Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2014

Korpo, ciała, sushi i Ikea






Tytuł: Pokolenie Ikea
Autor: Piotr C.
Wyd.: Novae Res
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 194








Na tę książkę natknęłam się zupełnym przypadkiem, zupełnym przypadkiem wzięłam ją do ręki i zupełnym przypadkiem poszłam z nią do kasy, aby wyciągnąć z portfela te dwadzieścia kilka złotych i dać się zaskoczyć. Kolejne z nią doświadczenia były już w pełni świadome.

Przyciągała mnie do siebie, kiedy jeszcze leżała na półce w oczekiwaniu na swoją kolej. Wyciągnęłam ją spośród innych, chciałam przeczytać zaledwie kilka zdań, a pięć minut później miałam za sobą dobre parę stron. Czeka mnie z nią jazda bez trzymanki - pomyślałam i wróciłam do poprzednio czytanej powieści, odkładając lekturę Pokolenia w czasie.

Pierwsze strony zaintrygowały, zbulwersowały i odrzuciły, napawając mnie przeróżnymi odczuciami, najczęściej negatywnymi. Główny bohater, Czarny, to trzydziestopięcioletni radca prawny, grzejący miejsce w jednej z warszawskich korporacji. Jest dumnym reprezentantem pokolenia '70 plus. Ma mieszkanie na kredyt, wypełnione jedynie kilkoma meblami z tytułowego sklepu, całkiem nieźle płatną pracę, ale i spore wymagania od codziennego życia. Chadza do najbardziej ekskluzywnych klubów, wyrywa najlepsze ciała i stara się żyć na miarę swoich możliwości, napawając się przygodnym seksem, drogim jedzeniem i kosztownymi gadżetami, narzekając jednocześnie na swój los i nie wiedząc, czy jest w tej swojej ikeowskiej egzystencji szczęśliwy, znudzony czy pełen zwątpienia. Że jest inteligentny - co do tego nie mamy żadnych wątpliwości. Że to rasowy szowinista - przekonujemy się już po kilku słowach. Powiem wam jednak, że ta swoista satyra na dzisiejszą warszawkę wciąga i nawet jeżeli po kolejnej porcji wulgaryzmów, których poziom w tej książce przekracza 90% tekstu, mam ochotę wystawić jej druzgocącą dwóję, na koniec uśmiecham się tylko pod nosem i myślę sobie, że w ogólnym rozrachunku było całkiem nieźle. 

Pokolenie Ikea miało swój początek na blogu o tym samym tytule. Nigdy go jednak nie śledziłam, więc pierwsze spotkanie z pisarstwem Piotra C. zaliczyłam dopiero przy tej właśnie książce. Można mu naprawdę wiele zarzucić, wylać na niego wiadro pomyj, zmieszać z błotem, wyśmiać i  stwierdzić, że to pozycja godna jedynie rynsztoku. Powiem szczerze, że w pewnych momentach rzeczywiście obrzucałam ją w myślach niewybrednymi epitetami, zdaję więc sobie sprawę z tego, że niektórzy z was pozostaną prawdopodobnie pod wpływem podobnych odczuć aż do ostatniej strony. Ja po jakimś czasie zmieniłam jednak front. Jeżeli pomimo tak znacznego nadmiaru przekleństw, tak szowinistycznego podejścia do kobiet i tak prostackiej wymowy, książka ta wciągnęła mnie, sprawiając, że nie przeszkadzał mi nawet brak konkretnej fabuły i czytałam ją z niespodziewanie wzrastającą przyjemnością, należy jej się coś więcej niż szkolny dopuszczający.

Być może sięgnięcie po tę pozycję to masochizm w czystej postaci, być może spędzicie z nią kilka niezwykle irytujących chwil. Jeżeli macie mimo wszystko ochotę się z nią zapoznać, nie podchodźcie do niej nazbyt poważnie, nie spodziewajcie się też wyżyn kunsztu literackiego. Sama, rozerwana przez całą lekturę pomiędzy niechęcią i zachwytem, stawiam jej jednak piątkę. 

5/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.

niedziela, 14 lipca 2013

Masłowskiej myśli nieuczesane







Tytuł: Kochanie, zabiłam nasze koty
Autor: Dorota Masłowska
Wyd.: Noir sur Blanc
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 160







Stoję (siedzę) przed pustą kartką (przed pustym ekranem monitora w zasadzie, ale kartka brzmi lepiej) i nie wiem od czego zacząć. Masłowska po raz kolejny zagięła na mnie parol. Mam wrażenie, że tak, jak jej książki i pisanie ulegają zmianom, dojrzewają wraz z samą autorką, tak i ja dorastam razem z nimi i każda kolejna pozycja jest taką, jaką chciałabym ją widzieć, dociera do najgłębszych zakamarków mojej kory mózgowej i sieje tam zamęt.

Jesteśmy z pisarką niemal równolatkami. Kiedy wyszła jej debiutancka książka, której tytułu zapewne nie muszę przypominać, było o nim tak głośno, że każdemu bez wątpienia wciąż brzmi w uszach, wychodziłam właśnie z nastoletniego okresu prowizorycznie nieokiełznanego, choć kontrolowanego buntu. "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną" czytana naprędce na szkolnych przerwach, mówiąc może nazbyt kolokwialnie i niezbyt górnolotnie, rąbnęła mnie w twarz. Minęło dziesięć lat, Masłowska wróciła z trzecią swą powieścią. Ja zmierzam, ona przekracza w tym roku trzydziestkę, nasze wizje świata uległy znacznym przekrzywieniom, zmianom z "jest jeszcze czas" na "już za późno", co widać ewidentnie w jej książce i moim jej postrzeganiu. 

Przekroczenie tej znaczącej granicy, kiedy nie jest się, a przynajmniej nie powinno się już być, młodocianym lekkoduchem, a drzwi dorosłości rozpościerają się przed nami otworem i wciągają nas siłą do środka, bywa trudne. Wciąż jesteśmy dziećmi, wciąż posiadamy nieadekwatne do wieku cechy, a każe się nam myśleć inaczej, zachowywać inaczej, inaczej żyć i, co tu dużo mówić, ciężko się w tym wszystkim odnaleźć. Świat również obrócił się jakby o 180 stopni. Facebook to nasz drugi dom, rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem zastąpiły komunikatory, SMS-y, maile, sztuką można nazwać nawet parę sznurówek rzuconych na Bogu ducha winną podłogę. Znajdujemy się w tłumie, a jesteśmy samotni, ubrani w najnowszy krzyk mody, modny jedynie pozornie, bo przecież hipster stroni od obowiązujących trendów, mkniemy przez drabiny kariery,  w najnowszych odblaskowych adidasach (przetartych zużytych trampkach) biegniemy w wyścigach szczurów po trofea. Choć pieniądz nie jest już modny. Na topie jest awangarda i wszelkie odchylenia od normy

Podobnie zdają się myśleć bohaterki powieści "Kochanie, zabiłam nasze koty": opętana fobią czystości Farah, jej była/niebyła przyjaciółka Joanne i nowa bratnia dusza - Gosza z Polski znajdującej się w byłej Jugosławii. Każda z nich jest odzwierciedleniem i archetypem pewnych zachowań, które zauważyć możemy, odwracając czasem głowę ku temu, co znajduje się obok. Fa nie potrafi odnaleźć się w świecie damsko-męskich, damsko-damskich, w zasadzie żadnych relacji. Zaszczuta przez nietolerancyjne społeczeństwo toczy swój los niczym ciężki kamień, uciekając do głupawych artykułów czasopisma "Yogalife" i snów, które spędza z odurzonymi alkoholem podstarzałymi syrenami. Postawa Jo jest zgoła odmienna. Dziewczyna nie przejmuje się wciąż wzrastającą wagą, kiedy na czasie jest przecież wychuchana anoreksja. Jej życie nie musi być idealne i wcale do tego nie dąży, wystarczy jej znaleziony na szybko i mimochodem mężczyzna i upojne z nim noce, praca fryzjerki oraz wakacyjny wyjazd do mniej lub bardziej ciepłych krajów. Jest i Go, udająca swe życie, niepotrafiąca pogodzić się z prawdziwym jego obliczem, grająca sama ze sobą w kotka i myszkę.

Masłowska w wersji ugrzecznionej? Być może, choć nie do końca się z tym zgadzam. Nie zarzuca nas tu wprawdzie przekleństwami, nie wpycha nam ich do uszu co kilka przeczytanych słów. Wprowadza nas jednak w kolorowy od tabloidów, lecz smętny od wtórności przekazów świat pokolenia dwudziestokilku i trzydziestolatków. Niby trochę zabawnie, trochę groteskowo, owijając wszystko w zgrabnie zapętlone mistrzostwo łączenia wyrazów w nieszablonowe zdania, odkrywa przed nami zupełnie niezabawną, choć rzeczywiście dosyć groteskową prawdę. Ot satyra na XXI wiek i ogrom wynalazków ułatwiających i utrudniających nam życie zarazem. Przeraża, wyłuskuje to, co powinno wyjść na wierzch i uświadamia, że coś jest ewidentnie nie tak, jak być powinno.

Ta krótka książka, bo przecież niedługa to powieść o sporych literach i licząca około 150 stron, to prawdziwa kumulacja gniewu autorki. Podobno tworzyła ją w bólach. Wcale mnie to nie dziwi. I choć zdecydowanie w bólach się jej nie czyta, uświadamia kwestie, które wprawiają w złość, ale taką konstruktywną, która inspiruje do zmian - tych na lepsze.

5,5/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę!

niedziela, 7 lipca 2013

Życie jest bardziej przerażające niż śmierć*







Tytuł: Strasznie głośno, niesamowicie blisko
Autor: Jonathan Safran Foer
Wyd.: W.A.B.
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 496







Ile mieliście lat w 2001 roku? Chodziliście do szkoły, pracy? W jaki sposób dowiedzieliście się o tragedii z 11 września? Pamiętacie tę chwilę? Pytam całkowicie intencjonalnie, bo bardzo mnie to ciekawi. Nie wiem czy nastroiła mnie tak ta książka, czy może po prostu przypomniała mi o moich własnych doświadczeniach i spowodowała, że pragnęłabym poznać i te dziejące się w zupełnie innych miejscach świata, a przynajmniej Polski, i niemające bezpośredniej styczności ze skutkami zamachu. 

Ja chodziłam wtedy do liceum. Pamiętam dwie dymiące wieże na ekranie telewizora rodziców i szok, jaki ten widok we mnie wywołał. Pamiętam też, że nikt jeszcze dokładnie nie wiedział, co się wydarzyło, ale wszyscy zamarli w oczekiwaniu na to, co będzie dalej. Zginęło już wtedy sporo ludzi, kolejni byli nie do odratowania. I choć wszystko to miało miejsce gdzieś na drugim końcu półkuli, śledziłam te sceny z rozdziawionymi ustami i równie szeroko otwartymi oczyma, nie wierząc w to, co widzę. Na drugi dzień w szkole wszyscy byli nieco przytłumieni, również nauczyciele nie mieli ochoty na normalne lekcje, poruszając głównie temat tragedii. Przez następne lata był on oczywiście wałkowany przez media, wyszło na jaw, kto stał za zamachem i sprawa ta przestała być zasnuta kotarami tajemnicy. Ofiary wciąż wspominane są z nabożnym szacunkiem, rodziny nadal je opłakują, lecz to czego nie zapomnę, to właśnie ten pierwszy moment, w którym dowiedziałam się, co się stało.

Jak zatem musiał czuć się chłopiec, którego ojciec zginął w ten właśnie sposób? Jak niewyobrażalnie boleśnie znosić musiał tę stratę? Była to nie tylko tragedia odciskająca piętno na Stanach Zjednoczonych, była to także tragedia jednostek i właśnie o niej opowiada książka Jonathana Safrana Foera. Mówi ona o indywidualnym cierpieniu, o życiu po utracie bliskiej osoby i o próbie radzenia sobie z tym, czego nie można cofnąć. Mówi jednak na tyle nietuzinkowo, że już sam ten fakt jest w niej wart uwagi.

Oscar Shell to niezwykle rezolutny dziewięciolatek, dziecko zupełnie nietypowe i nad wiek dojrzałe. Pisuje listy do Stephena Hawkinga, zatapia się w rockandrollowych dźwiękach Beatlesów, uwielbia język francuski, tworzy piękną biżuterię, grywa w szekspirowskich dramatach i jest wynalazcą przeróżnych mniej lub bardziej użytecznych przedmiotów. Wieść o śmierci ukochanego taty paraliżuje jego życie, a sama żałoba wywołuje w nim przeróżne odczucia i równie odmienne potrzeby tłumienia wywołanych nią bólu i żalu. Pewnego dnia chłopiec znajduje pewien tajemniczy klucz, który zdaje się być powiązany z jego ojcem. Widok ten rodzi w jego umyśle żądzę rozwiązania zagadki, a że znalezisko znajdowało się w kopercie z napisem "Black", Oscar planuje znaleźć każdą osobę o tym nazwisku i za wszelką cenę dowidzieć się, cóż takiego otwiera ten enigmatyczny przedmiot.

Każda sobota z życia młodzieńca wiąże się z wędrówką do kolejnych mieszkań, z poznawaniem przeróżnych osób, kryjących się pod tak popularnym nazwiskiem i związanymi  z nimi historiami. Opowieść ta opisywana jest z perspektywy chłopca, to on jest jej narratorem, co czyni ją znacznie ciekawszą. Jego dochodzenie w sprawie dziwnego znaleziska przeplatane jest jednak wynurzeniami z życia  jego babci, a także dziadka, który zostawił swą żonę jeszcze zanim urodziło się ich wspólne dziecko - ojciec Oscara. Połączeni tragedią związaną ze zbombardowaniem Drezna, spędzili ze sobą część życia, złączyły ich wspólny ból, wspólne troski, dramaty i przyzwyczajenie, którego nie ukrywali nawet za szyldem uczuć.

Całość zdaje się z początku nieco chaotyczna. Przeplatające się historie nieco się mieszają i potrzebowałam chwili, żeby je ogarnąć. Książka ta jest jednak pozycją na tyle nietypową, ciekawą i przykuwającą uwagę, że czytało się ją z zapartym tchem, a zdjęcia, pojawiające się czasami, obrazując podjęty temat dodawały jej smaku. Nie czytałam poprzedniego dzieła autora, ale teraz z pewnością to nadrobię. Jestem pewna, że warto.

5/6

*s. 452

wtorek, 25 czerwca 2013

Wcale nie takie małe







Tytuł: Małe kobietki
Autor: Louisa May Alcott
Wyd.: MG
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 304







XIX-wieczne powieści nigdy mnie nie kręciły. Będąc małą dziewczynką nie zaczytywałam się w opowieściach o Ani z Zielonego Wzgórza, a jako dwudziestolatka nudziłam się jak mops, czytając "Dumę i uprzedzenie". Szerokim łukiem omijałam romanse, książki o kobiecych losach. Wolałam zaczytywać się w czymś, co według mnie, było bardziej wartościowe i lepiej współgrało z moją osobowością. Nadszedł jednak czas, kiedy postanowiłam przełamać te drzemiące we mnie uprzedzenia i zaczęłam zerkać z ciekawością również na inny typ literatury niż dotychczas. Postanowiłam zaniechać swojej książkowej dyskryminacji i sięgać po gatunki, które wcześniej wydawały mi się obce. Tym sposobem przekonałam się, że i romans potrafi być dobry, wciągający i wartościowy, a książki dla płci pięknej i o niej ciekawe i zupełnie nienużące. I tutaj przemycę naukę dla was, Drodzy Czytelnicy, wykazujący się obcesowym rasizmem wobec literatury polskiej/science fiction/dla kobiet/jakiejkolwiek innej (niepotrzebne skreślić). Mogą nas w ten sposób ominąć prawdziwe literackie przygody. Ściągnijmy klapki z oczu i poddajmy się tym książkowym eksperymentom. Naprawdę warto.

"Małe kobietki" to książka dla młodzieży, krąg ten zacieśniłabym wręcz do nastolatek, jeżeli mamy już wkładać ją ściśle w jakąś szufladę. Jest to powieść niezwykle grzeczna, poukładana, zdaje się, że pisana głównie dla panienek z dobrych domów. Moralizatorstwo, purytanizm, schematyczność - wszystko to możemy zarzucić jej bez mrugnięcia okiem, bo będzie to prawdą. Kiedy jednak przekraczamy próg domostwa państwa March, a naszym oczom ukazują się cztery zupełnie różne tytułowe kobietki, które przywitają nas z otwartymi ramionami, poczęstują herbatą, ciastkami i zabawią interesującymi historyjkami z życia lub ze świata wziętymi, ustępujemy. Nie oceniamy, nie marudzimy, nie grymasimy, tylko czytamy.

Ta książka jest po prostu przesympatyczna! Rozpościera przed nami uroczą słodko-gorzką historię, w której jednak nie ma zbyt wiele miejsca na konkretną porcję goryczy. Pojawia się tam ona właściwie jedynie po to, aby nas nie zemdliło, jako przeciwwaga dla miłych bohaterek powieści, które, choć nie są bez wad, na naszych oczach usilnie z nimi walczą. Poznajemy cztery siostry. Najstarsza i najpiękniejsza z nich to Meg, wchodząca powoli w dorosłość i jednocześnie odrobinę tym faktem onieśmielona. Jest tu także Jo, istna chłopczyca, która zaraża wszystkich optymizmem i żywiołowością, Beth, nieśmiała i zamknięta w sobie artystyczna dusza, oraz Amy, która jest najmłodszą, ale również najbardziej przemądrzałą z sióstr.

W tle "Małych kobietek" tli się okres wojny secesyjnej, wątek ten jednak nie dominuje, lecz naznacza w pewien sposób losy dziewcząt, zmuszonych do życia bez swego ojca, w okowach ciągłego zamartwiania się o jego los. Ogromną podporę stanowi tutaj ich matka - kwintesencja namacalnej dobroci. Nie wszystko jest kolorowe i usłane różami. Siostry mają swoje wzloty i upadki, pracują ciężko nad swoim charakterem i radzeniem sobie w trudnych finansowo czasach. Mając jednak tak stabilną podporę w postaci kochającej się rodziny, można przecież wszystko przezwyciężyć (tu ukłon w stronę moralizatorskiej strony powieści).

Ujęła mnie ta książka, przyznaję się bez bicia. Swoim ciepłem, prostotą, głównymi bohaterkami. Myślę, że nie tylko nastolatka znajdzie w niej coś dla siebie i że każda, mała czy duża, kobietka powinna wpisać ją na listę lektur obowiązkowych. Ja zrobiłam to już jakiś czas temu i zdecydowanie nie żałuję.

5/6

Książkę przeczytałam w ramach Setki BBC.

*********************************

Na koniec jeszcze taka mała blogowa prywata. Miało być wprawdzie z pompą, tortem, szampanem i w osobnym poście, ale niefortunny brak czasu sprawił, że i recenzję chciałam tu dziś wcisnąć. Do czego jednak tak nieudolnie zmierzam? Otóż mój blog obchodzi dziś pierwsze urodziny. Dziękuję Wam zatem bardzo, że byliście przez ten czas ze mną, moimi książkami, filmami, lepszymi i gorszymi pomysłami, zdjęciami, a czasem nawet i psem :). Mam nadzieję, że spędzimy razem również kolejny rok.



niedziela, 9 czerwca 2013

New York, New York!







Tytuł: Sunset Park
Autor: Paul Auster
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 296







Nowy Jork - jest w nim coś intrygującego, coś, co przyciąga, fascynuje i ciekawi. Tamtejsze ulice tętnią życiem, rażą bogactwem barw i mnogością kultur. Trudno ubrać to miasto w ramy, trudno sklasyfikować je w jedną koherentną całość, trudno też przedstawić tylko jedno z jego oblicz, kiedy ogół składa się na mieszaninę tak wielu światów, poglądów, tradycji i zwyczajów. 

Historia Paula Austera nie jest jednak opowieścią o mieście. Autor niespiesznie, po kolei przedstawia nam swoich bohaterów, nowojorczyków, z całą gamą trosk, problemów, niedoskonałości i radości, które noszą w oblepionych miastowym kurzem i codziennością ciałach. To właśnie na nich skupia się cała uwaga, a ich ekscentryczność, oryginalność, wszelkie wady i zalety tworzą obrazy różnych twarzy Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, które wszystko widzi i które pochłonie każdą duszę i zatopi ją w swym zgiełku.

Głównym bohaterem jest Miles, który nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca, obijając się o ściany przeróżnych miast, o serca i umysły różnych ludzi, rezygnując całkowicie z kontaktu z najbliższymi i żyjąc jak ktoś, kto zagubił gdzieś swoją tożsamość, własne ja.Wszystko zmienia się w bardzo typowy sposób - ten niespełna trzydziestoletni mężczyzna poznaje kobietę. Dziewczynę właściwie, bo wybranka jego serca nie skończyła jeszcze 18 lat, co komplikuje nieco fakt stworzenia z nią oficjalnego i zgodnego z prawem związku. Miles podejmuje gorzką, choć niezwykle rozsądną decyzję. Postanawia wyjechać i, za namową dawnego przyjaciela, do czasu aż Pilar nie osiągnie pełnoletności, zamieszkać wraz z nim i gromadą interesujących indywiduów. 

Opowieść snuta jest z perspektywy każdej z tych jednostek z osobna. Powoli poznajemy historię Milesa, jego rodziców, nowo poznanych i nie do końca standardowych współlokatorów. Portrety psychologiczne budowane przez Austera sprawiają, że czujemy się niemal tak, jak byśmy śledzili życie sąsiadów z pobliskiej kamienicy, brali pod lupę ich uczucia, nawiedzające ich demony i lęki, wdzierając się przez dziurkę od klucza w ich prywatność.

Miałam nadzieję, że wraz z przeczytaniem tej książki, zapoznam się głębiej z charakterem Nowego Jorku, poczuję jego buchające różnorodnością wnętrze i wciągnę w nozdrza zapach tamtejszej niezwykłości. Otrzymałam jednak coś zupełnie odmiennego. Autor nie skupił się na mieście, wolał zgłębić ducha jego mieszkańców. Czy wyszło to jego książce na dobre? Myślę, że mimo wszystko tak. Myślę również, że to nie ostatnia pozycja jego autorstwa, po którą sięgnę. Auster jest bowiem równie intrygujący, co miasto, w którym umieszcza fabułę swych powieści i ciężko się od niego nie uzależnić.

5/6

sobota, 30 marca 2013

Subtelnie i po francusku







Tytuł: Delikatność
Autor: David Foenkinos
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 208







Rzadko sięgam po tego typu książki. Nie przepadam za lekkimi opowiastkami o miłości, są zazwyczaj bardzo sztampowe, przelewają mi się przez palce, przewracam ostatnią stronę i czuję, że w jednej chwili o nich zapominam. Zanim zadecydowałam, że mam nieodpartą chęć przeczytania "Delikatności", nie omieszkałam zapoznać się z kilkoma recenzjami autorstwa znajomych blogerów. Jedni twierdzili, że jest to bardzo przyjemna i ujmująca opowieść, snuta we francuskich realiach, iście subtelna i pobrzmiewająca w głowie niczym ulubiona melodia. Inni z kolei zarzucali autorowi brak oryginalności i pójście ograną ścieżką, nie wnoszącą nic ani do świata literatury, ani do myśli rozczarowanego czytelnika. Po której zatem stronie stanęłam, czytając ostatnie słowa tej powieści?

Nathalie i Francois poznali się zupełnym przypadkiem i była to miłość, która dosyć szybko ugodziła ich serca strzałami  nieokrzesanego Amora. Stali się nierozłączni, byli dopasowani do siebie w każdym calu, jak leżące obok siebie kawałki puzzli. Znali swoje pragnienia, mieli wspólne plany i marzenia, nie straszna im była przyszłość, w przeszłości przeszkadzało im jedno - że nie poznali się wcześniej. Można by stwierdzić, że była to para tak doskonała, że aż nudna, ale słowo nuda nie znajdowało się w zbiorach ich słownika. Kiedy byli razem, byli fascynujący dla świata i dla siebie nawzajem. Byli tym, o czym inni marzyli jedynie w nierealnych wizjach na temat idealnego związku. Byli jednością. Zdawać by się mogło, że taka sielanka trwać będzie wiecznie, ale, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, w zdaniach przepełnionych ochami i achami, pojawia się często jakieś ale. Nie inaczej jest i tym razem. Francois ginie w wypadku i zostawia zrozpaczoną Nathalie na pastwę wszechogarniającego smutku, żalu i żałoby.

Myślicie pewnie, że zdradziłam zdecydowanie za dużo treści, ale w tym przypadku historia Nathalie i Francois jest tylko wstępem do całej powieści. Jej kwintesencją jest zgoła inne, zupełnie nieoczekiwane uczucie, rozpoczęte przez przypadkowy i niewiele znaczący pocałunek, ale o tym zainteresowani przeczytają już na własną rękę.

Jak więc zapatruję się na tę pozycję? Przeczytałam ją błyskawicznie, nawet pomimo ciągle kurczącego się czasu. Jest przyjemna w odbiorze, nie wymaga wgłębiania się w zapisane w niej treści, działa relaksująco i uspokajająco, wręcz rozleniwia, i są to jej niewątpliwe atuty. Fabuła okazała się jednak nieco oklepana, przez co moje zainteresowanie historią uroczej, skrzywdzonej przez los Francuzki było nieznaczne, i gdyby Foenkinos rozpisał się na większą ilość stron, zapewne wkrótce zacząłby mnie nużyć. Warto wspomnieć o schemacie, w jakim autor napisał swą książkę. Po każdym rozdziale częstuje nas bowiem jakąś ciekawostką związaną pośrednio z tematem, który porusza, lecz niemającą żadnego związku z samą treścią. Niektórych to irytowało i odciągało od głównego wątku powieści, ja uważam to za całkiem ciekawy manewr, który przypominał mi wręcz momentami "Grę w klasy" Cortazara.

Nie jest to książka, którą trzeba koniecznie przeczytać, nie jest to dzieło, które wniesie cokolwiek do naszego życia i nie jest to najwyższa półka pisarskiego talentu. Można po nią sięgnąć, ale nie trzeba. Mnie nie zauroczyła, acz nie odmawiam jej przyjemności, lekkości i delikatności, którą kryje w zanadrzu swej lektury.

4.5/6

niedziela, 20 stycznia 2013

Tyrmand i jego muza






Tytuł: Tyrmandowie. Romans amerykański
Autor: Agata Tuszyńska
Wyd.: mg
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 269  








miłość, filoz., religiozn. uczucie skierowane do osoby lub przedmiotu, wyrażające się w pragnieniu dla nich dobra, szczęścia i zachowania ich istnienia*
 
Rzec by się chciało, że ta dwójka poznała się przypadkiem, ale pierwszymi, ciekawymi siebie nawzajem spojrzeniami obdarzyli się na umówionym wcześniej spotkaniu. Ona miała za dużo makijażu, starł jej go chusteczką. On okazał się zbyt niski, nuta rozczarowania przebiegła przez jej myśli. 

List rozpoczynający ich znajomość wysłała jeszcze go nie znając. Była 23-letnią studentką iberystyki, a on imponował jej swoim stylem i poglądami polityczno-kulturalno-obyczajowymi spisywanymi na kartach prestiżowego New York Times'a. Nie sądziła nawet, że jej odpisze, lecz kilka tygodni później otrzymała wiadomość z odpowiedzią, w której słynny Tyrmand zachęcał ją do kontaktu telefonicznego. Tak właśnie umówili się na owo spotkanie, które naznaczyć miało ich dalsze losy. Od tej chwili przestali być Mary Ellen i Leopoldem. Stali się koherentną całością.

Przyznaję, że nie czytałam jeszcze żadnej książki tego znamienitego polskiego pisarza. O jego świetności dowiedziałam się dopiero wkraczając w blogowy świat, a więc dziełami, poprzez które zaczynam go poznawać są właśnie jego listy do trzeciej żony, z którą żył już do końca swych dni. A życie to, jak na historię pisaną przez rzeczywistość przystało, bywało różne. Nie zawsze byli obok siebie i na każde swoje skinienie, żyli często w rozjazdach. Oboje uwielbiali jednak pisać i przelewać swoje myśli na papier, wzajemna korespondencja była więc dla nich rzeczą zupełnie naturalną. Większość z ich listów zachowała się zresztą do dziś, i my, czytelnicy, mamy możliwość otworzenia tej szuflady pełnej kopert i wyciągnięcia ukrytych w nich papierowych skarbów, z rumieńcami na policzkach i szeroko otwartymi oczami, przepełnionymi dziecięcą ciekawością.

Zawsze interesowały mnie takie autentyczne historie miłosne. Bez zbędnego lukru, bez happy-endu, z szarością i problemami codziennego życia, do bólu szczere i porywające w swej prostocie, tworzące jednocześnie wokół siebie swoiście magiczną otoczkę, którą charakteryzują się głębokie i pełne oddania zażyłości. Chętnie przeczytałabym więcej tych listów, więcej komentarzy samej Mary Ellen, obejrzałabym więcej zdjęć, bo wszystko to zostawiło we mnie pewien niedosyt. Jest to jednak moim zdaniem niedosyt czytelniczo pozytywny, bo autorka zachowała spore pole do popisu dla wyobraźni swego odbiorcy, a i pani Tyrmand ukryła część swego życia za kurtyną, którą odsłania tylko do pewnego momentu. Obie ukazały nam w zamierzeniu to, co może nas zaciekawić, ale nie obarczyły nas zbyt szeroką wiedzą na temat życia tej pary, nie wpuściły do jej małżeńskiej alkowy, która kryła w sobie złoża przeróżnych sekretów. Uchyliły drzwi i pozwoliły patrzeć nam przez szparę na kilka wybranych wycinków z tego pięknego romansu - amerykańskiego romansu ze snów. Ja zajrzałam tam z nieukrywaną przyjemnością.

5/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę!

* źródło: słownik PWN  
 

sobota, 29 grudnia 2012

Pieskie (nie)życie






Tytuł: Frankenweenie
Reż.: Tim Burton
Produkcja: USA
Premiera: 7 grudnia 2012
Gatunek: animacja, czarna komedia
Czas trwania: 1 godz. 27 min. 







Pierwotna, około 30-minutowa wersja "Frankenweenie" ujrzała światło dzienne w 1984 roku. Trafiła do ówczesnej widowni spod pieczy wytwórni Disneya, która uznała jednak, że film jest zbyt przerażający, aby oglądać go mogli młodzi widzowie. Tak zapomniana i niedoceniona opowieść o chłopcu i jego psie, choć wybitnym dziełem sztuki nie była, przezimowała w głowie reżysera, poobijała się nieco o jego szare komórki i wróciła teraz w skrystalizowanej wersji jako pełnowartościowa, pełnowymiarowa i pełnokrwista animacja, wpięta ściśle w konwencję czarnego humoru, groteski i makabry, z których słynie uwielbiany przez wielu twórca. Zdaje się zresztą, że Burton odnalazł wehikuł czasu i, nie bacząc na konsekwencje, przeniósł się do lat, w których powstał jego słynny "Sok z żuka" czy "Edward Nożycoręki". Ze wznowionej wersji historii Sparky'ego przezierają bowiem korzenie jego wcześniejszych filmów i ubierają ją w czarną żałobną suknię grozy. Mnie ta wersja jak najbardziej przekonała. Kupuję ją razem z kolejnym neurotycznym outsiderem w roli głównej i jego wiernym czworonożnym kompanem, gubiącym od czasu do czasu swój ogon.

  
Opowieść zaczyna się dosyć niewinnie, choć już w samym wyglądzie postaci widać na pierwszy rzut oka rękę Burtona. Klimatu dodaje również fakt, że animacja nakręcona jest w czerni i bieli, co znacznie wpływa na jej odbiór i tworzy wokół filmu dodatkową aurę tajemniczości i efekt wyglądającej zza rogu zmory gotowej do ataku. Victor to chłopiec obdarzony bujną wyobraźnią, mądry i sprytny, jednak pełen rezerwy i nieufności woli trzymać się z dala od ludzi, a jego ulubionym kompanem do zabaw i wszelakich eksperymentów jest wierny psiak Sparky. Dni mijają beztrosko i nic, może oprócz fekaliów obłąkanego kota równie dziwacznej koleżanki z klasy, nie zwiastuje tego, co ma nadejść. Przychodzi jednak ten moment, o którym wiemy, że nadejść w końcu musi, jest przecież osią wyprowadzającą główny wątek obrazu. Pies ginie w wypadku samochodowym. Trafia na cmentarz dla zwierząt, a chłopiec nie umie sobie poradzić z tą nieopisanie bolesną stratą. Wzorem doktora Frankensteina, a i Victor nosi to samo nazwisko, wykopuje swego pupila z ziemi i, niczym w powieści Mary Shelley, daje mu powtórne życie w postaci uroczego i zabawnego, zupełnie jak te kilka feralnych dni temu, zombie.


Całe to przywracanie zmarłego psa do świata żywych odbija się echem w dalszej części historii, wprowadzając serię przerażających i makabrycznych obrazków do życia cichej i spokojnej jak dotąd mieściny. Szczegółów jednak nie zdradzę. Jeżeli znacie Burtona, pewnie wiecie, czego można się po nim spodziewać, choć sama nie przewidziałam z początku takiego rozwoju wypadków. Wrażliwa na los zwierząt, uroniłam podczas seansu kilka pojedynczych łez, choć za chwilę zmuszona byłam uśmiechnąć się na widok wesołych podskoków czworonoga, który patrzy ze zdziwieniem, jak w ferworze zabawy odpadają mu niektóre części ciała. Nie zabrałabym na ten film dziecka. Nie sądzę, aby był odpowiedni dla oczu małego widza, ale dorosłym, szczególnie tym, którzy pałają do twórczości Burtona tak pozytywnymi odczuciami jak ja, gorąco go polecam. Warto dać się przestraszyć, wzruszyć i rozśmieszyć w tak znakomitym wydaniu.

5/6

poniedziałek, 12 listopada 2012

Barbara w NRD






Tytuł: Barbara
Reż.: Christian Petzold
Produkcja: Niemcy
Premiera: 9 listopada 2012
Gatunek: dramat
Czas trwania: 1 godz. 45 min. 







Przenieśmy się na chwilę do Niemiec lat 80-tych. Przypomnijmy sobie podział na RFN i NRD, Stasi znane pod oficjalną szumną nazwą Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej, zwróćmy uwagę na totalną, często nie znającą granic inwigilację. Człowiek nie wiedział komu może zaufać. Wszędzie roiło się od potencjalnych informatorów, gotowych wydać sąsiada, współpracownika, często nawet przyjaciela. Idźmy o krok dalej. Przenieśmy się na prowincję NRD, gdzie każdy każdego zna, a nowa twarz z miejsca porusza lawinę niekontrolowanych plotek i domysłów. A co jeśli właściciel tej nowej twarzy to lekarz przeniesiony za przewinienia prosto ze stolicy? A co jeśli tym lekarzem jest kobieta?


"Barbara" to w dużej mierze opowieść o miłości, snuta na tle powrotu do przeszłości, do nieprzyjaznych komunistycznych Niemiec. Tytułowa bohaterka opuszcza dostatek Berlina, aby osiedlić się na peryferiach, ulokować swe życie w obskurnym mieszkaniu i rozpocząć pracę w szpitalu, który nie ma nawet porządnego laboratorium. Rozłąka z domem, z ukochanym, który pozostał w RFN-ie, ze światem do którego przywykła, a który teraz oddzielony jest twardą ścianą muru, nie wpływa na kobietę dobrze. Widzimy, jak ciężko przywyknąć jej do nowej rzeczywistości i jaki ból sprawia budowanie życia od nowa, a wszystko to maluje się na jej twarzy, niczym makijaż, pod którym zdaje się ukrywać swe troski. Na horyzoncie pojawia się jednak cień szansy na coś lepszego. Barbara poznaje sympatycznego lekarza i jej usta na nowo zapoznają się ze znaczeniem słowa "uśmiech". Z jednej strony nie wie, czy może obdarzyć mężczyznę zaufaniem i czy jest gotowa, aby ostatecznie pożegnać swój dawny świat, z drugiej zdaje sobie sprawę z tego, że żadne inne drzwi nie stoją przed nią otworem, że wszędzie będzie się musiała przeciskać ku dezaprobacie otoczenia. Reżyser wplata w tę opowieść również wątek młodej dziewczyny zbiegłej z ośrodka wychowawczego, zbuntowanej przeciwko złemu traktowaniu, pragnącej za wszelką cenę uciec i nigdy nie wrócić. To właśnie nowa lekarka okazuje jej najwięcej zrozumienia i sympatii, a całość historii zmierza do zaskakującego finału.


Film ten jest bardzo powolny, mało w nim dialogów, niewiele muzyki. Jest tu dużo ciszy, ogólnych przemilczeń, widz musi domyślać się wielu rzeczy. Ciężko nazwać go typowym melodramatem, bardzo mu do włożenia w tę szufladę daleko i gdyby nie otoczka w postaci wszechobecnej w życiu Barbary inwigilacji i bezwzględnych, przewijających się pomiędzy poszczególnymi scenami, pracowników bezpieki, którzy czujnym okiem śledzą każdy jej ruch, obraz ten nieuchronnie brnąłby w nudę. Czy to jednak wystarczy, aby uznać go za tak ekscytujący, jak głosi plakat? Zdaje się, że ludzie od promocji oglądali jednak jakiś inny film. Ja w każdym razie nawet odrobiny ekscytacji na żadnym etapie seansu nie odczułam. Lekkie znużenie - owszem. Nie jest to mimo wszystko zły obraz, ale czy koniecznie wybierać się na niego do kina? Może jednak warto poczekać na wersję domową? Rozważcie to.

4/6

środa, 31 października 2012

Cel? Bali!







Tytuł: Podróżuj, módl się i kochaj
Autor: Beata Pawlikowska
Wyd.: National Geographic
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 95







Kiedy przestaniesz gorączkowo szukać drogowskazów i dokładnych map, poczujesz, że świat sam cię prowadzi. W najlepszym dla ciebie kierunku.


Wczorajszy wieczór spędziłam na Bali - jednej z licznych indonezyjskich wysp. Nie wybrałam się oczywiście na tak dalekie wakacje, ale zawsze, kiedy czytam literaturę podróżniczą, czuję, że przenoszę się do miejsca, które jest w niej opisywane. Tym jednak razem wycieczkę zaliczam do średnio udanych. 

Beata Pawlikowska - pisarz, podróżnik i łowca, jak sama lubi siebie określać, opowiada nam jak się podróżuje, modli i kocha na Bali. Niecałe sto stron to nie jest gigant pośród książek z danego gatunku. Nie możemy się po tej opowiastce spodziewać tego, że da nam wyczerpujące informacje na temat wyspy, i że zahaczy o każdy z ważniejszych punktów na mapie tamtejszej turystyki, zwyczajów i kultury. Niemniej pani Pawlikowska sprawia, że dowiadujemy się zdecydowanie za mało. Czyta się ją przyjemnie, nie powiem, że nie. Pisze lekko i dosyć ciekawie. Stworzyła jednak bardziej coś na kształt pamiętnika z ogromną liczbą dygresji i osobistych, nie do końca związanych z tematem uwag. Chciałam więcej, czekałam na więcej, ale mijały kolejne strony, a ja wciąż czułam niedosyt. Irytowało mnie trochę, że autorka na każdym kroku zaznaczała, że dla niej liczy się jedynie podróżowanie pełną parą, bez planów, rezerwacji, omijając główne atrakcje turystyczne tak, aby nic nie stało na przeszkodzie do zagłębiania się w prawdziwe życie mieszkańców danego rejonu. Ja to naprawdę rozumiem, sama bym tak chciała, ale często brakuje mi odwagi. Wystarczy jednak pojedyncza wzmianka na ten temat, nie muszę czytać o tym na niemal każdej stronie. I jeszcze te końcowe dywagacje na temat peleryny przeciwdeszczowej - czy naprawdę było to aż tak konieczne w książce, która nie jest poradnikiem pt. "Jak chronić się przed ulewą"? W miejsce tych informacji można było umieścić coś znacznie ciekawszego.

Z cienkich książeczek pani Pawlikowskiej czytałam już chociażby tę o Amazonii i z niej naprawdę zdołałam się czegoś dowiedzieć, nie przekreślam więc całej tej serii. "Podróżuj, módl się i kochaj" również nie była straconym czasem, jednak po literaturze podróżniczej spodziewam się garści informacji, które pozwolą mi jakoś określić dany zakątek świata. Tu ich nie dostałam.

3,5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik oraz Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.

poniedziałek, 29 października 2012

007 zgłasza swą gotowość






Tytuł: Skyfall
Reż.: Sam Mendes
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Premiera: 26 października 2012
Gatunek: sensacyjny
Czas trwania: 2 godz. 23 min.   







Wiecie, że premiera pierwszego filmu o agencie brytyjskiego wywiadu wojskowego miała miejsce 5 października 1962 roku? Oznacza to, że James Bond - słynna postać stworzona przez Iana Fleminga, obchodzi w tym roku swe kinowe pięćdziesięciolecie. Agent 007 był jak dotąd bohaterem 23 filmów i zagrało go dotychczas sześciu aktorów. Pierwszy z nich, Sean Connery, wcielił się w tę postać aż sześć razy. Po epizodzie z Georgem Lazenbym, na scenę wkroczył Roger Moore, który przechylał kieliszek martini i uwodził piękne kobiety w siedmiu kolejnych produkcjach. W 1987 roku zastąpiono go Timothym Daltonem, niemniej Bondem był on jedynie dwukrotnie, ponieważ podziękowano mu na rzecz Pierce'a Brosnana. Przełom nastąpić miał kilka lat i cztery filmy później, kiedy agentem Jej Królewskiej Mości został Daniel Craig. Nie był on sztampowym przystojniakiem i typowym elegantem. Jego szorstko męską aparycję wykorzystali również reżyserzy kolejnych produkcji, stawiając na bardziej ludzką twarz Bonda. Słynny 007 zaczął się ranić, krwawić, zakochiwać, złamano mu nawet serce. Miał swoje załamania, trafiały się porażki. Najnowsza część jego przygód zdaje się być jednak powrotem do wizji wcześniejszych reżyserów i ukłonem w stronę kultowych odsłon z Moorem czy Connerym. W popularną postać wciąż wciela się Craig, ale twórca "Skyfall" Sam Mendes obiera zgoła inny tor niż jego poprzednicy.


Nie jestem znawczynią serii o Bondzie, ani też zapaloną fanką kina akcji, lecz od czasów Daniela Craiga śledzę losy agenta brytyjskich służb wywiadu i każdorazowo zasiadam przed kinowym ekranem, oczekując niezapomnianych wrażeń. "Skyfall" zdaje się być najbardziej męską ze wszystkich tych produkcji. Sporo w niej scen pościgów, walki, wybuchów. Bond jest na powrót elegantem poprawiającym mankiety w najdziwniejszych warunkach z możliwych, a postaci kobiece przestają grać główne role, są jedynie dodatkiem. Nie uświadczymy tu miłości, reżyser wyplewił nawet jej echa. Agent nie rozpacza już nad tym, co było. Żyje dalej i żyje chwilą. Uwodzi, zabija, walczy i pokazuje figę z makiem własnej śmierci.


A sama fabuła? James Bond wraca po nieudanej akcji, po wyleczeniu z głębokich ran w niej poniesionych, niestroniący od alkoholu i w kondycji, która pozostawia wiele do życzenia. Jego strzał nie jest już tak celny, mięśnie tracą nieco na sile, a i zwinność zdaje się lekko szwankować. Na celowniku pojawia się jednak niezwykle niebezpieczna postać, chcąca zgładzić samą M. - przełożoną agenta 007 i jednocześnie niezwykle bliską mu osobę. To właśnie Bond zdaje się być idealnym antidotum na podłe i mściwe zamiary Raoula Silvy, w którego wcielił się przefarbowany na blond i niesamowicie przekonujący w tej roli Javier Bardem. Każda z czekających na agenta niebezpiecznych gierek stanowić będzie od tej pory niezrównane źródło motywacji i tym samym mobilizacji do skutecznego działania.

Sam Mendes, chociaż zalicza się raczej do grona reżyserów filmów kameralnych, serwuje nam tym razem wspaniałe widowisko. Pościg na motorze przez samo centrum Stambułu i walka na pędzącym pociągu to tylko przystawka. Danie główne pojawia się znacznie później, kiedy przenosimy się na mgliste i malownicze tereny Szkocji, wracając tym samym do korzeni agenta 007. Piękne zdjęcia, skrupulatny montaż i wysmakowane efekty specjalne robią wrażenie i przyczyniają się do nader pozytywnego odbioru filmu. Myślę, że to obraz, który okaże się ciekawy nie tylko dla wielbicieli "nowego Bonda", bardzo możliwe, że i fani tych wcześniejszych produkcji odnajdą w nim cząstkę początków półwiecznych losów agenta, które tak bardzo ich niegdyś zauroczyły.

5/6

piątek, 26 października 2012

Chimery Trelkovsky'ego







Tytuł: Chimeryczny lokator
Autor: Roland Topor
Wyd.: Replika
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 198  







Roman Polański wiedział co robi, biorąc pod lupę dzieło Rolanda Topora i tworząc z niego serię szokujących, bulwersujących i przerażających obrazów, aby w końcowej fazie zlepić je w całość i podać nam na tacy film – niezrównoważony, szalony i absurdalny, niczym sam bohater powieści, i niczym nieuczesane twory wyobraźni jej autora. „Chimeryczny lokator” to książka odchodząca od wszelkich schematów, broniąca się przed nimi rękami i nogami. Częstuje nas groteską, słuszną porcją czarnego humoru i lekką dawką paranoi, która zdaje się udzielać co wrażliwszemu czytelnikowi w kontaktach z innymi mieszkańcami jego budynku. Autor porywa nas niemal do wnętrza umysłu osoby obłąkanej, sadza na ławce i mówi "obserwujcie". A my się poddajemy i z sercem w przełyku śledzimy rozwój wydarzeń.

Kiedy Trelkovsky wprowadzał się do nowej kamienicy, opłacił czynsz, wspiął się na swoje piętro i zamknął za sobą drzwi, nie spodziewał się nawet, że właśnie wydał na siebie wyrok. Od tej pory zmienić się miało całe jego życie. Codzienność ustąpić miała miejsca pełnej obłędu ucieczce przed domniemanie złą wolą sąsiadów. Nasz bohater popada w coraz to głębszą schizofrenię. Jego przeszłość topi się za nim, niczym śnieg wystawiony na działanie promieni słonecznych, a on sam zatraca granicę między własną tożsamością, a ramami, w które boleśnie wcisnąć chcą go żądni krwi sąsiedzi. Jest jeszcze mężczyzną, czy już kobietą? Pija kawę, czy czekoladę? Jakie papierosy pali? W jego głowie tłoczą się liczne pytania pozbawione jasnej odpowiedzi, a wszystko to wpycha go brutalnie w ramiona nieuniknionej psychozy.

Topor nie owija w bawełnę, nie zaserwuje nam dzieła, o którym zapomnimy wraz z przewróceniem ostatniej strony. Być może, zgłębiając tę powieść, uśmiechniemy się kilka razy pod naporem humoru autora, być może zanurzymy się w efektownym strumieniu jego myśli. Nie pozostawia jednak żadnych wątpliwości fakt, że przekaz tej książki godny jest poddania bardziej wnikliwej analizie, pozycja ta stanowi bowiem niezwykle przemyślane studium zniewolenia ludzkiego umysłu. A gdy wyjdziemy z domu i spojrzymy w oczy naszym sąsiadom, wzdrygniemy się na samo wspomnienie straszliwej wizji autora.

5,5/6

niedziela, 14 października 2012

Rzymska opowieść Woody'ego Allena






Tytuł: Zakochani w Rzymie (To Rome With Love)
Reż.: Woody Allen
Produkcja: Hiszpania, USA, Włochy
Premiera: 24 sierpnia 2012 
Gatunek: komedia romantyczna
Czas trwania: 1 godz. 52 min.







Przez cały sierpień wszędzie wrzało i huczało od reklam nowego Allenowskigo dzieła. Wszak to "stary dobry" Woody, znany i uwielbiany, przyciągający do kin miliony widzów samym swym nazwiskiem. Zabrał nas już do chłodnego Londynu, gorącej Barcelony i magicznego Paryża, i choć nie każda z tych wycieczek była pierwszorzędna, ciężko oprzeć się wrażeniu, że publiczność kupi wszystko, co tylko spłodzi jego niepoukładany umysł. Zawsze wyciągniemy z kieszeni te kilkanaście złotych i siądziemy w kinowym fotelu, chociażby po to, aby ocenić, co też filmowy gigant zaprezentuje tym razem. Trudno gardzić wyborem gwiazdorskiej obsady, trudno również nie zauważyć z jaką pieczołowitością dba o zdjęcia i muzykę. Gdybym miała wystawić mu bardzo ogólną ocenę, dostałby czwórkę. Nie zawsze spisuje się na medal, czasem posądzałabym go wręcz o dobrze wypielęgnowaną masówkę. I o ile zeszłoroczna podróż do Paryża okazała się bardzo udana, Wieczne Miasto już nieco zawodzi. 


Reżyser prezentuje nam cztery odrębne historie, które łączy przecudna sceneria widokówkowej części Rzymu. Koloseum, Schody Hiszpańskie, Fontanna di Trevi - wszystkie najpiękniejsze zabytki stolicy Włoch przewijające się w tle Allenowskiej opowieści wprawiają w zachwyt. Odpowiednia oprawa muzyczna wieńczy dzieło i wszystko wydaje się idealną wręcz podstawą dla powstania wspaniałego, nastrojowego filmu. Jesteśmy prowadzeni przez niezwykle urokliwe rzymskie uliczki, wdychamy zapachy okalających je kwiatów i przypraw wydostających się mimochodem przez okna i drzwi restauracji. Mamy ochotę westchnąć w rozmarzeniu, ale czar nie trwa wiecznie, bo w końcu Allen zaczyna snuć swą opowieść.

Poznajemy świeżo poślubioną młodą, nieśmiałą i zahukaną włoską parę, która przybywa do Rzymu, aby chłopak rozwinął swą karierę pod rodzinnymi skrzydłami, a dziewczyna zdobyła poparcie i sympatię krewnych męża. Allen jednak nie byłby sobą, gdyby nie dał prztyczka w nos ich poukładanemu cnotliwemu pożyciu. Wprowadza więc odrobinę chaosu w postaci ślicznej prostytutki i podstarzałego filmowego amanta. Nie będę się rozwlekać nad każdą z opowieści z osobna. Zdradzę jeszcze tylko, że wmieszani zostaniemy w pewien trójkąt miłosny, w którym wygodna codzienność stanie w szranki z tym, co nieznane i intrygujące. Wraz z Roberto Benignim poznamy na czym polega fenomen celebrytów, a sam Woody Allen, jako wariacja na temat swej własnej osoby, poprowadzi nas przez historię śpiewaka prysznicowego. 

Wszystko to nieco naiwne i kiczowate, i nawet świetni aktorzy nie ratują ogólnego odbioru tego filmu. Momentami powiewa nudą i zadajemy sobie pytanie "po co?". Obejrzałam już naprawdę wiele obrazów Allena i ten pod względem fabularnym był po prostu średni. Może się czepiam, ale co przesiedziałam żałując wydanych pieniędzy, to moje. Nie da się jednak ukryć, że za rok pewnie znowu zawierzę Woody'emu i nie ominie mnie kolejna filmowa podróż do jego obleczonego w cyniczne poczucie humoru świata.

3.5/6

środa, 10 października 2012

AUTOHAGIOGRAFIA MAGDALENY D.






Tytuł: Dziennik znaleziony w piekarniku
Autor: Marek Susdorf
Wyd.: Novaeres
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 94








Wyciągnęłam go ukradkiem z niedoczyszczonego, pokrytego resztką zwęglonych potraw piekarnika, zdmuchnęłam pozostałości okruchów, otworzyłam pierwszą stronę i zaczęłam czytać. Z brudnymi buciorami wdarłam się w świat obcej kobiety, i z pewnym podekscytowaniem, które towarzyszy podglądaniu tego, jak żyją inni, wsiąknęłam w potok jej słów, często gorzkich, dosadnych i wulgarnych. A jakie słowa, taka i jej codzienność. Świeżo urodzone dziecko - to dziecko, względnie świeży związek z mężczyzną - Krzyśkiem-jej-półrocznym-mężem, a wszystko to jakby na opak, nie tak, jak być powinno. Wegetacja osnuta pajęczynami szarości, dziecko (po co jej dziecko?), mąż (jego możecie zabrać razem z maluchem), odcięty gaz, wyłączony prąd, brak pieniędzy na spłatę kredytu. Teściowa może i by pomogła wyjść z długów, jednak podporządkować trzeba się wówczas jej zaściankowemu myśleniu. Ale nie. Nie Magdalena D. Magdalena D. przecierpi swoje, ale na ustępstwa chodzić nie będzie.

"Dziennik znaleziony w piekarniku" - pierwsza z "Trzech śmiertelnych historii", to prawdziwy kobiecy manifest przeciwko stereotypom, głupocie i ignorancji. Bucha przed nami oparami wszechogarniającej frustracji, wylewa na nas wiadro pomyj i przygniata nadzwyczaj realną i brutalną wizją płci pięknej w oczach świata. Ten swoisty pamiętnik zgorzkniałej matki i żony czyta się prawie jak strumień świadomości. Potok słów zalewa nasz umysł, a my myślimy sobie: ta kobieta to jednak całkiem nieźle pisze. Jak na kobietę oczywiście - dodajemy po chwili, bo przecież i my sami bywamy zaślepieni konwencjami. Ale chwila, chwila. Przecież napisał to mężczyzna...

Zacznę chyba wierzyć w reinkarnację, bo Marek Susdorf po prostu musiał być kobietą w poprzednim swym wcieleniu. Aby tak wiernie odtworzyć całą, wielgachną balię babskich trosk i spisać je w dziennik wnerwionej do granic możliwości feministki, będąc tym samym, mimo wszystko, reprezentantem płci brzydszej, trzeba mieć w sobie naprawdę wielkie pokłady empatii i być niewątpliwie dobrym obserwatorem rzeczywistości.

Nie będzie to gratka dla osób, które szukają ciepłych opowieści o miłości i macierzyństwie. Nie jest to książka dla każdego - nie łudźmy się. Ale jeżeli chcecie odkryć dobrze rokującego nowego pisarza, który stworzył dzieło niebanalne i kontrowersyjne, to zapraszam. Uchylcie drzwiczki piekarnika.

5/6

Za egzemplarz recenzyjny bardzo serdecznie dziękuję autorowi.

wtorek, 2 października 2012

Kalendarium # 10/2012


Subiektywny przegląd zapowiedzi filmowych, czyli alternatywa dla jesiennego wieczoru z książką:


5 października

Druga część niezwykle dobrze przyjętego filmu akcji "Uprowadzona" (Taken). W poprzedniej Bryan Mills (Liam Neeson) walczyć musiał z porywaczami swej córki. Kiedy ją w końcu szczęśliwie odzyskał, okazało się, że to jednak nie koniec niespodzianek. Tym razem to on stanie po drugiej stronie barykady, porwany razem ze swoją żoną i zmuszony do walki o jej bezpieczeństwo.










Tego samego dnia premierę ma również komediowy dramat z Michelle Williams w roli głównej. "Take This Waltz" opowiada o losach znudzonej żony, której mąż poświęca zbyt mało czasu, zajęty pracą i obowiązkami. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, na horyzoncie pojawia się atrakcyjny mężczyzna, który dla odmiany poświęca jej dużo uwagi. Co wyniknie z tego uczuciowego trójkąta? 

Film nominowany był do Złotej Muszli na MFF w San Sebastian  oraz do Nagrody Publiczności na Międzynarodowym Festiwalu Filmu i Muzyki Transatlantyk.






Kolejna premiera początku miesiąca to tym razem francuska komedia romantyczna, będąca ukłonem w stronę dzieł Woody'ego Allena - "Paryż-Manhattan" (Paris-Manhattan). Kobieta szuka miłości, wybrzydza i przebiera, a wszystko to okraszone Allenowskim humorem i ironią. Co z tego wyniknie? Strach się bać.















12 października

Plakat do tego filmu jest wprost przecudny. Patrząc tylko na niego, poszłabym do kina bez żadnej dodatkowej zachęty. Zwiastun jest już nieco mniej przekonujący, ale nie od dziś wiadomo, że nie tylko nim należy się kierować. "Bestie z południowych krain" (Beasts of the Southern Wild) to film opowiadający o miejscu zniszczonym doszczętnie przez powódź. Niewielka ilość osób, które ją przeżyły stoi u progu zagrożenia ze strony potworów przebudzonych w wyniku kataklizmu, a na pierwszy plan wysuwa się mała dziewczynka o niecodziennych zdolnościach. 

Film zdobył cztery nagrody w Cannes i dwie na Festiwalu Filmowym Sundance.








19 października

W połowie miesiąca do kin wejdzie nowy polski obraz ze świetną obsadą: Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Sonia Bohosiewicz i Weronika Rosati w zupełnie nowej odsłonie, uznanej przez krytyków za znakomitą. Dwie kobiety, dwóch mężczyzn, czasy wojny, tajemnice, intrygi, uczucia, czyli mieszanka wybuchowa w reżyserii Marcina Krzyształowicza. 

Spośród czterech nominacji do Złotych Lwów "Obława" zdobyła trzy nagrody.








Ten film będzie zupełnie pomyloną komedią z brytyjskim humorem w zanadrzu. Czworo dziwaków (żeby nie powiedzieć nieudaczników) spotyka się w dosyć niefortunnym momencie swego życia. Czeka ich szalona przygoda zakrapiana alkoholem, bo tytuł przecież do czegoś zobowiązuje. "Whisky dla aniołów" (The Angel's Share) wchodzi do kin razem z "Obławą", więc dla każdego coś dobrego. 

Film zdobył nagrodę za najlepszy film w Cannes, wygrał również nagrodę publiczności na festiwalu w San Sebastian.











26 października

Kolejna część przygód Jamesa Bonda to gwarancja pełnych kin. Ja wybiorę się na pewno. Daniel Craig jest moją ulubioną odsłoną Agenta 007. "Skyfall" to trzeci film z jego udziałem i już pod koniec miesiąca zobaczymy co też tym razem z tego wyjdzie.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...