Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2012

Żadna książka nie ma swojego końca*







Tytuł: Krabat
Autor: Otfried Preussler
Wyd.: Bona
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 236







Ciekawa jestem, czy znacie nazwisko autora tej książki, czy obiło wam się o uszy, i czy budzi jakieś skojarzenia. Ja przez dłuższy czas żyłam w nieświadomości na temat istnienia Otfrieda Preusslera - niezwykle poczytnego i docenianego, obdarowanego wieloma znaczącymi nagrodami niemieckiego pisarza literatury dziecięcej i młodzieżowej. Powodem tego jest zapewne fakt, że rzadko po ten gatunek książek sięgam. Jak już jednak kiedyś wspominałam, zima to pora, która w moim odczuciu sprzyja zagłębianiu się w pozycje oderwane od realnego świata. Mam wtedy ochotę na magię, na kroplę baśniowej fantastyki, która wydobędzie ze mnie to dziecko, czekające z utęsknieniem na pierwszą gwiazdkę i prezenty pod choinką.

Zostańmy jeszcze na chwilę przy zimowej aurze, poczujmy piekące od mrozu policzki, szron na opadających luźno włosach, włóżmy ręce głębiej w otchłanie kieszeni puchowego płaszcza i spójrzmy w niebo zasypujące nas białym, opadającym lekko na ziemię puchem. Właśnie w takiej atmosferze pisarz rozpoczyna swą opowieść. Nie stójmy jednak dłużej na mrozie, schowajmy się w ciepłych zakamarkach własnego domu, chwyćmy w dłonie kubek gorącej herbaty i wyjrzyjmy przez okno. Ta historia snuje się tuż za nim. Dajmy jej żyć własnym życiem. 

Jest to okres tuż po Nowym Roku. Mrużymy oczy i w oddali widzimy zarys Trzech Króli. Korony na głowach, twarze czerwone od mrozu i wesoła świąteczna piosenka prowadzą ich przez zaspy, torują drogę do kolejnych wsi. Przyglądamy się im uważniej. Przecież to nie żadni królowie, to chłopcy, młodzi włóczykije, chodzący od domu do domu, zbierając prowiant i miłe słowa gospodarzy. Oto czternastoletni Krabat i dwóch jego kolegów tułają się w nadziei, że choć trochę napełnią pusty głodem żołądek, a może nawet znajdzie się dla nich schronienie w jednej z pobliskich stodół. Dni mijają niespiesznie, wiedzie im się całkiem dobrze i tylko sny napełniają Krabata wątpliwościami. Niemal każda noc, zwieńczona zamknięciem ociężałych powiek, kończy się tak samo. Chłopiec widzi jedenaście kruków, siedzących na żerdzi, dwunaste miejsce jest wolne. W oddali, z kłębów podświadomości wydobywa się nagle głos, potężny i władczy, który nakazuje młodemu "królowi" wybrać się w podróż w nieznane zakątki Czarnej Chełmży, zapraszając go tym samym do tamtejszego młyna. Młodzieniec przyjmuje senną propozycję i tak rozpoczyna się jego dziwna i niebezpieczna przygoda.


Niewątpliwie jest to książka dla młodzieży. Autor spisał ją prostym językiem, dodał do niej wartości, takie jak przyjaźń, miłość, dorzucił tu także zdradę i zemstę. Całości klimatu dodają przepiękne ilustracje Katarzyny Bajerowicz i specjalistyczne słownictwo rodem ze starych łużyckich młynów. Czarna magia przemyca do powieści element grozy, nie będziemy jednak chować głowy pod poduszkę ze strachu. Preussler wprowadza nas w świat baśni i zamyka za nami drzwi na klucz. Wydostaniemy się dopiero, kiedy przeczytamy ostatnie słowo. Tu jednak pojawia się pewien zarzut w stronę autora - zakończenie. Przewracamy kartki, zdążamy stopniowo do finału powieści, lecz okazuje się, że ta najważniejsza jej część, na którą czekamy, i po której spodziewamy się wiele, to jedynie dwie strony. Rach ciach i koniec, jakby pisarz dokądś się nagle zaczął spieszyć i, rzuciwszy tylko kilka słów na pożegnanie, w biegu pomachał do nas ręką. Doprawdy nie wiem, cóż takiego ten zabieg miał na celu i, zamknąwszy ostatnią kartę powieści, byłam nieco zawiedziona. Nie zmąciło to jednak ogólnego wrażenia z przeczytania tej pozycji. Czyta się ją mimo wszystko bardzo przyjemnie i także dorosły czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie. Zapraszam was więc tej zimy do Czarnej Chełmży. Nauczcie się z Krabatem kilku magicznych sztuczek, a może razem uda wam się pokonać wroga.

*Słowa Otfrieda Preusslera przetłumaczone z pomocą mojej nieudolnej znajomości języka niemieckiego. 

5/6
  
Recenzja bierze udział w wyzwaniu Trójka e-pik.

piątek, 3 sierpnia 2012

Nie ma drugiego zwierzęcia, które byłoby tak podobne do człowieka, jak świnia*






Tytuł: Rozkosze Emmy
Autor: Claudia Schreiber
Wyd.: Świat Książki
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 207









Emmo, prawdę rzeknij szczerze:
Czym ja zdurniał z tej miłości?
Czy to raczej miłość sama
Z mej durności się tu bierze?
                                    
                                                          Heinrich Heine 


Książka niemieckiej dziennikarki Claudii Schreiber zainteresowała mnie po zapoznaniu się z jej pozytywną recenzją na Literadarze w portalu Biblionetka. Było to dwa lata temu w roku jej polskiej premiery, lecz dopiero teraz, skuszona niską ceną promocyjnej akcji jednej z internetowych księgarni, zakupiłam swój własny egzemplarz. Nie pamiętałam już oczywiście, o czym książka ta miała traktować. Pierwsze co mnie uderzyło, to jaka myląca okazała się ta okładka z uroczą świnką i "rozkoszny" tytuł powieści.  

Emma to niesamowity flejtuch. Poznajemy ją w jej doszczętnie zagraconym domu, w którym zalega pleśń, a pokoje po brzegi wypełnione są stertą różnorakich śmieci. Dziewczyna od 17 roku życia prowadzi własne gospodarstwo rolnicze. Hoduje kury, krowy i świnie i choć każde z tych zwierząt traktuje jak najlepszego przyjaciela, nie ma skrupułów, aby zrobić z nich pyszne mięso, gdy tylko przyjdzie na to pora. Jest silna, umięśniona, w pewnym sensie męska. Ze wszystkim przyszło jej radzić sobie samej. Ciężkie dzieciństwo sprawiło, że wzrosła w niej nieufność do ludzi i otaczającego ją świata. Nigdy nie wyściubiła nosa poza granice swej wsi. Teraz jednak jest na skraju utracenia swego ukochanego gospodarstwa. Potrzebuje pieniędzy.

Maks to pedant pełną parą. Jego największy koszmar senny stanowi plama z czerwonego wina na jasnym dywanie. Jego życie jest poukładane i uporządkowane. Uwielbia muzykę poważną i wykwintną kuchnię. Pracuje jako księgowy w salonie samochodowym swojego przyjaciela. Ma jednak nietypową fobię - boi się tego, że coś może się skończyć. Ma w domu pokaźny regał pełen książek, których nigdy nie tknął. Czyta jedynie te, które wypożycza z biblioteki, a swój własny zbiór trzyma na wypadek, gdyby tę bibliotekę zamknięto. Lecz przychodzi dzień, który zmienia wszystko. Maks dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory. Jego ostatnim marzeniem jest podróż do Meksyku. 

W wyniku dramatycznych zdarzeń losy tych dwojga splatają się. Dwie tak odmienne jednostki spotykają się i jak się okazuje, każde z nich ma to, czego potrzebuje drugie. 

Ciężko nazwać tę książkę historią miłosną, choć porusza niewątpliwie ten temat. Powieść nie skupia się jedynie na rodzącym się uczuciu pomiędzy tą parą. Wracamy do historii dzieciństwa Emmy i czytamy o tym, jak matczyną miłość znalazła dopiero u wielkiej maciory, która przygarnęła małą dziewczynkę, jak własne prosię. Bite i szykanowane dziecko wyrosło na kobietę, która traktuje swoje świnie niczym niestandardową rodzinę, a gdy musi którąś z nich zabić, stara się to robić bezstresowo i bezboleśnie. Z drugiej strony mamy Maksa, który z początku brzydzi się samą Emmą i tym, czym się zajmuje, lecz z czasem coraz bardziej go to ciekawi i intryguje, a życie na wsi wśród brudu i kurzu przestaje go przerażać. Nasi bohaterowie są bardzo ludzcy. Mają swoje słabości, którym niejednokrotnie ulegają i choć tak ogromnie do siebie nie pasują, coś ich ku sobie przyciąga. Również nieliczne postaci drugoplanowe zarysowane są z ogromną precyzją, co jest zdecydowanym plusem tej opowieści.

Przez pierwsze sto stron nie wiedziałam, co sądzić o tej książce. Czytało się ją lekko i przyjemnie, ale wydawała się taka, jakich wiele. Dopiero kolejna setka ukazała mi dzieło niebanalne, smutne i zabawne jednocześnie, swoistą tragikomedię o mocnym, choć nie do końca zaskakującym, zakończeniu. Myślę, że to dobra pozycja na te letnie upalne dni. Mogę Wam ją z czystym sumieniem polecić.

4.5/6

*s. 77


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...