Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 czerwca 2014

Kronika zapowiedzianej śmierci







Tytuł: Batalista
Autor: Arturo Perez-Reverte
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 272







Jako fotograf amator nie raz zastanawiałam się nad tym, jak wygląda praca reportera wojennego - osoby, która osłonięta jedynie swoim aparatem, jest najbliższym świadkiem mordów, gwałtów i krzywd wyrządzanych niewinnym osobom w imię dobra narodu. Wiem doskonale, że czasami, aby sprostać wszelkim technicznym aspektom dobrej fotografii, odcinamy się od rzeczywistego obiektu, który znajduje się w zasięgu naszej ręki czy kilku kroków, widząc go jedynie jako przyszłe zdjęcie, jako kadr, jako kolor i jako złapaną w locie chwilę. Czy można zatem znieczulić się na gorzki smak brutalnych wojen, znajdując się w samym ich środku? Moja odpowiedź na to pytanie jest wprawdzie czysto hipotetyczna, myślę jednak, że w pewien sposób tak. Nie wątpię mimo wszystko, że tego typu zdarzenia pozostawiają na ludzkiej psychice trwały, bolesny ślad, którego nierzadko ciężko się pozbyć, czego idealnym przykładem jest właśnie główny bohater książki Arturo Pereza-Reverte.

Faulques był świetnym fotografem wojennym, zdobył mnóstwo prestiżowych nagród, a jego zdjęcia wzbudzały emocje i przenosiły widza w samo centrum brutalnych walk. Z czasem jednak coś się w nim wypaliło, stwierdził, że pora zmienić profesję, zakupił latarnię morską i zaczął tworzyć w niej dzieło swojego życia - ogromny fresk, splatający w sobie mroczne losy wszystkich wojen, w jakich brał udział jako reporter. Życie skupione na jednym artystycznym celu mąci mu jednak nagle pewien Chorwat - bohater jednej z najbardziej cenionych fotografii tytułowego batalisty. Okazuje się, że zdjęcie to wywołało lawinę tragicznych w skutkach zdarzeń, które na zawsze naznaczyły jego losy. Pragnie zemsty i jest zdeterminowany, aby za wszelką cenę dopiąć swego.

Pomimo tego, że tematyka tej powieści może nieść ze sobą prowizoryczną mnogość akcji, jest jej tam naprawdę niewiele. Całość skupia się wokół rozmów Faulquesa z Markoviciem i retrospekcji z pola bitewnego, na którym jeden był fotoreporterem, a drugi żołnierzem. Bohaterów jest tu właściwie jedynie trzech. Obok dwóch wymienionych, we wspomnieniach przewija się również pewna kobieta, która, będąc ważną częścią życia batalisty, budzi ciekawość Chorwata.

Jest to zatem powieść o wojnie, ale i o życiu po niej, o rozważaniach na temat sztuk, jakimi są fotografia i malarstwo i o wyższości jednej nad drugą, o "efekcie motyla". Obaj mężczyźni próbują rozwikłać zagadkę fotografów wojennych i ich wpływu na dalsze losy uwiecznianych przez nich osób, obaj reprezentują różne punkty widzenia i każdy z nich wie lepiej, do jakich wniosków prowadzi jego własna historia.

Książkę tę musiałam sobie trochę mimo wszystko dawkować. Wiele było w niej negatywnych emocji, które snuły się pomiędzy literami nie tylko w rozpamiętywanych przez bohaterów wojennych wydarzeniach, ale i w ich rozmowach, spojrzeniach i gestach. Ogólnie rzecz biorąc, podobało mi się umiarkowanie. Lubię przegadane dzieła, ale to mnie dziwnie przytłoczyło. Tak czy inaczej jest to wciąż bardzo dobra literatura, a moja ocena jest jak zwykle bardzo subiektywna.

4.5/6

niedziela, 8 grudnia 2013

Cudowne lata







Tytuł: Weiser Dawidek
Autor: Paweł Huelle
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 269







Gdańsk. Upalne, suche lato. Z zatoki, która niegdyś była głównym miejscem zabaw tutejszej młodzieży, odurzonej wolnym wakacyjnym czasem, zrobiła się obrzydliwa, śmierdząca zupa, pełna zdechłych ryb, ptaków, śmieci i brudów. Słoneczne, nieograniczone szkołą dni trzeba sobie tym razem zająć inaczej. Ale czy to rzeczywiście aż tak duże wyzwanie dla żądnych wrażeń dwunastolatków, którzy dadzą się wytargać za uszy i objąć karą niewychodzenia z domu, tylko po, aby przeżyć jedną z najbardziej nadzwyczajnych przygód swojego życia? Sami mieliście kiedyś z pewnością te naście lat i dwa miesiące nieokiełznanych harców na świeżym powietrzu w zanadrzu, znacie więc doskonale odpowiedź na to pytanie.

Choć za oknem pierwsze przymrozki, Huelle sprawia, że dogłębnie odczuwamy skwar, będący niemym tłem tej opowieści. Śledząc historię tajemniczego Dawidka, bardzo dokładnie wyobrażamy sobie gorący Gdańsk tamtych lat, kolorowe oranżady wypijane pospiesznie przed sklepem i pot spływający po plecach znużonych mieszkańców miasta: mężów, chadzających topić swe smutki w barze Liliput i żon, wieszających pranie na sznurkach przywiązanych do drzew przed blokiem.

Kim jednak jest tytułowy bohater książki? Otóż Dawid Weiser to dwunastoletni człowiek zagadka. Stroni od towarzystwa rówieśników, przyjaźni się jedynie z Elką, z którą dzieli swoje sekrety i spędza sporą część wolnego czasu. Na początku szkolni koledzy obrzucają go jedynie niechętnymi spojrzeniami, czasami i wyzwiskami. To przecież w końcu Żyd o niejasnych korzeniach, wychowywany przez aspołecznego dziadka, którego strach się bać. Z czasem jednak wrogie nastawienie zmienia się w ciekawość, którą sam Dawidek zdaje się podsycać swymi niecodziennymi zachowaniami.

Narrator tej powieści, będący jednym z trzech chłopców, którzy mieli tego lata możliwość poznania choć części sekretów Weisera, stara się rozwikłać zagadkę zaginięcia tajemniczego chłopca. Opowiada nam jego historię, opisując również i własne losy, splatające się zgrabnie z niewyjaśnioną kwestią tamtych lat. Opowieść swą snuje jednak niespieszne, krok po kroku, wzbudzając zainteresowanie i stopniując napięcie, nie zdradzając od razu najciekawszych jej szczegółów. Czytamy więc, wciąż mając ochotę i nadzieję na więcej, czując niedosyt, zaspokajany stopniowo pochłanianiem kolejnych stron tej opowieści.

Książka ta, na wskroś przeszyta magią, napisana jest pięknym językiem, który sprawia, że już od pierwszych stron przenosimy się w cudowne lata dzieciństwa, a przytaczane przez autora retrospekcje sprawiają, że gdzieś z tyłu głowy pobrzękuje i nasza historia sprzed tych kilkunastu, może i kilkudziesięciu lat. Dla mnie była to kolejna uczta z polskim autorem w roli głównej. I was zatem zachęcam do zapoznania się z twórczością Pawła Huelle, która nawiasem mówiąc przywiodła mi na myśl dzieła uwielbianego przeze mnie Guntera Grassa. Gwarantuję, że warto.

5,5/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kobiety o Nobliście







Tytuł: Lato
Autor: John Maxwell Coetzee
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 280







Wakacje w pełni, pora wręcz idealna, aby sięgnąć po książkę o tytule "Lato", nawet jeżeli jest to trzecia część cyklu Sceny z prowincjonalnego życia, spisanego przez autora niejako w formie autobiograficznej. Słońce praży niemiłosiernie i zrzuca na ziemię tony obezwładniającego żaru, a ja pałam coraz większą chęcią przeczytania tej książki. To przecież idealny czas na powieść o tak adekwatnym tytule, myślę, i nie zważając na odwrotną kolejność, wyjmuję ją spośród innych powieści.

Otwieram pierwsze jej strony, i choć nie spodziewam się wakacyjnej opowiastki dodanej za kilka groszy do czasopisma dla kobiet, czuję, że będzie poważnie, może nawet trochę sztywno, bo taki też zdaje się wszak sam Coetzee, którego poznać możemy w zasadzie jedynie w jego powieściach, w realnym świecie jest bowiem pisarzem zbyt enigmatycznym, by móc go sklasyfikować i w jakikolwiek sposób określić.

Autor spisał tę książkę w formie wywiadów z kobietami, które wyróżniły się w pewien sposób w jego historii. Mamy tu kochankę, kuzynkę, platoniczną miłość oraz współpracownicę, z którą miał romans, a każda z nich toczy odrębną opowieść, składającą się zarówno z fragmentów swego życia jak i z więzi łączących je z życiem pisarza.

Pierwszym zaskoczeniem jest fakt, że Coetzee, wkładając słowa w usta swych kobiet, nie wylewa na siebie wiadra lukru, a wręcz obnaża swe wady, ukazuje prawdziwe oblicze bez zbędnego upiększania. Ujawnia swe poglądy polityczne, ale i aspekty życia prywatnego, w tym seksualnego, wyłuskując także trudne relacje z otoczeniem. Na wierzch wychodzi zadufany w sobie outsider, nie potrafiący nawiązać nici porozumienia z żadną z istot chodzących po ziemi, nawet ze swym ojcem. Chce obcować z kobietami, pragnie ich, zakochuje się, lecz nie potrafi z nimi koegzystować. Nie rozumie ich świata, nawet nie stara się go zrozumieć. bo wie, że jest to dla niego niewykonalne. Zdaje się, że widzi jedynie czubek własnego nosa, nie zważa na potrzeby innych. Jest po prostu bucem, a przynajmniej taki tworzy obraz swej osoby.

Wywiady stylizowane są na spisywane już po śmierci autora. Przeprowadza je mężczyzna, którzy tworzy jego biografię, kobiety zatem otwierają się na tyle, aby nie zbrukać pamięci zmarłego Noblisty, mają jednak świadomość, że obgadywany pisarz żadnego z tych wynurzeń nie przeczyta i czasami zdradzają odrobinę więcej niż powinny.

Pomysł jest naprawdę świetny i od początku ogromnie mi się spodobał, lecz, ponieważ była to moja pierwsza książka Coetzee, musiałam najpierw przywyknąć do jego suchego, prostego języka, który nie był mi do końca bliski. Czy tajemniczy autor naprawdę uchylił rąbka tajemnicy i w autobiograficznej trylogii ujawnił choć część szczegółów ze swego życia - sama chciałabym to wiedzieć. Było to dla mnie mimo wszystko ciekawe spotkanie z nowym pisarzem. Być może nie rewelacyjne, nie była to także wbrew pozorom idealna lektura na lato, ale warto się z nią zapoznać. Myślę ponadto, że nie tracimy wiele, nie trzymając się kolejności w przypadku tych książek, bo są to jednak odrębne historie. Być może tą upalną porą gorąco wam tej książki nie polecę, ale umiarkowanie zachęcę do zapoznania się z tym południowoafrykańskim Noblistą, bo warto wyrobić sobie o nim własne zdanie.

4,5/6

niedziela, 9 czerwca 2013

New York, New York!







Tytuł: Sunset Park
Autor: Paul Auster
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 296







Nowy Jork - jest w nim coś intrygującego, coś, co przyciąga, fascynuje i ciekawi. Tamtejsze ulice tętnią życiem, rażą bogactwem barw i mnogością kultur. Trudno ubrać to miasto w ramy, trudno sklasyfikować je w jedną koherentną całość, trudno też przedstawić tylko jedno z jego oblicz, kiedy ogół składa się na mieszaninę tak wielu światów, poglądów, tradycji i zwyczajów. 

Historia Paula Austera nie jest jednak opowieścią o mieście. Autor niespiesznie, po kolei przedstawia nam swoich bohaterów, nowojorczyków, z całą gamą trosk, problemów, niedoskonałości i radości, które noszą w oblepionych miastowym kurzem i codziennością ciałach. To właśnie na nich skupia się cała uwaga, a ich ekscentryczność, oryginalność, wszelkie wady i zalety tworzą obrazy różnych twarzy Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, które wszystko widzi i które pochłonie każdą duszę i zatopi ją w swym zgiełku.

Głównym bohaterem jest Miles, który nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca, obijając się o ściany przeróżnych miast, o serca i umysły różnych ludzi, rezygnując całkowicie z kontaktu z najbliższymi i żyjąc jak ktoś, kto zagubił gdzieś swoją tożsamość, własne ja.Wszystko zmienia się w bardzo typowy sposób - ten niespełna trzydziestoletni mężczyzna poznaje kobietę. Dziewczynę właściwie, bo wybranka jego serca nie skończyła jeszcze 18 lat, co komplikuje nieco fakt stworzenia z nią oficjalnego i zgodnego z prawem związku. Miles podejmuje gorzką, choć niezwykle rozsądną decyzję. Postanawia wyjechać i, za namową dawnego przyjaciela, do czasu aż Pilar nie osiągnie pełnoletności, zamieszkać wraz z nim i gromadą interesujących indywiduów. 

Opowieść snuta jest z perspektywy każdej z tych jednostek z osobna. Powoli poznajemy historię Milesa, jego rodziców, nowo poznanych i nie do końca standardowych współlokatorów. Portrety psychologiczne budowane przez Austera sprawiają, że czujemy się niemal tak, jak byśmy śledzili życie sąsiadów z pobliskiej kamienicy, brali pod lupę ich uczucia, nawiedzające ich demony i lęki, wdzierając się przez dziurkę od klucza w ich prywatność.

Miałam nadzieję, że wraz z przeczytaniem tej książki, zapoznam się głębiej z charakterem Nowego Jorku, poczuję jego buchające różnorodnością wnętrze i wciągnę w nozdrza zapach tamtejszej niezwykłości. Otrzymałam jednak coś zupełnie odmiennego. Autor nie skupił się na mieście, wolał zgłębić ducha jego mieszkańców. Czy wyszło to jego książce na dobre? Myślę, że mimo wszystko tak. Myślę również, że to nie ostatnia pozycja jego autorstwa, po którą sięgnę. Auster jest bowiem równie intrygujący, co miasto, w którym umieszcza fabułę swych powieści i ciężko się od niego nie uzależnić.

5/6

sobota, 30 marca 2013

Subtelnie i po francusku







Tytuł: Delikatność
Autor: David Foenkinos
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 208







Rzadko sięgam po tego typu książki. Nie przepadam za lekkimi opowiastkami o miłości, są zazwyczaj bardzo sztampowe, przelewają mi się przez palce, przewracam ostatnią stronę i czuję, że w jednej chwili o nich zapominam. Zanim zadecydowałam, że mam nieodpartą chęć przeczytania "Delikatności", nie omieszkałam zapoznać się z kilkoma recenzjami autorstwa znajomych blogerów. Jedni twierdzili, że jest to bardzo przyjemna i ujmująca opowieść, snuta we francuskich realiach, iście subtelna i pobrzmiewająca w głowie niczym ulubiona melodia. Inni z kolei zarzucali autorowi brak oryginalności i pójście ograną ścieżką, nie wnoszącą nic ani do świata literatury, ani do myśli rozczarowanego czytelnika. Po której zatem stronie stanęłam, czytając ostatnie słowa tej powieści?

Nathalie i Francois poznali się zupełnym przypadkiem i była to miłość, która dosyć szybko ugodziła ich serca strzałami  nieokrzesanego Amora. Stali się nierozłączni, byli dopasowani do siebie w każdym calu, jak leżące obok siebie kawałki puzzli. Znali swoje pragnienia, mieli wspólne plany i marzenia, nie straszna im była przyszłość, w przeszłości przeszkadzało im jedno - że nie poznali się wcześniej. Można by stwierdzić, że była to para tak doskonała, że aż nudna, ale słowo nuda nie znajdowało się w zbiorach ich słownika. Kiedy byli razem, byli fascynujący dla świata i dla siebie nawzajem. Byli tym, o czym inni marzyli jedynie w nierealnych wizjach na temat idealnego związku. Byli jednością. Zdawać by się mogło, że taka sielanka trwać będzie wiecznie, ale, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, w zdaniach przepełnionych ochami i achami, pojawia się często jakieś ale. Nie inaczej jest i tym razem. Francois ginie w wypadku i zostawia zrozpaczoną Nathalie na pastwę wszechogarniającego smutku, żalu i żałoby.

Myślicie pewnie, że zdradziłam zdecydowanie za dużo treści, ale w tym przypadku historia Nathalie i Francois jest tylko wstępem do całej powieści. Jej kwintesencją jest zgoła inne, zupełnie nieoczekiwane uczucie, rozpoczęte przez przypadkowy i niewiele znaczący pocałunek, ale o tym zainteresowani przeczytają już na własną rękę.

Jak więc zapatruję się na tę pozycję? Przeczytałam ją błyskawicznie, nawet pomimo ciągle kurczącego się czasu. Jest przyjemna w odbiorze, nie wymaga wgłębiania się w zapisane w niej treści, działa relaksująco i uspokajająco, wręcz rozleniwia, i są to jej niewątpliwe atuty. Fabuła okazała się jednak nieco oklepana, przez co moje zainteresowanie historią uroczej, skrzywdzonej przez los Francuzki było nieznaczne, i gdyby Foenkinos rozpisał się na większą ilość stron, zapewne wkrótce zacząłby mnie nużyć. Warto wspomnieć o schemacie, w jakim autor napisał swą książkę. Po każdym rozdziale częstuje nas bowiem jakąś ciekawostką związaną pośrednio z tematem, który porusza, lecz niemającą żadnego związku z samą treścią. Niektórych to irytowało i odciągało od głównego wątku powieści, ja uważam to za całkiem ciekawy manewr, który przypominał mi wręcz momentami "Grę w klasy" Cortazara.

Nie jest to książka, którą trzeba koniecznie przeczytać, nie jest to dzieło, które wniesie cokolwiek do naszego życia i nie jest to najwyższa półka pisarskiego talentu. Można po nią sięgnąć, ale nie trzeba. Mnie nie zauroczyła, acz nie odmawiam jej przyjemności, lekkości i delikatności, którą kryje w zanadrzu swej lektury.

4.5/6

wtorek, 27 listopada 2012

Madame la Directrice







Tytuł: Madame
Autor: Antoni Libera
Wyd.: Znak
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 390  







Moi Drodzy! Wyciągnijmy najdroższą porcelanową zastawę stołową, wypucujmy na połysk zestaw srebrnych sztućców. Wyczarujemy dziś bowiem danie wykwintne, niecodzienne, ze szczególnym uwzględnieniem składników iście luksusowych. Dodamy doń szczyptę jazzu, garść brawurowej acz urokliwej szkolnej niesubordynacji, kilka łyżek dzieł najlepszych francuskich dramatopisarzy, przyprawimy je odrobiną kina, teatru, filozofii, okrasimy czasami mglistego i szarego PRL-u. A potem, nasyceni i usatysfakcjonowani, poczekamy na deser. Ale jaki! Piękny i czarujący, lecz zimny i niedostępny; kolorowy na tle czarno-białych widokówek Warszawy końca lat 60-tych; pachnący, niczym uosobienie najbardziej kuszących perfum, wyglądający, niczym obraz nieskończenie uzdolnionego impresjonisty, z wszech miar urzekający i zgrabnie chwytający w garść pełnię naszego skupienia i uwagi; zwieńczony wisienką tajemniczej kokieterii.

Oto ona i on. Madame i uczniak. Kwintesencja francuskiego stylu, wytworności i elegancji, również tej słownej, i młody, niedoświadczony, lecz elokwentny artysta – jeszcze szkolny, acz przesycony górnolotnymi aspiracjami. Ona – dyrektorka szkoły, nauczycielka francuskiego, niedostępna, powściągliwa, nieodgadniona. On – uczeń ostatniej klasy gimnazjum, darzący ją nieopierzonym ogromem platonicznego uczucia, wygrzebujący z dostępnych mu zakamarków każdą, najmniejszą informację na jej temat. I w końcu my – czytelnicy, śledzący te poczynania ze wzrastającym zainteresowaniem, prawie jak wplątani w pędzącą do upragnionego finału intrygę kryminalną. 

Kryminału tu jednak nie uświadczymy, nie zostaniemy również poczęstowani romansem per se. Autor, prawdziwy mistrz słowa, bawi się nie tylko językiem, żonglując nim, jak artysta na arenie cyrkowej. Dostarcza nam przyjemności z obcowania z dziełem płynnym, z dziełem ocierającym się o przedimek "arcy”, serwując jednocześnie historię na pozór błahą i nagminnie powielaną. Nie wierzmy jednak mylącym przesłankom. Przemycone w nim cytaty z wielu cenionych pisarzy, tyrady filozoficzne, kulturalne, inteligentne i obrazoburcze, niejednokrotnie zachwycają. Zachwyca również i wątek miłosny, prowadzony subtelnie i zupełnie nieinwazyjnie. Czytelnikowi zdaje się, że stąpa po delikatnej i kruchej posadce, boi się, że dane mu będzie pójść o krok za daleko. Autor mu jednak na to nie pozwala. Wie, gdzie powiedzieć "dość" i to czyni go w moim odczuciu wybitnym, a danie przez niego zaserwowane smakuje wręcz wyśmienicie. Skosztujcie.

6/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Z literą w tle oraz Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę. 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Ziarno o przekroju 1/8 mm







Tytuł: Kobieta z wydm
Autor: Kobo Abe
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 186 







Wyszłam ze świata tej książki, wysypałam piasek z butów, otrzepałam ubranie i skórę oblepioną złocistym pyłem. Wiem, że mam go jeszcze w uszach i we włosach. Nie pozbędę się go tak łatwo. Przewracając karty tej powieści, zrzucałam na siebie stopniowo tony piaskowych ziaren, zasypała mnie nimi po sam czubek głowy. Byłam przytłoczona ich ciężarem, nie umiałam wydostać się na powierzchnię, z trudem łapałam ostatnie hausty powietrza. To piasek jest władcą i wszechmogącym królem rzeczywistości, którą stworzył pisarz. To on rządzi światem i złowieszczo naciera na bohaterów powieści, kierując ich losem i zarządzając cienką linią pomiędzy ich życiem i śmiercią. Czytelnik nabiera szacunku do jego bezwzględności i siły, stara się trzymać na dystans. Kobo Abe nam jednak na to nie pozwala. Miał inny plan względem swego dzieła, a piasek wysypujący się z jego stronic był z pewnością zabiegiem skrzętnie zaplanowanym. Autor wiedział, że będziemy go mieć dość, że będziemy czuć go w nozdrzach i przełyku, i że będzie nam od niego niedobrze. I rzeczywiście, czytając tę powieść czułam przesyt. I choć nie jest ona zbyt pokaźnych rozmiarów, musiałam ją sobie dawkować, bo ziarna piasku zaczęły wręcz wwiercać się w mój krzyczący o uwolnienie umysł.

Zastanawiacie się pewnie czy ta moja pisanina obwieszcza pejoratywne nastawienie do powieści, wszak wszystko zdawałoby się na to wskazywać. I wcale mnie to zresztą nie dziwi. Nikt przecież nie lubi być niczym przytłaczany. Wolimy, gdy powieść wzbudza głównie te pozytywne odczucia. "Kobieta z wydm" pozostawiła jednak we mnie poczucie, że przeczytałam książkę niełatwą, acz dobrą i przykuwającą uwagę już od pierwszych jej zdań. I pomimo tego, że niejednokrotnie miałam autorowi za złe zasypywanie mnie aż taką ilością piasku, przeczytawszy jego dzieło, podałam mu w myślach rękę i pogratulowałam wyśmienitego pomysłu.

Ale o czym ta książka właściwie jest? Otóż oprócz piasku, jej bohaterami są pewien Mężczyzna i pewna Kobieta. On, pasjonat wszelakich owadów ukrywających się w zakamarkach roślinnych kryjówek, marzy o odkryciu nowego gatunku i wyrwaniu się tym samym z szarej codzienności pracy nauczyciela. Ona, nieświadoma do końca życia na powierzchni, zamieszkuje jamę ze wszech stron otoczoną piaskiem, a jej pracą i obowiązkiem jest umieszczanie tego złocistego pyłu w beczkach, które następnie wywożone i sprzedawane są poza granicami miasteczka. Mężczyzna wyrusza pewnego razu na wyprawę, mającą na celu ziszczenie jego pragnień, lecz ta kończy się zgoła odmiennie niż zaplanował. Szukając noclegu, tubylcy kierują go właśnie do osobliwej jamy Kobiety, a on uznaje tę formę spędzenia nocy za ciekawą i niezwykle oryginalną, nie odczuwając wobec niej większych oporów. Rzecz zmienia się jednak, kiedy budzi się rano, a drabinka - jedyna więź łącząca go ze światem zewnętrznym, znika...

Nie mam zamiaru zachęcać, czy zniechęcać potencjalnych czytelników do sięgnięcia po tę powieść. Wszystko, co miałam na jej temat do powiedzenia zawarłam w powyższych słowach, a decyzja czy zanurzyć się na chwilę w odmętach piasku, należy już do was. Odważycie się?

4,5/6


wtorek, 3 lipca 2012

Jeśli moc jakaś raz nam w darze, jak inni widzą nas pokaże...*




Tytuł: Stokrotki w śniegu
Autor: Richard Paul Evans
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 304









Rozpoczynając czytanie tej książki od wpisu zatytułowanego „Drogi czytelniku” zastanowiłam się przez chwilę czy nie przełożyć tej lektury na grudzień, porę znacznie bardziej świąteczną, śnieżną i adekwatną. Autor zaznaczył bez pardonu, że książka nawiązuje tematyką do osławionej „Opowieści wigilijnej”, życzył nawet na koniec tegoż wpisu „Wesołych Świąt”. Odłożyłam ją na moment, zdając sobie sprawę z tego, iż z technicznego punktu widzenia mogę sięgnąć po jedną z wielu innych książek czekających na swoją kolej, a tej nie zaczęłam przecież jeszcze czytać. Chwila ta jednak nie trwała długo. Byłam zbyt ciekawa nowego autora na mojej półce, między innymi z powodu licznych porównań jego literatury do dokonań Erica-Emmanuela Schmitta, którego lubię.

Ledwo otworzyłam pierwszą stronę, a już kończyłam całą książkę. Czyta się ją błyskawicznie. Wydanie jest wręcz kieszonkowe, a litery, odstępy między linijkami i akapity względnie duże. Ot opowiastka na jeden wolny od wszelkich zaprzątających nam głowę spraw dzień, i słowa „opowiastka” użyłam tu z premedytacją. Historia jest bowiem bardzo prosta, wręcz banalna, niejednokrotnie już w literaturze poruszana. James Kier, zamożny biznesmen, człowiek do najmilszych i przepełnionych empatią nie należący, znajduje swój nekrolog w codziennej prasie. Nie jest to jednak opowieść fantastyczna, w której pan Kier wraca do świata żywych po własnej śmierci, aby odkupić winy. Kier żyje i ma się dobrze. Zaszła pomyłka, którą wszelkie media podłapały i rozpowszechniły. W dobie Internetu i możliwości anonimowego komentowania przeróżnych spraw, James Kier dowiaduje się, co tak naprawdę sądziły o nim osoby mniej lub bardziej znajome. Wiedza ta powoli zaczyna go przerażać, paraliżować i przepełniać wstydem. Wzorem Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” postanawia zmienić siebie, swe dotychczasowe życie i nastawienie do świata. Naturalnie na lepsze.

Czy mu się to udaje i z jakim skutkiem… cóż, jeżeli lubicie od czasu do czasu przeczytać jakąś prostą, ciepłą, ładnie napisaną historię, powielającą schematy i nic raczej nowego nie wnoszącą, to polecam „Stokrotki w śniegu” – nie zawiodą Was. Czyta się je przyjemnie, szybko i, co należy dodać, zdecydowanie namawiam do lektury w okresie okołobożonarodzeniowym. Żałuję, że sama jednak nie poczekałam, może byłabym łaskawsza.

4/6

*Richard Paul Evans, „Stokrotki w śniegu”, Wydawnictwo Znak 2010, s.304

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...