Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2013

Don't worry, be happy







Tytuł: Poradnik pozytywnego myślenia
Autor: Matthew Quick
Wyd.: Wydawnictwo Otwarte
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 380







Książki nierzadko zyskują sławę, dzięki popularności filmów, które zostały na ich podstawie stworzone. Reżyserzy widzą w danej historii potencjał, czasami odrobinę ją zmieniają, spłycają przekaz, skracają wątki lub nadają jej inny ton. I właśnie wtedy, kiedy dane dzieło wchodzi do kin i na dodatek interesuje się nim sama Akademia, przyznająca corocznie najbardziej prestiżowe nagrody filmowe na świecie, ludzie postanawiają sięgnąć po pierwowzór - powieść, która niezwłocznie zdobywa miejsce na chwalebnych półkach księgarnianych z napisem bestseller. Czy jednak książka, która cieszyć się może świetnym podłożem marketingowym i sprzedażą w wysokim nakładzie przez wzgląd na renomę nakręconego na jej podstawie filmu, to rzeczywiście dzieło, na które warto zwrócić uwagę?

Sama zazwyczaj zerkam na te półki z niekłamaną ciekawością, ale rzadko interesują mnie pozycje, które buchają stamtąd dumnie kolorowymi okładkami. Być może z przekory, być może dlatego, że nie odpowiadają mi gatunki powieści tam wystawianych, przechodzę wgłąb sklepu, gdzie znajduję zwykle to, co bardziej wpisuje się w mój gust. Czasami jednak ciekawość poskramia tę przekorę i na widok niektórych bestsellerów w moim oku pojawia się błysk. Skoro tyle osób zachwyca się tą książką, skoro powstał na jej podstawie tak dobrze przyjęty film, musi coś przecież być na rzeczy - myślę i powieść ląduje na innej półce, tym razem tej mojej, domowej.

Nie inaczej było i z debiutem amerykańskiego pisarza Matthew Quicka, który pozytywną okładką, pozytywnym tytułem i pozytywną ekranizacją zdobył serca wielu ludzi na całym świecie. Jak zatem ja zapatruję się na tę historię? Czy i mnie urzekła swym optymistycznym wydźwiękiem?

Pat, główny bohater powieści wyszedł właśnie z niedobrego miejsca, jak zwykł nazywać szpital psychiatryczny. Minęło około czterech lat, on sądzi, że było to zaledwie kilka miesięcy; zostawiła go żona, jemu wydaje się, że to tylko chwilowa rozłąka. Rzeczywistość miesza się z wytworami odurzonego lekami umysłu; umysłu, który wymazał z pamięci pewne ważne wątki z życia mężczyzny. Ciężko się odnaleźć i od nowa budować relacje z otoczeniem, kiedy nie wie się dokładnie, co sprowadziło życie na ten właśnie tor. Pat nie traci jednak humoru. Wierzy w to, że niedługo spotka się ze swoją ukochaną, którą oczaruje wyćwiczonym, wysportowanym ciałem i przeczytanymi lekturami, które jak dotąd omijał szerokim łukiem. Bo życie to przecież film, a każdy zawsze kończy się happy endem.

Narracja prowadzona jest z perspektywy Pata, który zdaje się patrzeć na otaczającą go rzeczywistość oczyma dziecka. Wplątani zostajemy ściśle w jego relacje z rodzicami: opiekuńczą matką, która jest w stanie poświęcić wiele dla dobra swego syna, oraz z ojcem, który trochę się go wstydzi, trochę go nie akceptuje i jedynym uczuciem, które względem niego wykazuje jest niechęć. Pojawia się i wreszcie postrzelona i równie poturbowana psychicznie Tiffany, która ma co do naszego bohatera pewien plan. Są oni jednak tak różni i jednocześnie tak do siebie podobni, że relacja ta jest od samego początku dosyć chaotyczna, co intryguje i sprawia, że z niecierpliwością czekamy na rozwój sytuacji.

Książkę tę czyta się błyskawicznie. Jest napisana prostym i przyjemnym językiem, a to spory jej plus. Sama historia mnie jednak nie oczarowała. Nie miała tego czegoś, nie była jakaś. Zamknęłam ostatnią jej stronę i niemal natychmiast zajęłam się czymś innym, nie poświęcając jej ani minuty więcej. Po pierwsze, jest ona dosyć przewidywalna, i choć sama w sobie nie jest typowym romansem, wątek uczuciowy poprowadzony został w sposób niezwykle sztampowy. Niektórzy zarzucają jej także, że zbyt wiele w niej futbolu, i choć rzeczywiście odgrywał on tutaj znaczną rolę, mnie to jednak nie przeszkadzało. Ogólnie nie żałuję czasu, który z tą powieścią spędziłam, nie rozumiem jednak zachwytu nad nią i nakręconym na jej podstawie filmem. Było miło, było sympatycznie, było pozytywnie, ale daleko mi do ochów i achów na jej temat. Czy ją polecam? Cóż, myślę, że warto wyrobić sobie na jej temat własne zdanie, więc jak najbardziej.

4,5/6

niedziela, 7 lipca 2013

Życie jest bardziej przerażające niż śmierć*







Tytuł: Strasznie głośno, niesamowicie blisko
Autor: Jonathan Safran Foer
Wyd.: W.A.B.
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 496







Ile mieliście lat w 2001 roku? Chodziliście do szkoły, pracy? W jaki sposób dowiedzieliście się o tragedii z 11 września? Pamiętacie tę chwilę? Pytam całkowicie intencjonalnie, bo bardzo mnie to ciekawi. Nie wiem czy nastroiła mnie tak ta książka, czy może po prostu przypomniała mi o moich własnych doświadczeniach i spowodowała, że pragnęłabym poznać i te dziejące się w zupełnie innych miejscach świata, a przynajmniej Polski, i niemające bezpośredniej styczności ze skutkami zamachu. 

Ja chodziłam wtedy do liceum. Pamiętam dwie dymiące wieże na ekranie telewizora rodziców i szok, jaki ten widok we mnie wywołał. Pamiętam też, że nikt jeszcze dokładnie nie wiedział, co się wydarzyło, ale wszyscy zamarli w oczekiwaniu na to, co będzie dalej. Zginęło już wtedy sporo ludzi, kolejni byli nie do odratowania. I choć wszystko to miało miejsce gdzieś na drugim końcu półkuli, śledziłam te sceny z rozdziawionymi ustami i równie szeroko otwartymi oczyma, nie wierząc w to, co widzę. Na drugi dzień w szkole wszyscy byli nieco przytłumieni, również nauczyciele nie mieli ochoty na normalne lekcje, poruszając głównie temat tragedii. Przez następne lata był on oczywiście wałkowany przez media, wyszło na jaw, kto stał za zamachem i sprawa ta przestała być zasnuta kotarami tajemnicy. Ofiary wciąż wspominane są z nabożnym szacunkiem, rodziny nadal je opłakują, lecz to czego nie zapomnę, to właśnie ten pierwszy moment, w którym dowiedziałam się, co się stało.

Jak zatem musiał czuć się chłopiec, którego ojciec zginął w ten właśnie sposób? Jak niewyobrażalnie boleśnie znosić musiał tę stratę? Była to nie tylko tragedia odciskająca piętno na Stanach Zjednoczonych, była to także tragedia jednostek i właśnie o niej opowiada książka Jonathana Safrana Foera. Mówi ona o indywidualnym cierpieniu, o życiu po utracie bliskiej osoby i o próbie radzenia sobie z tym, czego nie można cofnąć. Mówi jednak na tyle nietuzinkowo, że już sam ten fakt jest w niej wart uwagi.

Oscar Shell to niezwykle rezolutny dziewięciolatek, dziecko zupełnie nietypowe i nad wiek dojrzałe. Pisuje listy do Stephena Hawkinga, zatapia się w rockandrollowych dźwiękach Beatlesów, uwielbia język francuski, tworzy piękną biżuterię, grywa w szekspirowskich dramatach i jest wynalazcą przeróżnych mniej lub bardziej użytecznych przedmiotów. Wieść o śmierci ukochanego taty paraliżuje jego życie, a sama żałoba wywołuje w nim przeróżne odczucia i równie odmienne potrzeby tłumienia wywołanych nią bólu i żalu. Pewnego dnia chłopiec znajduje pewien tajemniczy klucz, który zdaje się być powiązany z jego ojcem. Widok ten rodzi w jego umyśle żądzę rozwiązania zagadki, a że znalezisko znajdowało się w kopercie z napisem "Black", Oscar planuje znaleźć każdą osobę o tym nazwisku i za wszelką cenę dowidzieć się, cóż takiego otwiera ten enigmatyczny przedmiot.

Każda sobota z życia młodzieńca wiąże się z wędrówką do kolejnych mieszkań, z poznawaniem przeróżnych osób, kryjących się pod tak popularnym nazwiskiem i związanymi  z nimi historiami. Opowieść ta opisywana jest z perspektywy chłopca, to on jest jej narratorem, co czyni ją znacznie ciekawszą. Jego dochodzenie w sprawie dziwnego znaleziska przeplatane jest jednak wynurzeniami z życia  jego babci, a także dziadka, który zostawił swą żonę jeszcze zanim urodziło się ich wspólne dziecko - ojciec Oscara. Połączeni tragedią związaną ze zbombardowaniem Drezna, spędzili ze sobą część życia, złączyły ich wspólny ból, wspólne troski, dramaty i przyzwyczajenie, którego nie ukrywali nawet za szyldem uczuć.

Całość zdaje się z początku nieco chaotyczna. Przeplatające się historie nieco się mieszają i potrzebowałam chwili, żeby je ogarnąć. Książka ta jest jednak pozycją na tyle nietypową, ciekawą i przykuwającą uwagę, że czytało się ją z zapartym tchem, a zdjęcia, pojawiające się czasami, obrazując podjęty temat dodawały jej smaku. Nie czytałam poprzedniego dzieła autora, ale teraz z pewnością to nadrobię. Jestem pewna, że warto.

5/6

*s. 452

wtorek, 25 czerwca 2013

Wcale nie takie małe







Tytuł: Małe kobietki
Autor: Louisa May Alcott
Wyd.: MG
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 304







XIX-wieczne powieści nigdy mnie nie kręciły. Będąc małą dziewczynką nie zaczytywałam się w opowieściach o Ani z Zielonego Wzgórza, a jako dwudziestolatka nudziłam się jak mops, czytając "Dumę i uprzedzenie". Szerokim łukiem omijałam romanse, książki o kobiecych losach. Wolałam zaczytywać się w czymś, co według mnie, było bardziej wartościowe i lepiej współgrało z moją osobowością. Nadszedł jednak czas, kiedy postanowiłam przełamać te drzemiące we mnie uprzedzenia i zaczęłam zerkać z ciekawością również na inny typ literatury niż dotychczas. Postanowiłam zaniechać swojej książkowej dyskryminacji i sięgać po gatunki, które wcześniej wydawały mi się obce. Tym sposobem przekonałam się, że i romans potrafi być dobry, wciągający i wartościowy, a książki dla płci pięknej i o niej ciekawe i zupełnie nienużące. I tutaj przemycę naukę dla was, Drodzy Czytelnicy, wykazujący się obcesowym rasizmem wobec literatury polskiej/science fiction/dla kobiet/jakiejkolwiek innej (niepotrzebne skreślić). Mogą nas w ten sposób ominąć prawdziwe literackie przygody. Ściągnijmy klapki z oczu i poddajmy się tym książkowym eksperymentom. Naprawdę warto.

"Małe kobietki" to książka dla młodzieży, krąg ten zacieśniłabym wręcz do nastolatek, jeżeli mamy już wkładać ją ściśle w jakąś szufladę. Jest to powieść niezwykle grzeczna, poukładana, zdaje się, że pisana głównie dla panienek z dobrych domów. Moralizatorstwo, purytanizm, schematyczność - wszystko to możemy zarzucić jej bez mrugnięcia okiem, bo będzie to prawdą. Kiedy jednak przekraczamy próg domostwa państwa March, a naszym oczom ukazują się cztery zupełnie różne tytułowe kobietki, które przywitają nas z otwartymi ramionami, poczęstują herbatą, ciastkami i zabawią interesującymi historyjkami z życia lub ze świata wziętymi, ustępujemy. Nie oceniamy, nie marudzimy, nie grymasimy, tylko czytamy.

Ta książka jest po prostu przesympatyczna! Rozpościera przed nami uroczą słodko-gorzką historię, w której jednak nie ma zbyt wiele miejsca na konkretną porcję goryczy. Pojawia się tam ona właściwie jedynie po to, aby nas nie zemdliło, jako przeciwwaga dla miłych bohaterek powieści, które, choć nie są bez wad, na naszych oczach usilnie z nimi walczą. Poznajemy cztery siostry. Najstarsza i najpiękniejsza z nich to Meg, wchodząca powoli w dorosłość i jednocześnie odrobinę tym faktem onieśmielona. Jest tu także Jo, istna chłopczyca, która zaraża wszystkich optymizmem i żywiołowością, Beth, nieśmiała i zamknięta w sobie artystyczna dusza, oraz Amy, która jest najmłodszą, ale również najbardziej przemądrzałą z sióstr.

W tle "Małych kobietek" tli się okres wojny secesyjnej, wątek ten jednak nie dominuje, lecz naznacza w pewien sposób losy dziewcząt, zmuszonych do życia bez swego ojca, w okowach ciągłego zamartwiania się o jego los. Ogromną podporę stanowi tutaj ich matka - kwintesencja namacalnej dobroci. Nie wszystko jest kolorowe i usłane różami. Siostry mają swoje wzloty i upadki, pracują ciężko nad swoim charakterem i radzeniem sobie w trudnych finansowo czasach. Mając jednak tak stabilną podporę w postaci kochającej się rodziny, można przecież wszystko przezwyciężyć (tu ukłon w stronę moralizatorskiej strony powieści).

Ujęła mnie ta książka, przyznaję się bez bicia. Swoim ciepłem, prostotą, głównymi bohaterkami. Myślę, że nie tylko nastolatka znajdzie w niej coś dla siebie i że każda, mała czy duża, kobietka powinna wpisać ją na listę lektur obowiązkowych. Ja zrobiłam to już jakiś czas temu i zdecydowanie nie żałuję.

5/6

Książkę przeczytałam w ramach Setki BBC.

*********************************

Na koniec jeszcze taka mała blogowa prywata. Miało być wprawdzie z pompą, tortem, szampanem i w osobnym poście, ale niefortunny brak czasu sprawił, że i recenzję chciałam tu dziś wcisnąć. Do czego jednak tak nieudolnie zmierzam? Otóż mój blog obchodzi dziś pierwsze urodziny. Dziękuję Wam zatem bardzo, że byliście przez ten czas ze mną, moimi książkami, filmami, lepszymi i gorszymi pomysłami, zdjęciami, a czasem nawet i psem :). Mam nadzieję, że spędzimy razem również kolejny rok.



niedziela, 9 czerwca 2013

New York, New York!







Tytuł: Sunset Park
Autor: Paul Auster
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 296







Nowy Jork - jest w nim coś intrygującego, coś, co przyciąga, fascynuje i ciekawi. Tamtejsze ulice tętnią życiem, rażą bogactwem barw i mnogością kultur. Trudno ubrać to miasto w ramy, trudno sklasyfikować je w jedną koherentną całość, trudno też przedstawić tylko jedno z jego oblicz, kiedy ogół składa się na mieszaninę tak wielu światów, poglądów, tradycji i zwyczajów. 

Historia Paula Austera nie jest jednak opowieścią o mieście. Autor niespiesznie, po kolei przedstawia nam swoich bohaterów, nowojorczyków, z całą gamą trosk, problemów, niedoskonałości i radości, które noszą w oblepionych miastowym kurzem i codziennością ciałach. To właśnie na nich skupia się cała uwaga, a ich ekscentryczność, oryginalność, wszelkie wady i zalety tworzą obrazy różnych twarzy Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, które wszystko widzi i które pochłonie każdą duszę i zatopi ją w swym zgiełku.

Głównym bohaterem jest Miles, który nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca, obijając się o ściany przeróżnych miast, o serca i umysły różnych ludzi, rezygnując całkowicie z kontaktu z najbliższymi i żyjąc jak ktoś, kto zagubił gdzieś swoją tożsamość, własne ja.Wszystko zmienia się w bardzo typowy sposób - ten niespełna trzydziestoletni mężczyzna poznaje kobietę. Dziewczynę właściwie, bo wybranka jego serca nie skończyła jeszcze 18 lat, co komplikuje nieco fakt stworzenia z nią oficjalnego i zgodnego z prawem związku. Miles podejmuje gorzką, choć niezwykle rozsądną decyzję. Postanawia wyjechać i, za namową dawnego przyjaciela, do czasu aż Pilar nie osiągnie pełnoletności, zamieszkać wraz z nim i gromadą interesujących indywiduów. 

Opowieść snuta jest z perspektywy każdej z tych jednostek z osobna. Powoli poznajemy historię Milesa, jego rodziców, nowo poznanych i nie do końca standardowych współlokatorów. Portrety psychologiczne budowane przez Austera sprawiają, że czujemy się niemal tak, jak byśmy śledzili życie sąsiadów z pobliskiej kamienicy, brali pod lupę ich uczucia, nawiedzające ich demony i lęki, wdzierając się przez dziurkę od klucza w ich prywatność.

Miałam nadzieję, że wraz z przeczytaniem tej książki, zapoznam się głębiej z charakterem Nowego Jorku, poczuję jego buchające różnorodnością wnętrze i wciągnę w nozdrza zapach tamtejszej niezwykłości. Otrzymałam jednak coś zupełnie odmiennego. Autor nie skupił się na mieście, wolał zgłębić ducha jego mieszkańców. Czy wyszło to jego książce na dobre? Myślę, że mimo wszystko tak. Myślę również, że to nie ostatnia pozycja jego autorstwa, po którą sięgnę. Auster jest bowiem równie intrygujący, co miasto, w którym umieszcza fabułę swych powieści i ciężko się od niego nie uzależnić.

5/6

czwartek, 27 września 2012

Mikrokosmos według Charlesa M. Schulza


Świat "Fistaszków" to mikrokosmos, mała komedia ludzka zarówno dla czytelnika niewinnego, jak i wyrobionego.
                                                                                                                                Umberto Eco


Drugi października 1950 roku to dzień bardzo istotny w historii komiksu i amerykańskiej popkultury. To właśnie wtedy narodził się pierwszy pasek opowieści o niepokornych, dojrzałych ponad swój wiek dzieciakach i psie rasy beagle, który wkrótce potem znany był całemu światu. Nie musieliście czytać komiksów Charlesa M. Schulza, żeby kojarzyć Snoopy'ego, poczciwego Charliego Browna, zrzędę Lucy i Linusa z jego kocykiem bezpieczeństwa. Wszyscy ci mali bohaterowie od lat pojawiają się w naszych domach jako ozdoby kubków, piórników, koszulek i skarpetek. Dostępu do rzeczywistych komiksów przez dłuższy okres jednak nie mieliśmy. Kilka pasków pojawiło się w czasopiśmie Szpilki. Następnie również Gazeta Wyborcza śladem tych pełnokrwistych amerykańskich, drukować zaczęła pojedyncze historie "Fistaszków". Niestety kiepskie tłumaczenie nie oddało w pełni ich uroku i tak zakończyć musiały swój żywot na arenie polskiej.

Na szczęście w 2008 roku wydawnictwo Nasza Księgarnia postanowiło wydać 25-tomowy cykl "Fistaszków zebranych" umieszczając w nim każdy pasek komiksu napisany przez Schulza od jego pierwszej kreski aż do ostatniej. Tłumaczenia podjął się tym razem Michał Rusinek, któremu udało się do polskiej wersji przemycić oryginalny wydźwięk dzieła. W wydaniach tych widzimy jak bohaterowie Schulza ewoluowali i jak powstawała ich pierwotna postać. Już od samego początku częstowani jesteśmy słodko-gorzkimi przemyśleniami życiowymi okraszonymi subtelną dawką humoru właściwą "Fistaszkom".

Cztery z tych pięknych wydań leżą już dumnie na moich półkach. Mam w planach zebrać cały cykl i nawet nie boję się zanadto momentu kiedy opublikowany zostanie ostatni tom. Z powodzeniem wrócić będę mogła do pierwszego i tak, jak i wcześniej dam się wzruszyć i rozśmieszyć, a czytanie go będzie dla mnie po raz kolejny ogromną przyjemnością - tego mogę być pewna. 

To nie są wbrew pozorom komiksy dla dzieci. Młodzi czytelnicy nie zrozumieją w pełni fistaszkowego świata, w którym przewijają się pytania o wiarę, politykę, kulturę oraz problemy takie jak depresja czy odrzucenie i brak akceptacji. Myślę ponadto, że nie trzeba być wcale fanem komiksu w ogóle, żeby ten konkretny docenić. Dla mnie jest to momentami zbiór złotych myśli podanych w prostej, zabawnej i łatwej do przyswojenia formie. Prawdziwa odtrutka na dołujące jesienne wieczory.

Piszę o nich właśnie teraz, bo 10 października wychodzi siódmy już tom "Fistaszków zebranych". Jestem więc trzy do tyłu, ale co tam, nadrobię. A i Wam serdecznie ten cykl polecam.



6/6

czwartek, 30 sierpnia 2012

Ta historia mogła się wydarzyć tylko na Sycylii*







Tytuł: Tamtego lata na Sycylii
Autor: Marlena de Blasi
Wyd.: Świat Książki
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 348







Kupiłam tę książkę zupełnie przypadkiem. Skusiła mnie Sycylia - po prostu. Od kiedy jako mała dziewczynka byłam tam pierwszy raz, zawsze ją ciepło wspominałam i traktowałam jako miejsce, które rozwinęło we mnie potrzebę podróżowania i poznawania nowych zakątków świata. Aż do dziś mam do niej niezmienny sentyment, dlatego widząc tę powieść na księgarnianej wyprzedaży, chwilę później już ją kupowałam. Dopiero po fakcie zaczęłam się zastanawiać, czy to aby nie jakieś tanie romansidło. O autorce bowiem nigdy nie słyszałam, a opis z tyłu mówił, że będzie o miłości. Cóż więc z tego wynikło?

Autorka już na wstępie zaznacza, że książka w jakimś stopniu oparta jest na faktach. Pani de Blasi wybrała interesujące wątki z życia Sycylijczyków, których spotykała na swojej drodze, nadała im nowych barw, dodała krztyny swojej wyobraźni i uplotła w przesiąkniętą włoskim klimatem opowieść. Czy wyszło z tego romansidło? Zdecydowanie nie. 

Narratorką powieści zdaje się być sama Marlena de Blasi, która wraz z mężem wenecjaninem przemierza sycylijskie ziemie w poszukiwaniu inspiracji do napisania artykułu o mieszkańcach wyspy. Wszędzie spotykają ją jedynie niechęć i odmowa. Wszystko zmienia się, kiedy przybywa do niewielkiej górskiej mieściny, a konkretnie do przybytku zwanego Villa Donnafugata. Miejsce to pełne jest kobiet odzianych w czerń, nietrudno się więc domyślić, że są one wdowami. Widać jednak, że panuje tam harmonia i spokój, każdy ma swoje obowiązki, które uczynnie wypełnia, a wszystkie panie czerpią radość ze wspólnych prac, rozmów i śpiewów. Opowieści o na wskroś sycylijskich kobietach plotących sobie nawzajem ciasne warkocze, o potrawach przesiąkniętych zapachami włoskich ziół i świeżych warzyw i o atrakcyjnych wnętrzach willi, do której przybywa autorka, to jedynie bardzo klimatyczny wstęp do głównej historii.

Właścicielką Villa Donnafugata jest Tosca - starsza elegancka kobieta, od której biją piękno i urok młodej dziewczyny. Na początku z lekką niechęcią przyjmuje ona niezapowiedzianych gości. Mija jednak jakiś czas, a kobieta zaczyna zmieniać nastawienie, aż w końcu postanawia zrzucić z barków ciężar historii swojego życia i opowiada ją nowo poznanej Amerykance. Mówi o swoim dzieciństwie, o tym jak zmieniła biedny dom i pusty brzuch na wygody pięknego pałacu i pyszne lukrowane ciastka i... a zresztą przeczytajcie o tym sami. Miejcie jednak na uwadze fakt, że żaden Sycylijczyk nie powie Wam nigdy całej prawdy.

Polecam tę książkę nie tylko wielbicielom Sycylii i Włoch. Polecam ją każdemu, kto ma ochotę na ciepłą, błyskotliwą, a momentami trzymającą w napięciu opowieść osnutą wieloma tajemnicami, z których nie zawsze każdą podadzą nam na tacy.

5/6

* s.17

niedziela, 12 sierpnia 2012

Cierpienia młodego Wertera - reaktywacja






Tytuł: Super smutna i prawdziwa historia miłosna
Autor: Gary Shteyngart
Wyd.: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 462 








"Cierpienia młodego Wertera" powinnam raczej zastąpić słowami "Cierpienia starego Abramova", bowiem to właśnie ten dobiegający czterdziestki wywodzący się z Rosji mężczyzna jest bohaterem powieści o tytułowej miłości. Nawiązanie do Goethego, którego tu użyłam nie jest całkowicie bez znaczenia. Rozpoczynając czytanie tej książki, nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że poznaję losy Wertera w wersji znacznie uaktualnionej. Lenny Abramov nawet irytował mnie tak samo, jak te kilkanaście lat temu nasz XVIII-wieczny super smutny bohater romantyczny. Obaj cierpieli z powodu miłości i lubowali się w przelewaniu swych żali na papier. Werter pisywał listy, Abramov spisywał swe przemyślenia w formie dziennika. Dzieli ich ponad trzy-wieczna przepaść, lecz miłość, którą darzą swą niedostępną i niedoścignioną Lottę jest ta sama.

Świat, w którym Abramov poznaje ucieleśnienie swych marzeń na temat kobiety, Eunice - azjatycką filigranową piękność, jest na wskroś, wręcz do bólu współczesny. Jest to era postliteracka, książki są zdecydowanie passe. Ludzie nie czytają, jedynie skanują teksty w poszukiwaniu ciekawiących ich zdań. Nikt już nie pamięta Kundery czy Czechowa. Każdy ogarnięty jest kultem młodości i fajności, oceniając swe wzajemne cechy fizyczne bądź osobowościowe na äpärätach i stosując specjalistyczne diety i zabiegi kosmetyczne, żeby na zawsze zatrzymać płynące lata. Na ulicach z każdego rogu wyzierają słupy Credit, które ukazują, jak szacują się dochody przechodzącej obok osoby. Wszelkie te dane są ogólnie dostępne, przez co ludzie zamknięci są w liczbach, które określają ich atrakcyjność i status majątkowy. Taka też jest sama Eunice, przystosowana do świata, w którym przyszło jej żyć i czerpiąca z niego pełnymi garściami. Zdrowa przekąska, modne drogie ciuchy, najnowocześniejsze kosmetyki - wydawać by się mogło, że nic więcej jej do szczęścia nie potrzeba.

Z drugiej strony mamy Abramova, który mając niespełna czterdzieści lat, łysiejącą głowę i zapuszczony brzuch, kultu młodości nie wyznaje. Pracuje wprawdzie w korporacji, która zajmuje się zapewnianiem wiecznego życia jednostkom, które na to stać, lecz z chęcią sięga po dobrą literaturę, co sprawia, iż w rankingu popularności zajmuje zawsze jedno z ostatnich miejsc. I tak jego podstarzała, niemodna i nikomu niepotrzebna miłość zmierzyć musi się z nowoczesnym i nieprzychylnym wszelkim odchyleniom od normy światem, w którym żyje jego hipsterska ukochana. A wszystko to opatrzone jest politycznym tłem upadających Stanów Zjednoczonych, bo to właśnie polityka zdaje się być w tej książce na drugim miejscu.

Książka podzielona jest na dwie przeplatające się ze sobą części. Jedną z nich są zapiski z dzienników Abramova, drugą wiadomości elektroniczne nadawane przez Eunice do jej przyjaciółki, matki, lub siostry. Nie był to zły pomysł, szczególnie, że każdą z tych części wyróżnia język danej osoby. Lenny używa ładnych i poprawnych form stylistycznych, bywa patetyczny i ckliwy. Eunice i jej przyjaciółka używają nowoczesnego języka pełnego akronimów i neologizmów, bywają również wulgarne. Z kolei matka dziewczyny, koreańska imigrantka pisze nieskładnie i charakterystycznie dla osoby, która nie jest jeszcze z językiem obyta. 

A teraz kawa na ławę - książka mnie momentami ogromnie męczyła. Miłosne wywody Abramova pomieszane z polityczną paplaniną były nierzadko niestrawne. Nie jest to być może literacka masakra, ale nie będę Was jakoś szczególnie gorąco do tej powieści zachęcać. Jeżeli już ją zakupiliście i czeka na półce, to pewnie i tak prędzej czy później po nią sięgniecie, a czas z nią spędzony może nie okazać się do końca straconym. Jeżeli nie, zainwestujcie w coś innego.

3,5/6

poniedziałek, 23 lipca 2012

Niedźwiedź, potężna kobieta i młody pisarz, czyli John Irving i jego "zabawki"




Tytuł: Ostatnia noc w Twisted River
Autor: John Irving
Wyd.: Prószyński Media Sp. z o.o.
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 575








Już na wstępie zaznaczę, że jestem fanką Johna Irvinga i to nie pierwsza jego powieść, z którą miałam do czynienia. Moja styczność z jego utworami przez wiele lat nosiła znamiona wzlotów i upadków. Rozpoczęłam bardzo dobrym "Światem według Garpa" i utwierdziłam się w przekonaniu o świetności autora, gdy na drugą lekturę wybrałam "Regulamin tłoczni win". Potem zaniżyłam nieco loty sięgając po "Metodę wodną", aby za chwilę dać się zachwycić przedostatnią książką wydaną w Polsce - "Zanim cię znajdę", a następnie zjechać po równi pochyłej w dół wraz z "Jednoroczną wdową". Nie zrozumcie mnie źle, żadna z tych książek nie była kiepska, niektóre były po prostu gorsze. Ale Irvinga zawsze czytało mi się przyjemnie i nigdy nie przeszkadzały mi powielane przez niego schematy, nazywane przez niektórych pójściem na łatwiznę. W każdej z jego powieści znajdziemy wątek niedźwiedzia, zapasów i cuchnących psów. Z kolei wśród głównych bohaterów pojawi się z pewnością jakaś potężnie zbudowana kobieta i młody pisarz z nadopiekuńczym rodzicem. Taki jest John Irving, w ten sposób pisze i albo się go lubi, albo uważa za pisarską pomyłkę. I choć należę do osób z tej pierwszej kategorii, "Ostatnia noc w Twisted River" mnie mimo wszystko rozczarowała.

Tytułowa Twisted River to nie tylko rzeka, ale również osada zamieszkiwana przez fliskaów - mężczyzn zajmujących się rzecznym transportem towarów. Kucharzem w tutejszej stołówce jest Dominic Baciagalupo samotnie wychowujący 12-letniego syna Danny'ego. Zapoznajemy się z ich postaciami w obliczu niezbyt fortunnych zdarzeń, które zmuszają ich do ucieczki z dotychczasowego miejsca zamieszkania. Przez całą książkę poznajemy całe półwiecze ich losów. Nasi bohaterowie dorastają, dojrzewają aż w końcu i się starzeją. Odniosłam jednak wrażenie, że autor oprowadza nas po tej historii w sposób nieco zbyt chaotyczny. Miesza wątki, miesza lata i bywało, że nie od razu wiedziałam gdzie jestem, czyją historię czytam i o jaki przedział wiekowy zahaczam. Nie było tu tej płynności, którą kojarzę z wcześniejszych jego książek i tym mi trochę nadepnął na odcisk.

Nie jest to książka niesamowicie wciągająca, nie jest to wybitne dzieło i nie jest to opowieść, z którą należałoby się koniecznie zapoznać. Osoby, które dopiero chcą rozpocząć przygodę z Irvingiem zachęcam do sięgnięcia po wcześniejsze jego pozycje. Tym, którzy każdą z poprzednich książek znają niemal na pamięć, mogę polecić "Ostatnią noc w Twisted River" jako pewnego rodzaju ciekawostkę. Lektura, choć lekko mi się dłużyła, należała mimo wszystko do dosyć przyjemnych. Spotkałam się również z opiniami, że to kolejna dobra pozycja w dorobku Irvinga, więc subiektywna ocena subiektywną oceną, ale najlepiej zapoznać się z tym dziełem na własną rękę, bo o gustach się przecież nie dyskutuje.

4/6

wtorek, 3 lipca 2012

Jeśli moc jakaś raz nam w darze, jak inni widzą nas pokaże...*




Tytuł: Stokrotki w śniegu
Autor: Richard Paul Evans
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 304









Rozpoczynając czytanie tej książki od wpisu zatytułowanego „Drogi czytelniku” zastanowiłam się przez chwilę czy nie przełożyć tej lektury na grudzień, porę znacznie bardziej świąteczną, śnieżną i adekwatną. Autor zaznaczył bez pardonu, że książka nawiązuje tematyką do osławionej „Opowieści wigilijnej”, życzył nawet na koniec tegoż wpisu „Wesołych Świąt”. Odłożyłam ją na moment, zdając sobie sprawę z tego, iż z technicznego punktu widzenia mogę sięgnąć po jedną z wielu innych książek czekających na swoją kolej, a tej nie zaczęłam przecież jeszcze czytać. Chwila ta jednak nie trwała długo. Byłam zbyt ciekawa nowego autora na mojej półce, między innymi z powodu licznych porównań jego literatury do dokonań Erica-Emmanuela Schmitta, którego lubię.

Ledwo otworzyłam pierwszą stronę, a już kończyłam całą książkę. Czyta się ją błyskawicznie. Wydanie jest wręcz kieszonkowe, a litery, odstępy między linijkami i akapity względnie duże. Ot opowiastka na jeden wolny od wszelkich zaprzątających nam głowę spraw dzień, i słowa „opowiastka” użyłam tu z premedytacją. Historia jest bowiem bardzo prosta, wręcz banalna, niejednokrotnie już w literaturze poruszana. James Kier, zamożny biznesmen, człowiek do najmilszych i przepełnionych empatią nie należący, znajduje swój nekrolog w codziennej prasie. Nie jest to jednak opowieść fantastyczna, w której pan Kier wraca do świata żywych po własnej śmierci, aby odkupić winy. Kier żyje i ma się dobrze. Zaszła pomyłka, którą wszelkie media podłapały i rozpowszechniły. W dobie Internetu i możliwości anonimowego komentowania przeróżnych spraw, James Kier dowiaduje się, co tak naprawdę sądziły o nim osoby mniej lub bardziej znajome. Wiedza ta powoli zaczyna go przerażać, paraliżować i przepełniać wstydem. Wzorem Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” postanawia zmienić siebie, swe dotychczasowe życie i nastawienie do świata. Naturalnie na lepsze.

Czy mu się to udaje i z jakim skutkiem… cóż, jeżeli lubicie od czasu do czasu przeczytać jakąś prostą, ciepłą, ładnie napisaną historię, powielającą schematy i nic raczej nowego nie wnoszącą, to polecam „Stokrotki w śniegu” – nie zawiodą Was. Czyta się je przyjemnie, szybko i, co należy dodać, zdecydowanie namawiam do lektury w okresie okołobożonarodzeniowym. Żałuję, że sama jednak nie poczekałam, może byłabym łaskawsza.

4/6

*Richard Paul Evans, „Stokrotki w śniegu”, Wydawnictwo Znak 2010, s.304

wtorek, 26 czerwca 2012

Miejsce, gdzie wszystko zaczyna się od nowa






Tytuł: Król szczurów
Autor: James Clavell
Wyd.: Książka i Wiedza
Rok wydania: 1985
Ilość stron: 420








James Clavell to spłodzony przez Brytyjczyków naturalizowany Amerykanin urodzony w Australii (cóż, przynajmniej w każdym z tych miejsc mówi się po angielsku...). Podczas II wojny światowej, jako kilkunastoletni chłopak (dokładna data urodzenia stanowi kwestię sporną w jego biografii), wstąpił do brytyjskiego Pułku Królewskiej Artylerii. Wraz z nim wysłany został na Malaje, aby walczyć tam przeciwko Japończykom. Został jednak ranny, a wkrótce potem pojmany i, jako jeniec wojenny, przeniesiony na Jawę, a następnie do sławnego więzienia Changi w Singapurze. Podobno 90% mężczyzn, którzy przekraczali próg tego siedliska chorób i wszechogarniającego głodu nigdy z niego nie wyszło. Clavell był jednym ze "szczęśliwców". Doczekał końca wojny i tym samym wyzwolenia. I ponoć wszystko to za sprawą pewnego Amerykanina, który nie dał sobie w kaszę dmuchać. "Król szczurów" oparty jest właśnie na tej historii.

Przekraczamy bramę więzienia Changi. Od samego wejścia otacza nas smród i zaduch. Kurz oblepia nasze ciała i po chwili sami stajemy się tym klaustrofobicznym miejscem, przesiąkamy jego zapachem i ogarnia nas tutejsza bezsilność i beznadzieja. Wokół widzimy cienie, które niegdyś były ludźmi. Sierżanci, oficerowie, porucznicy - każdy chudy jak szkielet, w brudnych łachmanach, lub jedynie z przepaską przewiązaną przez biodra. Skóra i kości odziane w niepokój o każdy następny dzień, pogodzone niemal z okrutnym losem. A wśród nich, przecieramy oczy ze zdumienia, zdrowo wyglądający mężczyzna w czystej koszuli, z nienagannie obciętymi paznokciami i starannie ułożonymi włosami. To Król. Idzie dumnie, rozsyła zdawkowe pozdrowienia i wygląda, jakby cały świat leżał u jego stóp. I w tym momencie rzeczywiście tak jest. Budząc jednocześnie podziw i nienawiść, to właśnie on jest cichym władcą Changi i każdy z jeńców, nieważne czy niższy czy też wyższy od niego stopniem, jest zmuszony to uszanować. Poznajemy jego zwyczaje i powoli zaczynamy rozumieć dlaczego to on jest tym wybranym. Dzięki własnemu sprytowi pozyskuje pieniądze, a za nie może mieć tu wszystko: ludzi, dodatkowy prowiant, leki i przymykanie oczu na większe i mniejsze przewinienia. Zwą go Królem, bo nim jest; bo jest nim w Changi; bo tu wszystko zaczyna się od nowa, każde życie rozpoczyna nowy bieg.

Changi po wyzwoleniu w 1945 roku (fot. en.wikipedia.org)

Powieść ta nie jest wierną kopią tego, czego doświadczył Clavell. Jednak, będąc więźniem singapurskiego obozu, autor bardzo wiernie odtwarza jego klimat i atmosferę w nim panującą, a także relacje międzyludzkie i wszelkie sposoby przetrwania. Niektórzy sądzą, że postać Marlowe'a, jedynego prawdziwego przyjaciela Króla, któremu ten uratował życie, jest mocno wzorowana na samym Jamesie Clavellu. Ile w tym prawdy, wie tylko sam pisarz. Niemniej, czy ktoś taki, jak Król rzeczywiście był jeńcem Changi, czy też jest on tylko wytworem wyobraźni autora - nieważne. Książka ta jest naprawdę dobra i warto poświęcić jej czas i uwagę.

5/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...