piątek, 20 lipca 2012

Telewizja śniadaniowa po amerykańsku




Tytuł: Dzień dobry TV (Morning Glory)
Reż.: Roger Mitchell
Produkcja: USA
Premiera: 2010
Gatunek: dramat, komedia, romans
Czas trwania: 1 godz. 47 min.




  



Mamy czasem ochotę (a przynajmniej ja mam), aby obejrzeć coś prostego, amerykańskiego i zabawnego. Taka też ochota poprowadziła mnie w stronę „Dzień dobry TV”, usadowiła na kanapie i zajęła mój czas przez nieco ponad sto minut. Czy było warto?

Film opowiada historię Becky Fuller (Rachel McAdams), nałogowej pracoholiczki, która otrzymuje posadę na stanowisku producentki telewizji śniadaniowej. W telewizji tej niestety źle się dzieje. Dziewczyna jest zmuszona zrobić wszystko, aby poprawić jej status i zwiększyć spadającą na łeb na szyję oglądalność. W dążeniu do celu jest niezwykle silna, zdecydowana i zdeterminowana. Postanawia zatrudnić znanego, choć lekko już podstarzałego, dziennikarza Mike’a Pomeroya (Harrison Ford), który jednak, delikatnie mówiąc, nie jest tą propozycją zachwycony. Choć od kilku lat nigdzie nie pracuje i odsunął się w cień, wciąż uchodzi za szanowanego dziennikarza i utalentowanego zdobywcę niezliczonych prestiżowych nagród. Pracę w telewizji śniadaniowej traktuje jako coś, co przysporzyłoby mu jedynie wstydu. Becky stawia go jednak w sytuacji bez wyjścia i tak Mike każdego ranka baaaaaaaaardzo niechętnie pojawia się w studiu i duka półsłówkami, aby uniknąć śmieszności. Taka „półobecność” uznanego dziennikarza nie wpływa jednak pozytywnie na wyniki oglądalności, a relacja pomiędzy producentką a gwiazdą pozostawia wiele do życzenia. 


W dalszej części filmu Becky, jak się można domyślić, toczy niezliczone bitwy z Mikiem o to jak wyglądać ma jego program, a jednocześnie robi wszystko, aby utrzymać swoją posadę. W natłoku pracy, której, jak się zdaje, poświęca około dwudziestu trzech godzin na dobę, znajduje również czas na romans, mamy więc tutaj także niewielki wątek miłosny.

Ogólnie rzecz biorąc jest to dosyć przyjemna komedia obyczajowa obsadzona aktorami, którzy wywiązali się z powierzonych im ról na piątkę z plusem. Nie śmiałam się do rozpuku i troszeńkę mi się dłużyło. Być może zdarzyło mi się uśmiechnąć kilka razy pod nosem. No ale ja nie jestem generalnie fanką tego typu filmów i, choć czasem mam na nie ochotę, nie znaczy to, że będę je wychwalać. Nie znaczy to też jednak, że nie podobają mi się żadne amerykańskie komedie, bo już na przykład „Notting Hill” tego samego reżysera bardzo lubię.

3,5/6

środa, 18 lipca 2012

TOP 10: WYMARZONE PODRÓŻNICZE CELE

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.

Dziś przenosimy się do... Dziesięciu wymarzonych podróżniczych celów



 



Jest wiele miejsc, które chciałabym odwiedzić. Wybranie tych dziesięciu było bardzo trudne, jednak w tych wymarzonych zawarłam również te kraje, w których byłam i do których po prostu muszę kiedyś wrócić. Przedstawiam je w kolejności, w jakiej pojawiają się na globach, rozpoczynając od strony lewej:


Rumunia

Zamki Drakuli i piękne Karpaty - to mi wystarczy do wymarzonych wakacji.











Alaska (USA)

Oglądaliście serial "Przystanek Alaska"? Od czasu kiedy go widziałam, marzy mi się ta mroźna kraina.











 Norwegia

W wakacje 2004 poznałam jaki piękny to kraj i na pewno do niego wrócę.











 Wyspa Wielkanocna

Wyspa na Oceanie Spokojnym i słynny park Rapa Nui - muszę je kiedyś zobaczyć na własne oczy!











 Hiszpania

Od prawie roku uczę się hiszpańskiego i marzę, żeby w końcu się tam wybrać.











 Rosja

Nie chcę ograniczać się do Moskwy. Chcę zobaczyć Jakucję, Sachalin, wszystko!











 Grenlandia

Bajeczna kraina lodu. Tam mogę zmarznąć na kość, a i tak będę przeszczęśliwa.











Kanada

Góry Skaliste i liczne piękne jeziora, a do tego misie brunatne czyhające na twój prowiant.











 Park Yellowstone (USA)

Gejzery, gorące źródła, bulgoczące błota, wodospady i wiele wiele więcej.











 Islandia

Kolejny kraj, w którym byłam i kolejny, do którego muszę wrócić. Jest tam po prostu pięknie!















Globy pochodzą ze strony: www.commons.wikimedia.org. Zdjęcia miejsc zaczerpnięte z: Rumunia: www.realadventures.com, Alaska: www.prweb.com, Norwegia: www.worldwidehomestay.com, Wyspa Wielkanocna: www.photoquestadventures.com, Hiszpania: www.romotur.com, Rosja: www.jetsetz.com, Grenlandia: www.green.autoblog.com, Kanada: www.enterpriseeuropeeast.org.uk, Yellowstone: www.dailygalaxy.com, Islandia: zdjęcie własne.

wtorek, 17 lipca 2012

O cwaniakowaniu słów kilka, czyli literacka trylogia Stanisława Grzesiuka


Kiedy myślę o Stanisławie Grzesiuku, widzę styranego przez życie, alkohol i chorobę mężczyznę z bandżolą w ręku i wesołą piosenką warszawską na ustach. I aż dziw bierze, kiedy uświadamiam sobie, że to jego pełne bólu i cierpienia życie stało się przyczynkiem do powstania trzech tak wspaniałych powieści. "Boso, ale w ostrogach", "Pięć lat kacetu" i "Na marginesie życia" to, moim zdaniem, pozycje, które powinien znać każdy Polak, a co najmniej warszawiak.

BOSO, ALE W OSTROGACH

"Boso, ale w ostrogach" to motto, którym Stanisław Grzesiuk zdaje się kierować przez całe swe słodko-gorzkie życie. Taki też jest tytuł jego pierwszej autobiograficznej powieści opowiadającej przedwojenne dzieje młodego i gniewnego chłopaka, jakim wtedy był.  Tłem do wydarzeń z tej burzliwej młodości są lata 30-te w warszawskiej dzielnicy Czerniaków. To tam młody Stasiek dorasta, tam dostaje od życia bolesne czasami nauki, tam ma przyjaciół, wrogów i tam właśnie wyrabia w sobie ten instynkt samozachowawczy, który towarzyszy mu aż do ostatniego tchnienia, a nam - jego czytelnikom - przez wszystkie jego książki. Nazwałam go dosyć potocznie "cwaniakowaniem", bo myślę, że to słowo idealnie współgra z tym, co przedstawił w swych powieściach Grzesiuk. 

PIĘĆ LAT KACETU

Lata pełne młodzieńczych wybryków i walki o swoje w obrębie warszawskiej dzielnicy zakańcza początek II wojny światowej. Autor trafia kolejno do obozów koncentracyjnych Dachau, Mauthausen i Gusen, otoczenie więc zmienia się ogromnie. Pewnie nie tylko ja czytałam setki opowieści o obozowym życiu, o tym, jak jest ciężko, jak wybiedzonych mieszkańców trawi głód, choroby i rozprzestrzeniająca się niczym zaraza beznadzieja. Cwaniakowanie w takim środowisku do łatwych z pewnością nie należy, ale Grzesiuk i tu daje radę. Jako chłopak muzycznie uzdolniony, z niesłabnącym poczuciem humoru, wypracowuje sobie szacunek i życzliwość współwięźniów, a z czasem także i oprawców. I choć łatwo nie jest, po zakończeniu wojny wychodzi z obozu o własnych siłach, a życie toczy się dalej. 

NA MARGINESIE ŻYCIA

Poobozowa codzienność go jednak nie rozpieszcza. Okazuje się, że Grzesiuk do końca swoich dni zmagać się będzie z przykrą powojenną pamiątką - gruźlicą. Jego trzecia powieść opowiada właśnie o tej ostatniej przegranej walce. Zakaźna, śmiertelna choroba sprawia, że autor prawie nie opuszcza szpitala. Staje się on jego nowym przymusowym domem, pacjenci nowymi przyjaciółmi, znajomymi, bądź jedynie sąsiadami, a pielęgniarki i lekarze codziennym oczywistym otoczeniem. Autor i tu nie rozstaje się ze swą bandżolą, śpiewa i bawi towarzyszy niedoli, zmagając się z własnym nieuniknionym losem.

PODSUMOWANIE

Wszystkie powieści Stanisława Grzesiuka pisane są prostym językiem chłopaka z przedwojennego warszawskiego Czerniakowa. Porywają swoją naturalnością, czasami wręcz naturalizmem i brutalnością opisywanych scen, a autor wkupuje się w nasze łaski pisząc z lekką właściwą sobie nonszalancją, bardzo możliwe, że niezamierzoną. Bo Grzesiuk pisał tak, jak mu w duszy grało. Nie jak pisarz, lecz jak człowiek, który opowiada swoje życie.

5/6


poniedziałek, 16 lipca 2012

Les Amours Imaginaires



Tytuł: Wyśnione miłości (Les Amours Imaginaires)
Reż.: Xavier Dolan
Produkcja: Kanada
Premiera: 2010
Gatunek: Melodramat
Czas trwania: 1 godz. 35 min.




Do obejrzenia „Wyśnionych miłości” Xaviera Dolana pośrednio namówił mnie Filmweb, polecając ten film na swojej stronie. Dodatkową zachętą okazał się zwiastun, który oferował dzieło beztrosko nieamerykańskie, na jakie wtedy miałam ochotę, ale… No cóż, o tyle o ile do ambitnego kina z wlokącą się akcją (albo wręcz z akcją zerową) nic nie mam, tak ten film mnie po prostu momentami nudził.


Rzecz zaczyna się dosyć ciekawie. Para przyjaciół, Francis i Marie, (przy czym warto nadmienić, że Francis to mężczyzna), poznaje pewnego tajemniczego Nicolasa. Jego urok osobisty i wygląd blondwłosego Kupidyna sprawiają, że oboje są nim nad wyraz zauroczeni. Zaczyna się między nimi swoista rywalizacja o jego względy. Każde chce wypaść lepiej od drugiego. Wydaje się, że nawet ich stroje i ogólny wygląd zewnętrzny odgrywają tutaj ważną rolę. Oboje przywiązują dużą wagę do swego ubioru, uczesania, a w przypadku Marie również makijażu. Każde z nich ma swój własny awangardowy styl podkreślający ich odrębność, choć nie zawsze odpowiedni do okazji. Przy każdym spotkaniu ze wspólnym obiektem uczuć chcą zrobić jak najlepsze wrażenie i spoglądają na siebie z niechęcią, kiedy jedno wygląda choć trochę lepiej od drugiego. Marie stawia na elegancję kury domowej lat 60-tych, Francis na modną i ekstrawagancką nowoczesność. A w środku tego galimatiasu modowo‑urodowo‑uczuciowego wyglądający na nieświadomego niczego Nicolas, z czasem nazywający nowopoznanych znajomych przyjaciółmi. Tylko, że ja nie widzę pomiędzy nimi zażyłości, nie podobał mi się sposób ukazania tego momentu, kiedy ich trójkę połączyła przyjaźń. Jest w tym filmie sporo scen, w których po prostu siedzą przy jednym stole i się ze sobą nudzą. Nie mówię oczywiście, że przyjaźń nudy nie toleruje, ale film sprawia wrażenie, że, oprócz momentów kiedy bohaterowie śpią ze sobą w jednym łóżku, co stanowić może jakiś dowód zażyłości, przez resztę czasu wymieniają tylko zdawkowe uwagi, patrzą w ścianę bądź telewizor i są po prostu znudzeni, a mi nie pozostaje nic innego jak podzielić ich los. Być może miał to być film bardziej „milczany” niż gadany i to tę sytuację w jakiś sposób tłumaczy, nie jestem jednak pewna czy to dobre usprawiedliwienie w jego konkretnym przypadku. 

Jest to mimo wszystko dzieło bardzo urokliwe i nie wątpię, że znajdzie uznanie u niemałej ilości osób, nie chcę go więc bynajmniej nikomu odradzać. Wspaniała paleta barw tego obrazu przy akompaniamencie francuskojęzycznej muzyki, a także ciekawość czy ktoś w końcu zdobędzie względy Nicolasa sprawiła, że wysiedziałam (a konkretnie wyleżałam) do końca, który w zasadzie też mnie nie zawiódł. 


Film zdecydowanie dla wymagających, ceniących spokojne, nużące i leniwe kino bez krwawej jatki, pędzących samochodów i wartkiej akcji. Może zauroczyć, ale nie musi.

Reasumując 3,5/6

sobota, 14 lipca 2012

Na stos z nimi!



Nazbierałam w końcu tyle książek, żeby zrobić z nich choć niewielki stos. Zacznijmy więc od góry:


Prezenty urodzinowe
"FISTASZKI ZEBRANE 1957-1958" Charles M. Schulz to trzeci tom historii uwielbianych przeze mnie małych bohaterów filozoficzno życiowo zabawnych komiksów
"KRABAT" Otfried Preussler - książka, która marzyła mi się od dłuższego czasu i widniała na mojej liście "must read"

Promocja na www.weltbild.pl
"TAMTEGO LATA NA SYCYLII" Marlena De Blasi - wzięłam tę książkę, bo rzecz dzieje się na Sycylii, za którą przepadam, ale teraz zastanawiam się czy decyzja nie była nazbyt pochopna i czy nie kupiłam jakiegoś taniego romansidła. Czytaliście?
"ROZKOSZE EMMY" Claudia Schreiber - jakiś czas temu czytałam bardzo pozytywną recenzję tej książki, chciałam więc ją wypróbować na własnej skórze
"TRZY MAŁPY" Stephan Mendel-Enk to podobno zabawna historia o Żydach
"NIE OPUSZCZAJ MNIE" Kazuo Ishiguro - książka, która doczekała się swojej ekranizacji i, której jestem bardzo ciekawa
"SUPERSMUTNA I PRAWDZIWA HISTORIA MIŁOSNA" Gary Shteyngart - patronat nad tą pozycją objął dosyć już chyba dzisiaj znany bloger Kominek, którego czytuję od dobrych 7 lat.

Kupione za grosze na szkolnym targu z książkami
"POD JEDNYM DACHEM, POD JEDNYM NIEBEM" Stanisława Fleszarowa-Muskat - czytałam bardzo przyjemny cykl tej autorki pt. "Pozwólcie nam krzyczeć"
"ODRUCH LITOŚCI" Francis Clifford - rzecz dzieje się w Ameryce Południowej, więcej nie pamiętam

Na Dzień Dziecka :)
"GRA O TRON" i "STARCIE KRÓLÓW" czyli dwie pierwsze części niezwykle poczytnej sagi Georga R.R. Martina


Czytaliście którąś z tych książek? Macie jakąś w planach?

piątek, 13 lipca 2012

Nigdy w życiu!




Tytuł: Zielone drzwi
Autor: Katarzyna Grochola
Wyd.: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 406








"Teraz nadszedł ten moment , kiedy muszę się wytłumaczyć, dlaczego, mimo że nie jestem Tomaszem Mannem, zabrałam się do pisania tej książki. Odpowiedź jest prosta. Znowu ku pokrzepieniu własnego serca. Chciałam sobie przypomnieć rzeczy dobre, które mnie spotkały. Nie otwieram na oścież zielonych drzwi, tylko je uchylam."*

A teraz z kolei nadszedł ten moment, kiedy to ja sama wytłumaczę się, dlaczego, z moim umiłowaniem do lektur nieco ambitniejszych, sięgnęłam po Grocholę. Wytłumaczę się też z tego, czemu mi się podobała i czemu będę polecać Wam "Zielone drzwi" (bo będę).

Do sięgnięcia po tę książkę namówiła mnie Mama, która czytała ją przede mną. A, że użyła dosyć przekonujących argumentów typu "to nie jest żadne babskie romansidło, a fragmenty przypominają czasem historie rodem z Mikołajka", stwierdziłam, że w końcu są wakacje, więc czemu nie? Zapomniałam na chwilę o niezbyt udanych ekranizacjach książek tej pani i o jej występie w "Tańcu z gwiazdami", a moje "Nigdy w życiu dla Grocholi" zamieniłam na "Grochola? Niech będzie". I tak, próbując pozbyć się nieco sceptycznego z początku nastawienia, zaczęłam czytać. I zaskoczyła mnie, nie powiem.

Książka ta stanowi zbiór migawek z życia Anny Katarzyny Grocholi, której ojciec stwierdził, że imię stojące bliżej nazwiska jest ważniejsze - tak też została Kasią. Rozpoczyna się dosyć zabawnie historyjkami ze szkolnej ławy: koleżanki, koledzy, nauczyciele, psikusy, żarty, stres przed przepytaniem i klasówkami, przyjaźnie, miłości i miłostki - ot codzienność z życia niezbyt ułożonej licealnej klasy. I tu rzeczywiście widziałam pewne podobieństwo do śmiesznych szkolnych opowieści z serii o Mikołajku. Lecz chwilę później klimat diametralnie się zmienia.

Przenosimy się do czasów, kiedy Grochola kończy szkołę i, chcąc w przyszłości studiować medycynę, rozpoczyna pracę salowej w szpitalu. I tu zaskakuje mnie po raz pierwszy. Oczami młodej dziewczyny widzimy szpitalny świat od kuchni. Bez żadnych upiększeń patrzymy na cewniki, baseny, strzykawki, a w końcu i śmierć, i dziwimy się tej determinacji, która do tak ciężkiej pracy pchnęła nastolatkę. Podziwiamy ją za jej hart ducha i nie kończący się optymizm nawet w obliczu najgorszego.

Kolejne zaskoczenie nastąpiło, gdy Grochola opisywała swą ciężką chorobę i, tym razem, pobyt w szpitalu z perspektywy pacjenta. Dramatyzm i naturalizm szpitalnych scen ujęty w prostych, bardzo trafnych słowach sprawił, że całość stworzyła niezwykle przejmującą opowieść. Nie będę zdradzać szczegółów, bo nie o to tu chodzi. Powiem tylko, że, nie wiem jak reszta jej książek i całkiem możliwe, że już do żadnej innej nie dam się przekonać, ale "Zielone drzwi" są godne polecenia. Autorka wiele w życiu przeszła i warto przeczytać te strony wyrwane z jej pamiętnika.

Sama siebie zaskakuję w tym momencie, ale...

5/6

*"Zielone drzwi", Katarzyna Grochola, Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2010, s.406

środa, 11 lipca 2012

TOP 10: NAJLEPSZE WAKACYJNE LEKTURY

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.

Dziś przyszła pora na... Najlepsze wakacyjne lektury






"ZABIĆ DROZDA" Harper Lee (6/6)
  
Powieść, z którą trzeba się zapoznać i, tym samym, jedna z moich ulubionych. Wspaniały powrót do dzieciństwa, idealny wakacyjną porą, ale nie tylko.








"COŚ NIEBIESKIEGO" Emily Giffin (4/6)

Zarówno "Coś niebieskiego", jak i ta sama historia pisana z innej perspektywy, czyli "Coś pożyczonego" to ciekawa książka napisana przez kobietę dla kobiet. Jeżeli więc w te wakacje macie ochotę na coś lekkiego i babskiego, zachęcam do zapoznania się z Emily Giffin. Nie zawiedzie Waszych oczekiwań.







 "NATALII 5" Olga Rudnicka (5/6)

"Natalii 5" Olgi Rudnickiej to niezwykle oryginalny i zabawny kryminał. Pięć sióstr, nieodkryta zagadka pozostawiona przez zmarłego ojca, mnóstwo humoru i wartka akcja - czy może być coś lepszego na te upały?








 "ŚWIAT WEDŁUG GARPA" John Irving (5/6)

Jeżeli ktoś jeszcze nie przeczytał tej świetnej powieści, wakacje to z pewnością dobra na nią pora. Ciekawe postaci i ich równie interesujące perypetie okraszone humorem i ironią, spisane w lekko karykaturalny sposób - można się oprzeć?








 "ŻONA PIEKARZA" Marcel Pagnol (5/6)

Przyjemna, lekka i zabawna, a moją opinię na jej temat znaleźć możecie tutaj.










"SMAŻONE ZIELONE POMIDORY" Fannie Flagg (5/6)

"Smażone zielone pomidory" to powieść pełna humoru, ale również wzruszeń, lecz nie jest to typowe kobiece czytadło. Wraz z pewną siwowłosą kobietą, opowiadającą swą historię, przenosimy się do Alabamy lat 30 i czujemy się tam, jak u siebie w domu.







 "BLASZANY BĘBENEK" Gunter Grass (6/6)

Kontrowersyjna powieść Guntera Grassa "Blaszany bębenek" to kolejna z moich ulubionych książek. Może nie jest to pozycja nadzwyczaj lekka, ale ja czytałam ją właśnie w wakacje i kojarzy mi się z pięknym chorwackim wybrzeżem. Tę książkę po prostu trzeba poznać.







 TRYLOGIA "MILLENIUM" Stieg Larsson (5,5/6)

Ogromnie wciągająca fabuła, bohaterowie zarysowani z niezwykłą precyzją, kontrowersyjni i nietuzinkowi, inteligencja i błyskotliwość ostre jak czubek zaostrzonego noża - ja wsiąknęłam bez reszty. 








"WIELKIE WYGRANE" Julio Cortazar (5/6)

Wyobraźcie sobie, że grupa przeróżnych osobowości wygrywa na loterii podróż statkiem. Dokąd? Nie wiadomo. Rejs w nieznane się rozpoczyna, zaczyna się również interakcja między bohaterami. Nawiązywane są sympatie i antypatie, a wszystko to na wielkiej wodzie i równie dużym, jak mogłoby się wydawać, statku.







 "WAKACJE MIKOŁAJKA" Sempe, Goscinny (5/6)

Chyba nie muszę reklamować przygód małego Mikołajka i jego świty. A "Wakacje Mikołajka" to ponadto wspaniały pretekst, żeby przypomnieć sobie o własnych dziecięcych szaleństwach, głupotach i żartach w tym letnim okresie.









Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...