Tytuł: Małe kobietki
Autor: Louisa May Alcott
Wyd.: MG
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 304
XIX-wieczne powieści nigdy mnie nie kręciły. Będąc małą dziewczynką nie zaczytywałam się w opowieściach o Ani z Zielonego Wzgórza, a jako dwudziestolatka nudziłam się jak mops, czytając "Dumę i uprzedzenie". Szerokim łukiem omijałam romanse, książki o kobiecych losach. Wolałam zaczytywać się w czymś, co według mnie, było bardziej wartościowe i lepiej współgrało z moją osobowością. Nadszedł jednak czas, kiedy postanowiłam przełamać te drzemiące we mnie uprzedzenia i zaczęłam zerkać z ciekawością również na inny typ literatury niż dotychczas. Postanowiłam zaniechać swojej książkowej dyskryminacji i sięgać po gatunki, które wcześniej wydawały mi się obce. Tym sposobem przekonałam się, że i romans potrafi być dobry, wciągający i wartościowy, a książki dla płci pięknej i o niej ciekawe i zupełnie nienużące. I tutaj przemycę naukę dla was, Drodzy Czytelnicy, wykazujący się obcesowym rasizmem wobec literatury polskiej/science fiction/dla kobiet/jakiejkolwiek innej (niepotrzebne skreślić). Mogą nas w ten sposób ominąć prawdziwe literackie przygody. Ściągnijmy klapki z oczu i poddajmy się tym książkowym eksperymentom. Naprawdę warto.
"Małe kobietki" to książka dla młodzieży, krąg ten zacieśniłabym wręcz do nastolatek, jeżeli mamy już wkładać ją ściśle w jakąś szufladę. Jest to powieść niezwykle grzeczna, poukładana, zdaje się, że pisana głównie dla panienek z dobrych domów. Moralizatorstwo, purytanizm, schematyczność - wszystko to możemy zarzucić jej bez mrugnięcia okiem, bo będzie to prawdą. Kiedy jednak przekraczamy próg domostwa państwa March, a naszym oczom ukazują się cztery zupełnie różne tytułowe kobietki, które przywitają nas z otwartymi ramionami, poczęstują herbatą, ciastkami i zabawią interesującymi historyjkami z życia lub ze świata wziętymi, ustępujemy. Nie oceniamy, nie marudzimy, nie grymasimy, tylko czytamy.
Ta książka jest po prostu przesympatyczna! Rozpościera przed nami uroczą słodko-gorzką historię, w której jednak nie ma zbyt wiele miejsca na konkretną porcję goryczy. Pojawia się tam ona właściwie jedynie po to, aby nas nie zemdliło, jako przeciwwaga dla miłych bohaterek powieści, które, choć nie są bez wad, na naszych oczach usilnie z nimi walczą. Poznajemy cztery siostry. Najstarsza i najpiękniejsza z nich to Meg, wchodząca powoli w dorosłość i jednocześnie odrobinę tym faktem onieśmielona. Jest tu także Jo, istna chłopczyca, która zaraża wszystkich optymizmem i żywiołowością, Beth, nieśmiała i zamknięta w sobie artystyczna dusza, oraz Amy, która jest najmłodszą, ale również najbardziej przemądrzałą z sióstr.
W tle "Małych kobietek" tli się okres wojny secesyjnej, wątek ten jednak nie dominuje, lecz naznacza w pewien sposób losy dziewcząt, zmuszonych do życia bez swego ojca, w okowach ciągłego zamartwiania się o jego los. Ogromną podporę stanowi tutaj ich matka - kwintesencja namacalnej dobroci. Nie wszystko jest kolorowe i usłane różami. Siostry mają swoje wzloty i upadki, pracują ciężko nad swoim charakterem i radzeniem sobie w trudnych finansowo czasach. Mając jednak tak stabilną podporę w postaci kochającej się rodziny, można przecież wszystko przezwyciężyć (tu ukłon w stronę moralizatorskiej strony powieści).
Ujęła mnie ta książka, przyznaję się bez bicia. Swoim ciepłem, prostotą, głównymi bohaterkami. Myślę, że nie tylko nastolatka znajdzie w niej coś dla siebie i że każda, mała czy duża, kobietka powinna wpisać ją na listę lektur obowiązkowych. Ja zrobiłam to już jakiś czas temu i zdecydowanie nie żałuję.
*********************************
Na koniec jeszcze taka mała blogowa prywata. Miało być wprawdzie z pompą, tortem, szampanem i w osobnym poście, ale niefortunny brak czasu sprawił, że i recenzję chciałam tu dziś wcisnąć. Do czego jednak tak nieudolnie zmierzam? Otóż mój blog obchodzi dziś pierwsze urodziny. Dziękuję Wam zatem bardzo, że byliście przez ten czas ze mną, moimi książkami, filmami, lepszymi i gorszymi pomysłami, zdjęciami, a czasem nawet i psem :). Mam nadzieję, że spędzimy razem również kolejny rok.

