrzę sobie na niego ząbki. Otóż wyobraźcie sobie, że jest to opowieść o domu starości dla emerytowanych śpiewaków operowych. Jak dla mnie już sam ten temat wydaje się całkiem zabawny i ciekawy.

Uwielbiam Jakimowskiego. Zarówno cudne "Zmruż oczy" jak i trzymające poziom "Sztuczki" należą do jednych z moich ulubionych polskich filmów. Z niecierpliwością czekałam na to, co reżyser zaproponuje nam tym razem. Jest to mój zdecydowany kinowy faworyt tego miesiąca i z pewnością się na niego wybiorę. "Imagine" opowiada historię instruktora niewidomych, który przybywa do ośrodka w Lizbonie, aby uczyć swych pacjentów prawidłowej orientacji. Znając reżysera możemy zapewne spodziewać się tego, że będzie trochę zabawnie, trochę nostalgicznie i z pewnością bardzo kameralnie. Już nie mogę się doczekać!











 

poniedziałek, 25 lutego 2013

Oscary 2013 - Wielcy Wygrani



NAJLEPSZY FILM

Operacja Argo



NAJLEPSZY REŻYSER

Ang Lee



NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY

Daniel Day-Lewis



NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA

Jennifer Lawrence



NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY

Chritoph Waltz



NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA

Anne Hathaway

 

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY

Django



NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY

Operacja Argo



NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY

Miłość



NAJLEPSZY FILM ANIMOWANY

Merida waleczna



I jak? Sprawdziły się Wasze typy? Moje tylko po części. Może w przyszłym roku pójdzie mi lepiej :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...