Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2014

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach





Tytuł: Sierpień w Hrabstwie Osage (August: Osage County)
Reż.:John Wells
Produkcja: USA
Premiera: 24 stycznia 2014
Gatunek: Dramat, Komedia
Czas trwania: 2 godz. 1 min.






Rewelacyjnie obsadzony, brawurowo zagrany, nagradzany - ot film skazany na sukces. Przenoszenie sztuki na ekran kinowy nie należy jednak do zadań łatwych i bezproblemowych. Reżyser musi działać bardzo ostrożnie, żeby nie przedobrzyć, wciąż ma to być wszakże dzieło nieco surowe i teatralne. Czy zatem plejada najgorętszych nazwisk Hollywoodu i ich niewątpliwy kunszt aktorski wystarczą, aby podołać, usadzić nas przed tym niezwykłym widowiskiem, wycisnąć emocje i pozostawić w poczuciu rosnącego zachwytu? 


Do spokojnego hrabstwa Osage, w którym niemiłosierny skwar snuje się po uliczkach, przenikając ociężałe umysły mieszkańców, przybywają trzy siostry. Każda z nich wiezie se sobą garść niepowodzeń, problemów, życiowych porażek. Każda też przyjeżdża w jednym celu - pomóc schorowanej, uzależnionej od leków matce pogodzić się z tajemniczym zniknięciem ojca. Przy jednym stole posadzone zostają sławy takie jak Meryl Streep, Julia Roberts, Juliette Lewis, Ewan McGregor czy Chris Cooper. Przy jednym stole zasiada rodzina, a tym samym dawne waśnie, tajemnice, kompleksy. Na wierzch wychodzą nietolerancja, buta, upartość i tłumione przez lata pretensje. Sytuacja staje się coraz to bardziej napięta, a w zbyt ciasnym w tym momencie domu wrze nie tylko od wysokich temperatur, ale i od zaciętych kłótni, przedawnionych, ale i tych świeżych sporów, wylewanych żali i frustracji. Emocje się kumulują, aby wybuchnąć wreszcie ogromem nagromadzonej wrogości. W Osage niczego nie zamiata się pod dywan (ani nawet obrus). Tu każda skrywana niechęć istnieje po to, aby rodzić następną.


Historia zupełnie niepoukładanej rodziny poraża swą dramaturgią, wciągają świetnie zagrane role, choć ta, w którą wcieliła się genialna Meryl Streep wydaje się nieco przerysowana. Film ma swoje lepsze momenty, ma też jednak kilka gorszych, a zamysł reżysera i tym samym przekaz całego obrazu zdają się dosyć niespójne. Komedii tu właściwie nie zauważyłam, jest za to sporo dramatu, który czyha na widza niemal w każdym punkcie scenariusza i odkrywa przed nim każdą z tajemnic, schowanych dotąd skrzętnie za przykurzonymi meblami. Bywało, że nagromadzenie negatywnych emocji przytłaczało. Być może nawet trochę za dużo się tu działo, jak na jeden dzień z życia kochającej się nienawidzić rodziny. Całość wzbudzała jednak zainteresowanie, nie nudziła i trzymała we względnym napięciu.

Podsumowując: film jest dobry, historia ciekawa, a gra aktorska zachwycająca. Warto zobaczyć, choć nie jest to moim zdaniem konieczność.

4,5

środa, 12 lutego 2014

W wilczej skórze






Tytuł: Wilk z Wall Street (The Woolf of Wall Street)
Reż.: Martin Scorsese
Produkcja: USA
Premiera: 3 stycznia 2014
Gatunek: biograficzny, komedia kryminalna
Czas trwania: 2 godz. 59 min.







Pieniądze szczęścia nie dają? Powiedzcie to Jordanowi Belfortowi - głównemu bohaterowi Wilka, który bez wahania zamienia swoje spokojne poukładane życie z wierną małżonką u boku na jedną wielką orgię, stanowiącą mieszaninę milionów dolarów, seksu i narkotyków. Jemu kasa zdecydowanie szczęście przyniosła. Dzięki niej stał się królem życia, życia, które sam sobie wybrał, które wprawdzie wyprało go z wszelkich uczuć, ale jakże ożywiło szarą dotąd codzienność. Zacznijmy jednak od początku.

Lata 80-te ubiegłego wieku. Młody Jordan zdał właśnie egzamin maklerski, rozpoczął swą pierwszą, obiecującą pracę. Oczy rozbłysły mu perspektywami, na jakie liczył w tak przyszłościowym zawodzie. Nagle jednak przyszedł krach, ten giełdowy, i zmiótł marzenia początkującego maklera pod dywan. Podłamany Belfort postanowił jednak wziąć sprawy we własne ręce. Znalazł pracę w podrzędnej firemce, sprzedającej akcje małych, nic nieznaczących spółek i tam właśnie wpadł na genialny, choć niezbyt uczciwy pomysł. Wraz ze zgrają podejrzanych typów otworzył biznes, polegający na, co tu dużo mówić, wciskaniu ludziom kitu.


Martin Scorsese szybko wrzuca nas w wir wydarzeń, wszystko dzieje się błyskawicznie, czasami wręcz nie nadążamy za tempem, w którym Belfort popija kolejnego drinka, podrywa kolejną modelkę, wciąga kolejną kreskę kokainy. Chełpi się swoim bogactwem, z dumą spogląda na otaczający go świat, by nagle w narkotycznym upojeniu czołgać się po ziemi, robiąc z siebie kompletnego idiotę.

DiCaprio jak zwykle stanął jednak na wysokości zadania. Spisał się zarówno jako niewzruszony milioner, jak i ogłupiony nadmierną ilością substancji pobudzających narkoman, za co zdecydowanie, po raz kolejny, należą mu się brawa. Spisali się również jego koledzy po fachu, w tym chociażby, słynący jak dotąd z ról w niezbyt błyskotliwych komediach Jonah Hill, czy Matthew McConaughey, grający w tym filmie jakże zapadający w pamięć epizod.


Opowieści o tym, jak człowiek stacza się na dno ze szczytu pełnego sukcesów i pieniędzy jest wiele. Ta nie należy jednak do tych banalnych, powielanych niejednokrotnie na kinowych ekranach. Scorsese tchnął w nią ducha swoich najlepszych produkcji, sprawiając, że Wilk z Wall Street to nietuzinkowy obraz, który śmieszy, oburza i prowokuje. Ciekawi fakt, że została w nim użyta największa ilość przekleństw w historii kina, choć oglądając go każde fuck wplecione w dialogi wydaje się oczywiste. 

Film trwa bagatela trzy godziny. Być może nie wszystkie końcowe sceny były konieczne, by nadać tej produkcji kształt, jaki był zamierzeniem reżysera, ale ja się nie czepiam. Gdzie mi, marnej płotce do mistrza Scorsese? Po raz kolejny chylę czoła, być może nie rzucona tym filmem na kolana, ale tak lekko zgięta w pół.

5/6

Wilk z Wall Street otrzymał nominację do nagrody Złote Globy w kategorii "najlepsza komedia lub musical", Leonardo DiCaprio zgarnął nagrodę za główną rolę męską. Poza tym obraz nominowany jest także do Oscara w kategorii "najlepszy film roku" i kilku innych.

czwartek, 2 stycznia 2014

Ocean strachu






Tytuł: Kapitan Phillips (Captain Phillips)
Reż.: Paul Greengrass
Produkcja: USA
Premiera: 8 listopada 2013
Gatunek: biograficzny, dramat
Czas trwania: 2 godz. 14 min.







Bycie kapitanem statku to niezwykle odpowiedzialna praca. Pod swoją pieczą ma się całą załogę i wielką maszynę sunącą po rozległych wodach mórz i oceanów. Richard Philips staje właśnie przed kolejnym swym zadaniem, przygotowuje się do wyprawy potężnym statkiem towarowym przez Ocean Indyjski, na którym od pewnego czasu grasują żądni pieniędzy, niewzruszeni i bezwzględni piraci.

Do pracy szykuje się również Muse - dowódca wodnych złoczyńców. Wybiera pomocników, broń, sprawdza, czy wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i rusza w drogę niewielką motorówką, z ogromnymi jednak planami i aspiracjami. 


Kapitan Phillips nie odbędzie tym razem spokojnej podróży. To właśnie na jego statek ma chrapkę Muse i jego załoga. Historia inspirowana autentycznymi wydarzeniami, opowiedziana z niezwykłą dokładnością prowadzi nas przez wszystkie etapy podróży obu dowódców, aby następnie skupić się na samym porwaniu. Widzimy po kolei, jak działają piraci, jak radzą sobie z niezbyt wyszukanymi środkami obronnymi ogromnego statku towarowego i w jaki sposób przejmują nad nim kontrolę. Czujemy niepokój, jakim owładnięta jest załoga zaatakowanego frachtowca, przewidujemy najgorsze, drżymy o życie tych niewinnych osób, niemal jak o własne, a zdjęcia z ręki sprawią, że łatwiej nam o tę empatię, bo jesteśmy bezpośrednimi obserwatorami nieszczęsnego widowiska.

Spodziewałam się, że ten film będzie dobry, nie wiedziałam jednak, że aż tak bardzo wbije mnie w fotel i sprawi, że nie będę mogła ani na sekundę odwrócić wzroku od kinowego ekranu. Ciągła niepewność, napięcie, wzrastające pomiędzy dwoma wodzami oszałamia, budzi emocje, buduje w nas przekonanie o nadchodzącym tragicznym finale. Piraci nie są wcale stuprocentowo źli i jest to w tym filmie ewidentnie ukazane. Grożą, wymachują bronią, ale tak jak i kapitan Phillips, wykonują jedynie swoją pracę, odpowiadając przed oczekującymi jak największych zysków przełożonymi.


Pamiętacie, jak przy opisie filmu Wyścig pisałam, że to jeden z najlepszych obrazów minionego już roku? Wyobraźcie sobie, że ten podobał mi się jeszcze bardziej. Wspaniała kreacja Toma Hanksa, która zasłużyła na każdą z możliwych filmowych nagród, dopełniła całości. To kino, które po prostu TRZEBA zobaczyć. Nie ma zmiłuj.

5.5/6

Kapitan Philips otrzymał nominację do nagrody Złote Globy 2014 w kategorii "najlepszy dramat".

czwartek, 26 grudnia 2013

Powróćmy jak za dawnych lat w zaczarowany bajek świat






Tytuł: Kraina lodu (Frozen)
Reż.: Chris Buck, Jennifer Lee
Produkcja: USA
Premiera: 29 listopada 2013
Gatunek: animacja, familijny, przygodowy
Czas trwania: 1 godz. 48 min. 







Jeżeli brakuje wam w te święta śniegu, białego puchu spadającego z nieba i otulającego miękko ziemię; jeżeli chcielibyście zmarznąć w nos i poczuć w kościach, że najlepsza pora na Boże Narodzenie to przyjemnie tnąca mrozem zima, a pogoda za oknem sprzyja bardziej wiosennym spacerom niż lepieniu bałwana, zapraszam do kina na nową disneyowską animację, która zabierze was na chwilę do prawdziwej Krainy lodu.
 
 
Zawitajmy zatem w królestwie Arendelle i poznajmy historię dwóch sióstr - księżniczek. Jedna z nich ma być właśnie koronowana na prawowitą władczynię państwa, nikt jednak nie zna jej sekretu; sekretu, który mrozi krew w żyłach i przyprawia o dreszcze. Elza posiada magiczną moc, dzięki której potrafi okryć wszystko szronem i lodem. Nie mogąc jej w pełni kontrolować, za wszelką cenę stara się okiełznać ją w kontaktach z innymi, nie zawsze jej się to jednak udaje. Rozwścieczona nazbyt pochopnymi zaręczynami młodszej siostry Anny, zamienia całe królestwo w lodową krainę, a sama ucieka na najwyższą górę, aby spędzić tam resztę swoich dni i nikomu już nie zagrażać. Zrozpaczona księżniczka udaje się na poszukiwanie swej krewnej - królowej śniegu. Pragnie sprowadzić ją z powrotem do domu i sprawić, żeby tafle lodu, w jakie zmieniło się królestwo, odtajały i przywróciły mu utracone piękno.

W tym właśnie momencie wolno płynąca dotąd opowieść nabiera tempa. Szalony pościg, walka na śmierć i życie z czyhającymi po drodze niebezpieczeństwami i tony śniegu, okrywające świat bohaterów i nieułatwiające im zadania zachwycają i sprawiają, że na policzki wychodzi nam rumieniec. Od mrozu czy od nadmiaru wrażeń? Pewnie się domyślacie.


Kraina lodu, poza bajeczną animacją, jest również na poły całkiem niezłym musicalem. Trzeba się zatem przygotować na sporą dawkę ujmujących melodii i głównych bohaterów wyśpiewujących swe smutki czy radości. Nie czułam jednak przesytu, porcja muzyczna była na tyle wyważona, że nie przytłumiła całego obrazu, dodała mu jedynie smaku i sprawiła, że widz odbył podróż w przeszłość do czasów najlepszych animacji, wychodzących spod pieczy słynnej wytwórni Disneya. 

Nie jest to być może jedna z tych bajek, których głównym celem jest rozbawienie widza śmiesznymi dialogami, ale bałwanek Olaf i uroczy renifer nie raz skutecznie nas rozśmieszą. Popisali się również graficy, tworzący scenerie, zapierające dech w piersiach. I chociaż fanką zimy nie jestem, zachwyciłam się tamtejszą lodową krainą, tak piękną, że nie straszne mi były jej śniegi i mrozy. Ubierzcie się zatem ciepło i zapukajcie do oszronionych bram Arendelle. Czeka was za nimi iście mroźna przygoda.

5/6

Kraina lodu otrzymała nominację do nagrody Złote Globy 2014 w kategorii "najlepsza animacja".

sobota, 30 listopada 2013

Męskie kino babskim okiem






Tytuł: Wyścig (Rush)
Reż.: Ron Howard
Produkcja: Niemcy, USA, Wielka Brytania
Premiera: 8 listopada 2013
Gatunek: biograficzny, dramat, sportowy
Czas trwania: 2 godz. 3min.







Wciąż mam przed oczami jedną z ostatnich scen filmu. Zalany deszczem tor wyścigowy, krople z impetem odbijające się o jego podłoże, czarne chmury wiszące nisko nad barwnymi parasolami osłaniającymi samochody, kolory przygaszone lekko szarością posępnej pogody. Śmierć wisi w powietrzu, wbija nas głębiej w fotel, rodzi niepokój i sprawia, że w napięciu czekamy na nieuniknione zielone światło, które tym razem nie wróży niczego dobrego. Auta ruszają. Zamieramy. 

Nigdy nie interesowałam się zawodami Formuły 1, nazwiska Laudy i Hunta były mi obce. Nieznana była mi również ich zażarta rywalizacja, odbywająca się na przestrzeni kilku lat. Dzieliło ich wszystko. Brytyjczyk James Hunt był lekkoduchem i hulaką, wiecznym imprezowiczem, żyjącym chwilą. Austriak Niki Lauda z kolei, kalkulował wszystko na zimno, był inteligentny, wyrachowany i z uporem maniaka dążył do wyznaczonych sobie celów. Wśród wielu różnic, które poprowadziły ich do wzajemnej niechęci było jednak coś, co sprawiało, że chowały się one na dalszy plan, łączyła ich bowiem szybkość na torze i ogromna chęć zwycięstwa.


Reżyser nie naznacza tego filmu własnym stylem, on opowiada historię. Ukazując nam inność głównych bohaterów, wyłuskując ogrom dzielących ich cech i tak znacząco zróżnicowany tryb życia, pokazuje, że wcale nie trzeba mieć podobnych ideałów, aby dążyć do wspólnego celu. Rywalizacja między tą dwójką jest od samego początku napięta. Porażki przeplatają się z wygranymi, wygrane zakropione są bąbelkami szampana, ale i stresem oraz ryzykiem, jakie wiążą się w nieunikniony sposób z zawodem kierowcy rajdowego. Oni obaj znają ten sport, znają zagrożenie, a wsiadając do swojej maszyny, którą Hunt niejednokrotnie określa mianem trumny, zdają sobie sprawę z tego, że może to być ich ostatni wyścig. Naciskając pedał gazu wiedzą, że istnieje dwudziestoprocentowe prawdopodobieństwo śmiertelnego wypadku, o czym fachowo przypomina nam Lauda.

Historia ta od samego początku zaskarbia sobie pełnię naszej uwagi. Lauda i Hunt poznają się na naszych oczach, widzimy jak po raz pierwszy rzucają sobie wrogie spojrzenia, podglądamy z czego wyrasta zasiane głęboko ziarno rywalizacji i niechęci. Wspinają się razem przez wszystkie szczeble kariery rajdowca, osiągając wreszcie upragniony sukces - zagrzewając sobie miejsce w najlepszych autach Formuły 1.


Nie jest to temat, który przyciąga do kin rzesze zaciekawionych widzów, a szkoda, bo to jeden z lepszych filmów, jakie miałam okazję w tym roku zobaczyć. Nie trzeba być znawcą Formuły 1. Na moim przykładzie widać, że nie trzeba się nią nawet interesować, aby uznać ten obraz za fascynujący i dać się porwać mruczącym silnikom, piskom opon, wzmagającemu się napięciu i coraz to zawrotniejszej prędkości.

Zachwyciły mnie sceny wyścigów, w których niemałą rolę odegrał świetny montaż, garść wspaniałych efektów specjalnych i zdjęcia, które na długo pozostaną w mojej pamięci. Formuła 1, jak się przekonałam, to nie tylko szybkie auta i przystojni mężczyźni, to również wola walki zagnieżdżona ciasno pod kaskami rajdowców, to ich nerwy, chęć zwycięstwa, adrenalina popychająca ku ryzykowaniu własnego życia, ale i cała otoczka, mająca miejsce gdzieś poza polem widzenia przeciętnego obserwatora.

Pomimo tytułu posta i ogólnej tematyki filmu, nie wsadzałabym go do szuflady z napisem męskie kino, choć taka klasyfikacja z pewnością nie byłaby mylna. Do obejrzenia zachęcam wszystkich, bez względu na płeć. Zdecydowanie warto.

5/6

niedziela, 17 listopada 2013

Kiedy wyobraźnia jest jedynym oknem na świat






Tytuł: Imagine
Reż.: Andrzej Jakimowski
Produkcja: Francja, Polska, Portugalia, Wielka Brytania
Premiera: 12 kwietnia 2013
Gatunek: dramat, komedia
Czas trwania: 1 godz. 45 minut





Andrzej Jakimowski jest dla mnie jednym z najlepszych współczesnych polskich reżyserów, nie ukrywam zatem, że spodziewałam się po tym filmie mistrzowskiego seansu, który dotrze do samej głębi mojej kory mózgowej. Wcześniejsze produkcje, które wyszły spod jego pieczy, szczerze mnie oczarowały, pozostawiając w mojej głowie plątaninę przeróżnych myśli. Genialne Zmruż oczy czy urzekające Sztuczki wprowadzają widza w bardzo specyficzny świat sztuki filmowej przez duże S, będąc jednocześnie produkcjami uważanymi za niszowe. My - Polacy nie jesteśmy raczej przyzwyczajeni do takich filmów. Multipleksy serwują nam zgoła inne dzieła. Nikogo to zresztą nie dziwi, kiedy do kina chadzamy najczęściej na amerykańskie superprodukcje. Warto jednak czasami wyjrzeć poza utarte schematy i wziąć pod uwagę film, obok którego w normalnych warunkach przeszlibyśmy obojętnie. Takie klimatyczne, płynące wolnym rytmem dzieło może być wspaniałą odskocznią od pędzącej niczym auto wyścigowe codzienności.


Pierwsze, co odurza w filmach Jakimowskiego, to zdjęcia. Nie inaczej jest i z Imagine, które już od pierwszych minut ujmuje nas pełnymi uroku sceneriami portugalskiego miasteczka. Jego progi przekraczamy wraz z głównym bohaterem, nowym nauczycielem w dosyć nietypowej szkole. Tutejsi uczniowie nie patrzą bowiem na świat oczyma przeciętnych ludzi, starają się go ujarzmić poprzez dźwięki, poprzez zakodowane w pamięci obrazy - są niewidomi. Ian ma za zadanie nauczyć ich orientacji przestrzeni, i jak się okazuje, nie dość, że stosuje serię dosyć kontrowersyjnych metod, sam również stracił wzrok. Lekcjom tym przygląda się Eva, ciekawa nietuzinkowego gościa, lecz niepogodzona ze swą niepełnosprawnością.
 
Jesteśmy świadkami przełamywania barier, nauki tego, jak żyć we własnym ciele, kiedy odmawia nam ono posłuszeństwa. Lekcje te nie są łatwe, uświadamiają nam jednak, że każda sytuacja, w której się znajdziemy, nawet ta najbardziej beznadziejna, rodzi wiele niespodziewanych i nieoczywistych możliwości. Dodatkowo reżyser i nam dosyć znacznie zawęża pole widzenia. Kiedy jesteśmy biernymi uczestnikami plenerowych zajęć Iana, nie widzimy, co jego uczniowie starają się opisać za pomocą dźwięków i własnych przypuszczeń. Możemy jedynie wytężyć słuch, aby odgadnąć, czy ich spostrzeżenia są celne, a następnie dostrzec, jaką sztuką jest tak niestandardowe odkrywanie świata.
 
 
Życie niewidomych nie jest łatwe i dzieło to pokazuje nam być może dosyć jasny i barwny obrazek z ich codzienności, odkrywa też jednak i tę drugą stronę, po której nie każdy potrafi odważyć się iść o krok dalej, po której, próbując i ryzykując, nabijamy sobie kolejne guzy. Uświadamia nam również, że czasami oczyma wyobraźni zobaczyć można znacznie więcej, niż mogłoby nam się wydawać, że osoba, która mocno chce, prawdopodobnie kilka razy się potknie, ale w końcu dopnie swego. Wszystko to podszyte jest delikatnym humorem, cienką nitką dramatu, a także garścią magii i metafizyki, a mieszanka ta unosi się gdzieś w powietrzu i snuje wokół głównej historii, tworząc w całej tej prostocie obraz wspaniale niebanalny.

5/6

piątek, 12 lipca 2013

Fokus na hokus pokus!






Tytuł: Iluzja (Now You See Me)
Reż.: Louis Leterrier
Produkcja: USA
Premiera: 28 czerwca 2013
Gatunek: kryminał, thriller
Czas trwania: 1 godz. 55 min.  







Magia jest iluzją, kłamstwem. Nie dajcie się nabrać. Wszystko, co dane wam będzie tu zobaczyć nadszarpnie nieco waszą percepcję, przestaniecie ufać własnym zmysłom, spostrzegawczość schowa się w kąt. Zastanowicie się, czy to wciąż rzeczywisty świat sprytnych sztuczek prestidigitatorów, czy może już nieodgadniona kraina czarów. Granica między nimi zaciera się, a odbiór zależy jedynie od tego, jak twardo stąpacie po ziemi, i czy potraficie dojrzeć podstęp wśród plątaniny zgrabnych ruchów wyćwiczonych magików.

Oderwijmy się zatem na chwilę od sznurów realności, które opinają nas na co dzień swym ciasnym splotem, dajmy się zaczarować, omamić, przymknijmy oko na niedoskonałości, niedopowiedzenia i nieścisłości tych czarów marów i spędźmy niecałe dwie godziny poddając się czystej "Iluzji".


Oto kolejny amerykański heist movie - film o umiejętnie ukartowanym wielkim napadzie, tym jednak razem nieco nietypowym. Nie dość, że odbywa się on podczas magicznych występów i dokonują go zmyślni iluzjoniści, to jeszcze zgarnięty majątek, wzorem Robin Hooda, oddawany jest dotkniętym kryzysem i wszelkimi niesprawiedliwościami systemu ludziom.

Wszystkich bohaterów poznajemy najpierw z osobna. Los łączy ich dopiero na dalszym etapie życia, kiedy każdy z nich obrał już ścieżkę swej magicznej kariery. Mamy tu zatem piękną artystkę cyrkową, której nie straszne są ostre zęby piranii, przebiegłego złodziejaszka, używającego magicznych sztuczek do efektywnego okradania niczego nieświadomych widzów jego jednoosobowego spektaklu, karcianego wirtuoza, oraz hipnotyzera, potrafiącego czytać w umysłach swych "ofiar". Ci Czterej Jeźdźcy tworzą kwartet, z którym problem mają najlepsi przedstawiciele prawa w kraju. Jak bowiem udowodnić, że ich czarodziejskie poczynania niezgodne są z prawem, kiedy nie wiemy nawet, gdzie tkwi haczyk?


Film jest bardzo barwny, a szybkie tempo narzucone przez reżysera nie pozwala nam się nudzić. Logicznie trochę zgrzyta, nie chodzi w nim jednak przecież o skrupulatne tłumaczenie magicznych wyczynów czwórki przebiegłych iluzjonistów, nie wszystko musi być tu jasne, nie taka jest wszak idea iluzji. Wspaniałe efekty specjalne, świetnie dobrani aktorzy i, być może lekko dziurawy, acz mimo wszystko ciekawy, scenariusz budują w nas przekonanie, że to film, na który warto poświęcić tę krztynę wolnego czasu.

Zaczyna się wręcz bardzo dobrze. Jesteśmy zachwyceni Czterema Jeźdźcami, szafującymi swymi skrzętnie obmyślonymi sztuczkami na prawo i lewo. Lecz, im dalej w las, tym bardziej przekombinowany staje się ten obraz, doprowadzając nas wprawdzie do ogromnie zaskakującego finału, dającego widzom pstryczka w nos swym nieoczekiwanym rozwiązaniem, ale taka kumulacja akcji i przeróżnych splotów wydarzeń, poczęstowała mnie zdecydowanym przesytem.

"Iluzja" to, pomimo moich subiektywnych uprzedzeń, film, który prawdopodobnie zaczaruje niejednego widza. Jest idealną produkcją na wakacyjny, leniwy czas, kiedy jedyne, czego pragniemy to lekkostrawne, plastyczne i wciskające w fotel kino. Mnie pod tym względem zdecydowanie nie zawiodła.

4.5/6


środa, 10 kwietnia 2013

STARE ALE JARE # 1 - Na celowniku: Roman Polański


Nie muszę raczej przedstawiać tego kontrowersyjnego mężczyzny, wybitnego reżysera i francuskiego Polaka. Roman Polański zasłynął wieloma swymi dziełami, a jego kariera zaczęła się już w 1962 filmem Nóż w wodzie. Dziś w nowym cyklu, który zatytułowałam STARE ALE JARE przedstawić chciałabym trzy obrazy tego wybitnego twórcy w pigułce. Poprzez "stare" na myśli mam umownie filmy wyprodukowane przed rokiem 90-tym. Zapraszam zatem na część pierwszą!


NÓŻ W WODZIE (1962)

Oto pełnometrażowy debiut reżysera, który wzbudził wiele kontrowersji, szokując podjętym tematem, i jednocześnie zachwycając jego oryginalnością i uniwersalnością. Polański wprowadził swych rodaków w nowy rodzaj filmu - w trzymający w napięciu dramat psychologiczny, rozgrywający się jedynie między trójką bohaterów. Mamy tu dziennikarza sportowego Andrzeja i jego żonę Krystynę, którzy przypadkowo zabierają ze sobą nieznajomego autostopowicza. Mężczyźni są jednak tak różni, dzieli ich tak ogromna przepaść, że napięcie między nimi, spowodowane chęcią przewyższenia siebie nawzajem stopniowo narasta, budując jednocześnie wszechogarniający niepokój widza o to, do jakiego finału poprowadzi cała ta historia.

Obraz nominowany był do Oscara, Złotych Lwów i nagrody BAFTA w kategorii za najlepszy film nieanglojęzyczny.

4.5/6






DZIECKO ROSEMARY (1968)

Że Polański uwielbia siać zamęt w głowach swoich widzów, to już wiemy. Że potrafi być twórcą pełnych napięcia horrorów, w których nie leje się krew, nikt nie lewituje i nie biega z ostrym narzędziem, dowiadujemy się 6 lat i 4 filmy po jego debiucie. Dziecko Rosemary zaczyna się zupełnie niewinnie - kobieta zachodzi w ciążę. Okoliczności są jednak przykryte gęstą mgłą dziwnej i napawającej strachem niewiadomej, która przeraża nie tylko przyszłą matkę, ale i zaczyna grać na emocjach osób wdrażających się w historię opowiadaną przez reżysera. Nie małe znaczenie ma tu również owiane mroczną tajemnicą miejsce zamieszkania młodego małżeństwa i jego dziwaczni sąsiedzi.

Film ten nominowano do Oscara, Złotych Globów oraz nagrody BAFTA za scenariusz adaptowany, którego autorem był właśnie Roman Polański.

5/6






LOKATOR (1976)

Ostatni z prezentowanych tu filmów powstał na podstawie powieści francuskiego mistrza groteski Rolanda Topora, o którego Chimerycznym lokatorze pisałam jakiś czas temu tutaj. Dzieło to jest bardzo wiernym odzwierciedleniem tematu zawartego w książce i nieubłaganie stąpa jej po piętach. Polański nie nadinterpretuje, a uwiecznia historię nieszczęśliwego, ogarniętego paranoją Trelkovskiego na kliszy filmowej. Wizualizuje ją dla swych odbiorców i częstuje nas tym, czym i Topor ogarnął naszą podświadomość w czasie wzbudzającej wiele przeróżnych odczuć lektury. Znowu czujemy niepokój - to chyba nieodłączna część psychologicznych obrazów reżysera, znowu dajemy się mamić, wlepiając ślepia w ekran, na którym i my jesteśmy w centrum wydarzeń. Myślę, że właśnie między innymi za ten dar wzbudzania tak silnych emocji, reżyser należy do czołówki światowego kina i każdy jego starszy film oglądamy z niestygnącym zachwytem, a na nowe czekamy z niecierpliwością dziecka. 

5/6




 A Wy? Co myślicie o Polańskim? Lubicie jego filmy? Macie jakieś ulubione?

niedziela, 24 lutego 2013

Projekt Oscary 2013


Już dziś w nocy odbędzie się ceremonia rozdania Oscarów. Nie zdążyłam wprawdzie obejrzeć wszystkich filmów nominowanych w głównej kategorii, ale nie zmienia to faktu, że ciekawi mnie, kto tym razem wygra. Poziom, no cóż, z roku na rok zdaje się być coraz niższy. Ja jednak niestrudzenie oglądam wszystkie obrazy wyróżnione przez akademię i staram się to zazwyczaj robić zanim wyłonieni zostaną zwycięzcy. W tym roku nie udało mi się tego w pełni dokonać. Obejrzałam tylko pięć na dziewięć filmów, ale ciekawa jestem jak Wy obstawiacie wielkich wygranych tegorocznych Oscarów. Projekt nie udał mi się w każdym razie zupełnie, ale nadrobię to jeszcze i uzupełnię wszelkie braki.


NAJLEPSZY FILM


Operacja Argo (5/6)
Bestie z południowych krain
Django  (5.5/6)
Lincoln
Miłość
Nędznicy (5/6)
Poradnik pozytywnego myślenia (4,5/6)
Wróg numer jeden
Życie Pi (4,5/6) 


NAJLEPSZY REŻYSER


Ang Lee (Życie Pi)
Benh Zeitling (Bestie z południowych krain)
David O'Russell (Poradnik pozytywnego myślenia)
Michael Haneke (Miłość)
Steven Spielberg (Lincoln)
 

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY


Bradley Cooper (Poradnik pozytywnego myślenia)
Daniel Day-Lewis (Lincoln)
Hugh Jackman (Nędznicy)
Joaquin Phoenix (Mistrz)
Denzel Washington (Lot)


NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA


Jessica Chastain (Wróg numer jeden)
Jennifer Lawrence (Poradnik pozytywnego myślenia)
Emanuelle Riva (Miłość)
Quevenzhane Wallis (Bestie z południowych krain)
Naomi Watts (Niemożliwe)


NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY


Alan Arkin (Operacja Argo)
Robert De Niro (Poradnik pozytywnego myślenia)
Philip Seymour Hoffman (Mistrz)
Tommy Lee Jones (Lincoln)
Chrostoph Waltz (Django)


NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA


Amy Adams (Mistrz)
Sally Field (Lincoln)
Anne Hathaway (Nędznicy)
Helen Hunt (Sesje)
Jacki Weaver (Poradnik pozytywnego myślenia)


NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY


Django
Kochankowie z księżyca. Moonrise Kingdom (5,5/6)
Lot
Miłość
Wróg numer jeden


NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY


Poradnik pozytywnego myślenia
Życie Pi
Operacja Argo
Bestie z południowych krain
Lincoln


NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY

  
 Kochanek królowej
Kon Tiki
Miłość
No
Wiedźma wojny


NAJLEPSZY DŁUGOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY


Merdia waleczna
ParaNorman
Piraci!
Ralph Demolka


Macie swoich faworytów? Ja trzymam kciuki za "Frankenweenie" i mojego ulubionego Chrostopha Waltza.
Do zobaczenia jutro przy ogłaszaniu zwycięzców!

sobota, 2 lutego 2013

Django [OSCARY 2013]






Tytuł: Django (Django Unchained)
Reż.: Quentin Tarantino
Produkcja:USA
Premiera: 18 stycznia 2013
Gatunek: dramat, western
Czas trwania: 2 godz. 45 min.   







Zwykle, kiedy do kin wchodzi nowy film Tarantino, zacieram ręce na pyszną zabawę i rezerwuję bilety z najlepszą miejscówką. Przygotowuję się na głośny chlupot odbijającej się od ścian krwi, szykuję usta do wyginania w krzywy uśmiech, podyktowany ironią wylewającą się z dialogów, i wiem, że czeka mnie kolejna niezapomniana uczta - uczta, która zakorzeni się w mojej pamięci i świadomości, jako wspaniały kinowy twór jednego z moich ulubionych reżyserów. Zapytacie, czy jestem obiektywna, mając na uwadze fakt tak wielkiej adoracji mistrza Quentina. Odpowiem Wam zatem, że nie wzięła się ona znikąd i zachęcę do zapoznania się z dziełami, o których pewnie nie raz słyszeliście, stały się przecież klasykami w historii światowej kinematografii. "Pulp Fiction", "Wściekłe psy", czy nawet ostatni jego film "Bękarty wojny" to produkcje, które moim zdaniem poznać powinien każdy szanujący się kinoman. Ten oryginalny reżyser potrafi przenieść wszystkie swoje zabawki wraz z całą piaskownicą do każdego kolejnego filmu, i jednocześnie zaskoczyć widza czymś nowym, zahaczyć o niezbadane dotąd rejony i zrobić to tak, jakby całe życie zmierzał do jednego konkretnego celu i tylko na nim się skupiał. Panie i Panowie, przed Wami DJANGO!


Rzecz dzieje się dwa lata przed wybuchem Wojny Secesyjnej. Południe Ameryki stanowi pożywkę dla handlarzy niewolników, jest siedliskiem brudnych, nikczemnych praktyk, niemających w poszanowaniu innej rasy niż biała. Właśnie w tych czasach przyszło żyć Django - butnemu, czarnoskóremu mężczyźnie, który, wydawać by się mogło, pogodzony jest z losem. Pozory jednak i w tym przypadku mylą. Wisi nad nim piętno zemsty, a w sercu gnieździ się pragnienie uwolnienia ukochanej Broomhildy, służącej u ekscentrycznego bogacza Calvina Candy'ego. Nietrudno sobie wyobrazić jak ciężko jest ratować i aktywnie działać, kiedy kajdany ranią nogi do krwi, uniemożliwiając ucieczkę, a nad głową stoi kilku rosłych mężczyzn z bronią w ręku. I tu, w najmniej spodziewanym momencie, na drodze naszego bohatera pojawia się pewna postać. Wygląda całkiem niewinnie, ot miły, nieszkodliwy, kulturalny pan w średnim wieku, były dentysta, doktor King Schultz. Okazuje się jednak, że to Niemiec, mało tego, łowca głów. To właśnie ten ekscentryczny jegomość postanawia dać upust swej niechęci do idei niewolnictwa i daruje Django upragnioną wolność. A w postać tę wciela się nie kto inny, jak Christoph Walz, okrutny nazista z "Bękartów wojny", co zresztą stanowi chyba pewien prztyczek w nos widza mającego tendencję do szufladkowania aktorów, grywających u tych samych reżyserów.

Rozpoczynając od Walza, poprzez Jamiego Foxa, Leonardo DiCaprio i Samuela L. Jacksona, obsada tego filmu zahacza o mistrzostwo. Każdy z tych aktorów wywiązał się ze swojej roli pierwszorzędnie i idealnie wpasował się w klimat westernu. DiCaprio odegrał psychopatycznego dandysa, frankofila znającego jedynie kilka francuskich słów, człowieka, którego morale rozdeptały dawno bose stopy niewolników zmuszanych do walk na śmierć i życie. Jego sługa, w którego wcielił się Samuel L. Jackson, to z kolei podstarzały czarnoskóry lokaj, mający swego pana za władcę wszechświata i piewcę wszelkich mądrości. Tak doskonale zagrane postaci, zdjęcia, montaż, muzyka, nie stworzyły pastiszu gatunku. Moim zdaniem Tarantino, pomimo swoich ciągot do wyśmiewania i wzgardzania schematami, stworzył pełnokrwisty western z ciętymi dialogami i ludzkim mięsem, bryzgającym wprost z ekranu na oszołomionego widza. Jest brutalnie - ostrzegam, ale film na tym nie traci, a wręcz nabiera specyficznego dla reżysera klimatu.


Czy ten obraz to rzeczywiście taki jawny przejaw rasizmu? W Stanach pojawiły się na jego temat bardzo skrajne opinie. Sam Spike Lee okrzyknął film bulwersującym i zachęcał swych fanów do bojkotu. Z kin wychodzi jednak wielu uśmiechniętych i zadowolonych Afroamerykanów, którzy nie czują się urażeni. Ba! Twierdzą, że dzieło Tarantino to ukłon w stronę ich uciśnionych przodków. Ja również odbieram ten film w ten właśnie sposób. A jeżeli inny reżyser zarzuca twórcy "Django" rasizm, to chyba mu po prostu zazdrości. A jest czego.

5,5/6

sobota, 29 grudnia 2012

Pieskie (nie)życie






Tytuł: Frankenweenie
Reż.: Tim Burton
Produkcja: USA
Premiera: 7 grudnia 2012
Gatunek: animacja, czarna komedia
Czas trwania: 1 godz. 27 min. 







Pierwotna, około 30-minutowa wersja "Frankenweenie" ujrzała światło dzienne w 1984 roku. Trafiła do ówczesnej widowni spod pieczy wytwórni Disneya, która uznała jednak, że film jest zbyt przerażający, aby oglądać go mogli młodzi widzowie. Tak zapomniana i niedoceniona opowieść o chłopcu i jego psie, choć wybitnym dziełem sztuki nie była, przezimowała w głowie reżysera, poobijała się nieco o jego szare komórki i wróciła teraz w skrystalizowanej wersji jako pełnowartościowa, pełnowymiarowa i pełnokrwista animacja, wpięta ściśle w konwencję czarnego humoru, groteski i makabry, z których słynie uwielbiany przez wielu twórca. Zdaje się zresztą, że Burton odnalazł wehikuł czasu i, nie bacząc na konsekwencje, przeniósł się do lat, w których powstał jego słynny "Sok z żuka" czy "Edward Nożycoręki". Ze wznowionej wersji historii Sparky'ego przezierają bowiem korzenie jego wcześniejszych filmów i ubierają ją w czarną żałobną suknię grozy. Mnie ta wersja jak najbardziej przekonała. Kupuję ją razem z kolejnym neurotycznym outsiderem w roli głównej i jego wiernym czworonożnym kompanem, gubiącym od czasu do czasu swój ogon.

  
Opowieść zaczyna się dosyć niewinnie, choć już w samym wyglądzie postaci widać na pierwszy rzut oka rękę Burtona. Klimatu dodaje również fakt, że animacja nakręcona jest w czerni i bieli, co znacznie wpływa na jej odbiór i tworzy wokół filmu dodatkową aurę tajemniczości i efekt wyglądającej zza rogu zmory gotowej do ataku. Victor to chłopiec obdarzony bujną wyobraźnią, mądry i sprytny, jednak pełen rezerwy i nieufności woli trzymać się z dala od ludzi, a jego ulubionym kompanem do zabaw i wszelakich eksperymentów jest wierny psiak Sparky. Dni mijają beztrosko i nic, może oprócz fekaliów obłąkanego kota równie dziwacznej koleżanki z klasy, nie zwiastuje tego, co ma nadejść. Przychodzi jednak ten moment, o którym wiemy, że nadejść w końcu musi, jest przecież osią wyprowadzającą główny wątek obrazu. Pies ginie w wypadku samochodowym. Trafia na cmentarz dla zwierząt, a chłopiec nie umie sobie poradzić z tą nieopisanie bolesną stratą. Wzorem doktora Frankensteina, a i Victor nosi to samo nazwisko, wykopuje swego pupila z ziemi i, niczym w powieści Mary Shelley, daje mu powtórne życie w postaci uroczego i zabawnego, zupełnie jak te kilka feralnych dni temu, zombie.


Całe to przywracanie zmarłego psa do świata żywych odbija się echem w dalszej części historii, wprowadzając serię przerażających i makabrycznych obrazków do życia cichej i spokojnej jak dotąd mieściny. Szczegółów jednak nie zdradzę. Jeżeli znacie Burtona, pewnie wiecie, czego można się po nim spodziewać, choć sama nie przewidziałam z początku takiego rozwoju wypadków. Wrażliwa na los zwierząt, uroniłam podczas seansu kilka pojedynczych łez, choć za chwilę zmuszona byłam uśmiechnąć się na widok wesołych podskoków czworonoga, który patrzy ze zdziwieniem, jak w ferworze zabawy odpadają mu niektóre części ciała. Nie zabrałabym na ten film dziecka. Nie sądzę, aby był odpowiedni dla oczu małego widza, ale dorosłym, szczególnie tym, którzy pałają do twórczości Burtona tak pozytywnymi odczuciami jak ja, gorąco go polecam. Warto dać się przestraszyć, wzruszyć i rozśmieszyć w tak znakomitym wydaniu.

5/6

wtorek, 25 grudnia 2012

Święta przed telewizorem?

Święta w toku. Sama odpoczywam właśnie między jednym obżarstwem a drugim, koję żołądek ciepłą herbatą, aby za chwilę przyjąć gości i zasiąść z nimi do kolejnej uczty. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ten czas musi być zwieńczony odpowiednią książką (vide Opowieść Wigilijna) oraz wieczornym świątecznym seansem filmowym. Kiedy dom już opustoszeje, zniknie wrzawa i radosne okrzyki, zapalam świecę pachnącą Bożym Narodzeniem, wykładam się wygodnie w łóżku i chłonę atmosferę płynącą z... Tym razem padło na "To właśnie miłość", ale w zanadrzu mam też kilka innych propozycji.


Cóż ja Was zresztą będę oszukiwać? Co roku pada na "To właśnie miłość". Naprawdę ciężko powstrzymać mi się przed kolejnym obejrzeniem tego ciepłego i zabawnego, przemycającego multum uczuć filmu. Reszta to tylko dodatki, nie będę przecież sięgać w każdy dzień świąt po ten sam obraz, bo zasiadanie przed nim ma swój urok i magię tylko ten jeden raz w roku. To taka moja osobista tradycja. Chętnie jednak śledzę (po raz mniej więcej setny) perypetie Kevina, który zostaje sam w domu, tudzież w Nowym Jorku; rozterki fajtłapowatej Bridget Jones, szukającej miłości w najmniej odpowiednich miejscach; poczynania Sandry Bullock, wplątanej w dziwaczny i nie w stu procentach przytomny trójkąt miłosny; szaloną pętlę czasową Billa Murraya, który dostaje kolejne szanse na rozkochanie w sobie ślicznej Andie McDowell; bezsenność Toma Hanksa, z której wyrwać próbuje go urocza Meg Ryan; i wreszcie dobre, bo polskie listy do świętego Mikołaja, w których każdy z bohaterów przeżywa ten świąteczny czas na swój sposób. A Wy? Bez jakiej książki lub filmu nie wyobrażacie sobie świąt?

poniedziałek, 12 listopada 2012

Barbara w NRD






Tytuł: Barbara
Reż.: Christian Petzold
Produkcja: Niemcy
Premiera: 9 listopada 2012
Gatunek: dramat
Czas trwania: 1 godz. 45 min. 







Przenieśmy się na chwilę do Niemiec lat 80-tych. Przypomnijmy sobie podział na RFN i NRD, Stasi znane pod oficjalną szumną nazwą Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej, zwróćmy uwagę na totalną, często nie znającą granic inwigilację. Człowiek nie wiedział komu może zaufać. Wszędzie roiło się od potencjalnych informatorów, gotowych wydać sąsiada, współpracownika, często nawet przyjaciela. Idźmy o krok dalej. Przenieśmy się na prowincję NRD, gdzie każdy każdego zna, a nowa twarz z miejsca porusza lawinę niekontrolowanych plotek i domysłów. A co jeśli właściciel tej nowej twarzy to lekarz przeniesiony za przewinienia prosto ze stolicy? A co jeśli tym lekarzem jest kobieta?


"Barbara" to w dużej mierze opowieść o miłości, snuta na tle powrotu do przeszłości, do nieprzyjaznych komunistycznych Niemiec. Tytułowa bohaterka opuszcza dostatek Berlina, aby osiedlić się na peryferiach, ulokować swe życie w obskurnym mieszkaniu i rozpocząć pracę w szpitalu, który nie ma nawet porządnego laboratorium. Rozłąka z domem, z ukochanym, który pozostał w RFN-ie, ze światem do którego przywykła, a który teraz oddzielony jest twardą ścianą muru, nie wpływa na kobietę dobrze. Widzimy, jak ciężko przywyknąć jej do nowej rzeczywistości i jaki ból sprawia budowanie życia od nowa, a wszystko to maluje się na jej twarzy, niczym makijaż, pod którym zdaje się ukrywać swe troski. Na horyzoncie pojawia się jednak cień szansy na coś lepszego. Barbara poznaje sympatycznego lekarza i jej usta na nowo zapoznają się ze znaczeniem słowa "uśmiech". Z jednej strony nie wie, czy może obdarzyć mężczyznę zaufaniem i czy jest gotowa, aby ostatecznie pożegnać swój dawny świat, z drugiej zdaje sobie sprawę z tego, że żadne inne drzwi nie stoją przed nią otworem, że wszędzie będzie się musiała przeciskać ku dezaprobacie otoczenia. Reżyser wplata w tę opowieść również wątek młodej dziewczyny zbiegłej z ośrodka wychowawczego, zbuntowanej przeciwko złemu traktowaniu, pragnącej za wszelką cenę uciec i nigdy nie wrócić. To właśnie nowa lekarka okazuje jej najwięcej zrozumienia i sympatii, a całość historii zmierza do zaskakującego finału.


Film ten jest bardzo powolny, mało w nim dialogów, niewiele muzyki. Jest tu dużo ciszy, ogólnych przemilczeń, widz musi domyślać się wielu rzeczy. Ciężko nazwać go typowym melodramatem, bardzo mu do włożenia w tę szufladę daleko i gdyby nie otoczka w postaci wszechobecnej w życiu Barbary inwigilacji i bezwzględnych, przewijających się pomiędzy poszczególnymi scenami, pracowników bezpieki, którzy czujnym okiem śledzą każdy jej ruch, obraz ten nieuchronnie brnąłby w nudę. Czy to jednak wystarczy, aby uznać go za tak ekscytujący, jak głosi plakat? Zdaje się, że ludzie od promocji oglądali jednak jakiś inny film. Ja w każdym razie nawet odrobiny ekscytacji na żadnym etapie seansu nie odczułam. Lekkie znużenie - owszem. Nie jest to mimo wszystko zły obraz, ale czy koniecznie wybierać się na niego do kina? Może jednak warto poczekać na wersję domową? Rozważcie to.

4/6

poniedziałek, 29 października 2012

007 zgłasza swą gotowość






Tytuł: Skyfall
Reż.: Sam Mendes
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Premiera: 26 października 2012
Gatunek: sensacyjny
Czas trwania: 2 godz. 23 min.   







Wiecie, że premiera pierwszego filmu o agencie brytyjskiego wywiadu wojskowego miała miejsce 5 października 1962 roku? Oznacza to, że James Bond - słynna postać stworzona przez Iana Fleminga, obchodzi w tym roku swe kinowe pięćdziesięciolecie. Agent 007 był jak dotąd bohaterem 23 filmów i zagrało go dotychczas sześciu aktorów. Pierwszy z nich, Sean Connery, wcielił się w tę postać aż sześć razy. Po epizodzie z Georgem Lazenbym, na scenę wkroczył Roger Moore, który przechylał kieliszek martini i uwodził piękne kobiety w siedmiu kolejnych produkcjach. W 1987 roku zastąpiono go Timothym Daltonem, niemniej Bondem był on jedynie dwukrotnie, ponieważ podziękowano mu na rzecz Pierce'a Brosnana. Przełom nastąpić miał kilka lat i cztery filmy później, kiedy agentem Jej Królewskiej Mości został Daniel Craig. Nie był on sztampowym przystojniakiem i typowym elegantem. Jego szorstko męską aparycję wykorzystali również reżyserzy kolejnych produkcji, stawiając na bardziej ludzką twarz Bonda. Słynny 007 zaczął się ranić, krwawić, zakochiwać, złamano mu nawet serce. Miał swoje załamania, trafiały się porażki. Najnowsza część jego przygód zdaje się być jednak powrotem do wizji wcześniejszych reżyserów i ukłonem w stronę kultowych odsłon z Moorem czy Connerym. W popularną postać wciąż wciela się Craig, ale twórca "Skyfall" Sam Mendes obiera zgoła inny tor niż jego poprzednicy.


Nie jestem znawczynią serii o Bondzie, ani też zapaloną fanką kina akcji, lecz od czasów Daniela Craiga śledzę losy agenta brytyjskich służb wywiadu i każdorazowo zasiadam przed kinowym ekranem, oczekując niezapomnianych wrażeń. "Skyfall" zdaje się być najbardziej męską ze wszystkich tych produkcji. Sporo w niej scen pościgów, walki, wybuchów. Bond jest na powrót elegantem poprawiającym mankiety w najdziwniejszych warunkach z możliwych, a postaci kobiece przestają grać główne role, są jedynie dodatkiem. Nie uświadczymy tu miłości, reżyser wyplewił nawet jej echa. Agent nie rozpacza już nad tym, co było. Żyje dalej i żyje chwilą. Uwodzi, zabija, walczy i pokazuje figę z makiem własnej śmierci.


A sama fabuła? James Bond wraca po nieudanej akcji, po wyleczeniu z głębokich ran w niej poniesionych, niestroniący od alkoholu i w kondycji, która pozostawia wiele do życzenia. Jego strzał nie jest już tak celny, mięśnie tracą nieco na sile, a i zwinność zdaje się lekko szwankować. Na celowniku pojawia się jednak niezwykle niebezpieczna postać, chcąca zgładzić samą M. - przełożoną agenta 007 i jednocześnie niezwykle bliską mu osobę. To właśnie Bond zdaje się być idealnym antidotum na podłe i mściwe zamiary Raoula Silvy, w którego wcielił się przefarbowany na blond i niesamowicie przekonujący w tej roli Javier Bardem. Każda z czekających na agenta niebezpiecznych gierek stanowić będzie od tej pory niezrównane źródło motywacji i tym samym mobilizacji do skutecznego działania.

Sam Mendes, chociaż zalicza się raczej do grona reżyserów filmów kameralnych, serwuje nam tym razem wspaniałe widowisko. Pościg na motorze przez samo centrum Stambułu i walka na pędzącym pociągu to tylko przystawka. Danie główne pojawia się znacznie później, kiedy przenosimy się na mgliste i malownicze tereny Szkocji, wracając tym samym do korzeni agenta 007. Piękne zdjęcia, skrupulatny montaż i wysmakowane efekty specjalne robią wrażenie i przyczyniają się do nader pozytywnego odbioru filmu. Myślę, że to obraz, który okaże się ciekawy nie tylko dla wielbicieli "nowego Bonda", bardzo możliwe, że i fani tych wcześniejszych produkcji odnajdą w nim cząstkę początków półwiecznych losów agenta, które tak bardzo ich niegdyś zauroczyły.

5/6

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...