poniedziałek, 9 lipca 2012

Przebudzenie zaczyna się od słów "jestem" i "teraz"




Tytuł: Samotny mężczyzna (A Single Man)
Reż.: Tom Ford
Produkcja: USA
Premiera: 2009
Gatunek: Dramat
Czas trwania: 1 godz. 39 min.






Wyobraźcie sobie miłość. Skupcie się na chwilę i wyobraźcie sobie miłość bezkresną, miłość nieprzyzwoicie wielką; taką, która nas onieśmiela i sprawia, że czujemy się gorszym gatunkiem, bo jej nie doświadczyliśmy. Widzicie? Bo ja ujrzałam ją w tym właśnie filmie.

Włączyłam go, usadowiłam się wygodnie na kanapie i już po pierwszych minutach dogłębnie w niego wsiąknęłam. Każda kolejna scena pełna pięknych obrazów i ogólnej poetyckości zachwycała mnie już tylko bardziej. Nie mogłam oderwać od niego wzroku jeszcze na napisach końcowych.

George Falconer (w tej roli wspaniały Colin Firth), profesor uniwersytecki, homoseksualista, człowiek niezwykle kulturalny i elokwentny, po szesnastu latach związku traci w wypadku samochodowym swego partnera Jima. Mija kilka miesięcy, i w tym momencie zaczyna się film. Reżyser w około stuminutowym obrazie ukazuje nam jeden dzień z życia przepełnionego cierpieniem, z życia boleśnie osamotnionego mężczyzny.


Widzimy jak George wstaje z łóżka, wykonuje typowe poranne czynności, odbiera telefon, umawia się na wieczór, wychodzi z domu, jedzie do pracy, prowadzi wykład. Co nas jednak uderza to fakt, że przez cały ten czas na jego twarzy maluje się rozpacz człowieka opuszczonego i nieszczęśliwego. Nawet, gdy się uśmiecha.

Sceny szarego dnia przeplatane są czasem wspomnieniami z przeszłości, w której Jim należał jeszcze do świata żywych. Jest wśród nich bardzo prosta i jednocześnie niesamowicie wzruszająca w tej prostocie scena, kiedy obaj mężczyźni siedzą razem na kanapie i czytają książki, każdy swoją i w zupełnie odrębnym guście. Moim zdaniem ten obrazek z ich życia, ta krótka chwila zanim zaczęli rozmowę, stanowi kwintesencję łączącego ich uczucia. Ja je tu zdecydowanie widzę, nie mam żadnych wątpliwości.


W tym filmie wszystko jest na swoim miejscu. Zdjęcia, muzyka, dialogi sprawiają, że ogląda się go jak obraz namalowany przez nieskończenie utalentowanego artystę. I myślę, że tak też zabrał się za niego reżyser, notabene debiutujący w tej roli projektant mody. Najpierw namalował go w głowie, a potem stworzył go naprawdę. I ja się bardzo cieszę, że pan Tom Ford odstąpił na chwilę od swej głównej profesji, bo wyszła spod jego pędzla prawdziwa filmowa perełka.

5,5/6

sobota, 7 lipca 2012

Ej, za las chłopcy, za las, bo za lasem grają!*





Tytuł: Oberki do końca świata
Autor: Wit Szostak
Wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 180







Otwierając "Oberki do końca świata" weszłam w zupełnie nowy książkowy świat. Jest to coś, z czym jeszcze, w sensie literackim, nie miałam okazji się zapoznać. Utwór ten może być bowiem traktowany jako powieść, może być również zbiorem opowiadań połączonych przez miejsce i bohaterów, i mogą to być tytułowe oberki - takie wiejskie swojskie skrzypiące i porywające do tańca. Myślę, że najprostsza interpretacja jest taka, że wszystkie te gatunki splotły się ze sobą, tworząc jedną spójną całość. I to właśnie czyni tę poetycką opowieść wyjątkową.

Autor "Oberków...", Wit Szostak, filozof z wykształcenia oraz autor powieści fantasy z zamiłowania, jest także skrzypkiem tworzącym muzykę ludową. Podobno każdy z napisanych przez siebie oberków poddawał swej fachowej kontroli pod względem rytmiki. Każda opowieść poprzedzona jest tytułem oberka i nazwiskiem jego autora i jednocześnie wykonawcy, a treść rozpoczynają rymujące się strofy, które płynnie wprowadzają nas w dalszy bieg historii, a ta z każdą linijką wciąga coraz bardziej.

Książka ta opowiada dzieje rodu Wichrów - wybitnych wiejskich muzykantów z okolic Rokicin. Akcja toczy się od okresu II wojny światowej aż do dziś. Wraz z Wichrami śledzimy wesela, na których grają, wesela, które są ich własnymi, ich troski, większe lub mniejsze problemy i radości. Poznajemy ich sąsiadów oraz ludzi, którzy tylko przejazdem przekraczają skromne progi wioski. Życie toczy się tam leniwie, a każde pokolenie naznaczone jest pasją tworzenia oberków i grania tych, które przed laty grywali ojcowie.

Czytając ich dzieje, trudno oprzeć się wrażeniu, że gdzieś w oddali słyszy się raz wesoły, a następnym razem melancholijny i smutnawy dźwięk skrzypiec. Jednak w te historie i w ten swoisty styl pisania trzeba się wdrożyć, a wtedy prawdopodobieństwo przepadnięcia na kolejne kilka godzin wzrasta. I będą one pełne łez i śmiechu, i śmiechu przez łzy i wreszcie wzruszeń i przemyśleń z serii tych życiowych.

Fakt, że autor "Oberków..." pisywał wcześniej powieści fantasy zostawia na nich widoczny ślad. Opowieści te przybierają czasem lekko baśniowy charakter i wychodzą poza realizm zwykłej powieści obyczajowej. W tym także tkwi ich niezaprzeczalny urok. Być może nie jest to książka dla każdego, ale, jeżeli czujecie, że to coś dla Was, warto po nią sięgnąć.

5/6

*"Oberki do końca świata", Wit Szostak, Państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2007, s.180




czwartek, 5 lipca 2012

FAITH NO MORE - Poznań, Malta 4.07.2012


fot. www.fnm.com

W ostatnich latach to drugi koncert Faith No More w Polsce (poprzednio gościli u nas równe dwa lata temu na Openerze) i pierwszy, w którym miałam szczęście uczestniczyć. Doprawdy świetne to było wydarzenie muzyczne! Po reaktywacji w 2009 zespół wrócił na światowe sceny i jeszcze raz podbił serca swoich fanów. Moje na pewno. Zagrali idealnie, zagrali wszystko, co sobie wymarzyłam i spełnili jedno z moich głównych koncertowych marzeń życia. Zespół jest nadal mocny: silny, piękny głos Mike'a Pattona plus ostre i głośne rockowe brzmienie jeszcze teraz dudni mi w uszach. Chcę jeszcze raz!

 fot. www.poznan.gazeta.pl

Tak z ciekawostek, Patton zaśpiewał wczoraj połowę kawałka "Evidence" po polsku. Wszyscy byli pod naprawdę ogromnym wrażeniem i, choć zrozumiałam z tego może ze dwa słowa, to widać, że facet się postarał i wielkie dla niego brawa.

Jeżeli jakimś cudem nie kojarzycie grupy Faith No More, oto próbka tego, na co ich stać w "Ashes to Ashes":


środa, 4 lipca 2012

TOP 10: ULUBIONE SYMBOLE DZIECIŃSTWA

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.

Dołączam więc do akcji i ja!
Temat na ten tydzień to... Ulubione symbole dzieciństwa






Pałeczka 

"Mamoooooooooooooooo, rzuć mi na pałeczkęęęę!" - nie wiem jak u Was, ale u mnie na osiedlu wrzeszczące pod balkonami dzieci krzyczały właśnie coś takiego. Lody te kosztowały grosze, były niczym innym, jak zamrożoną wodą ze słodkim posmakiem, ale podbiły nasze dziecięce podniebienia jak mało co. Trudno było sobie bez nich wyobrazić wakacyjne szaleństwa.

                                                                                                                                                                                                                                                                             




Gra komputerowa Alladyn

Cóż to były za emocje, kiedy po raz pierwszy odpaliłam tę grę na swoim nowo nabytym komputerze. Każdorazowe przechodzenie do następnego poziomu było prawdziwym przeżyciem, a kolejna plansza stanowiła nieznany ląd czekający na odkrycie. Wspominam ten czas jako pełen niezwykle ekscytujących przeżyć. Niestety do końca gry nigdy nie doszłam.

              



Kinder Niespodzianka

Oto jajko, o które dosłownie błagałam. Wyobraźcie sobie wakacje w Ustroniu. Moja ciocia wraz ze mną i moją kuzynką udaje się na zakupy. Wiadomo jak to jest wejść do sklepu z dziećmi, które z szybkością błyskawicy orientują się w asortymencie i od razu potrafią wskazać palcem, czego im do szczęścia brakuje. A więc nam brakowało właśnie takiego jajka, a konkretniej, ukrytej w nim niespodzianki. Prawdopodobnie nie poświęcając zbyt wiele czasu na zastanowienie się, nagle na samym środku sklepu klęknęłyśmy przed ciocią i błagalnym tonem, układając ręce jak do modlitwy, poprosiłyśmy o kinder niespodziankę. Wyobraźcie sobie jej minę... 



                                                                                                                                                                   


Ulotki

Swego czasu miałam chyba dosyć oryginalne hobby - zbierałam ulotki. Każde wyjście do apteki lub sklepu kosmetycznego było dla mnie wyprawą po nowe zdobycze. Miałam ich naprawdę sporo, lubiłam je przeglądać, układać tematycznie i robić z nich wystawy. I może to jeszcze nie byłoby aż tak dziwne, gdyby nie jeden mały fakt. Czasem brałam koleżankę, plik ulotek i w ramach wymyślonej przeze mnie akcji promocyjnej za każdą ulotkę zbierałam od przechodniów pieniądze, które wydawałam na żelki... Nie to, żeby rodzice nie chcieli nam ich sponsorować, to po prostu była fajna zabawa.
       
         
         


 Hanna-Barbera

Stały sobie te kasety video na meblościance u rodziców  w pokoju tuż przy telewizorze i, takie niepozornie wyglądające, były jedną z moich lepszych dziecięcych rozrywek. Mogłam je oglądać w nieskończoność, chociaż znałam każdą z nich na pamięć. Uwielbiałam powracać do przygód rodziny Flinstonów, Jetsonów i innych bohaterów bajek Hanna-Barbera i mogłam je oglądać po raz enty, a fascynowały mnie równie mocno jak za pierwszym.

                                                                                                                                                   



Stotinka

To mógł być rok 1989. Wraz z rodzicami byłam wtedy na wakacjach w Bułgarii. Pewnego popołudnia dostałam do zabawy bułgarski grosik, czyli małą stotinkę. Nie minęło nawet 10 minut, gdy zaczęłam nagle płakać, że swoją nową zabawkę zgubiłam. Wszyscy dorośli rzucili się czym prędzej na ziemię, żeby ową zgubę znaleźć i dać kres mojej rozpaczy. Minęło jednak kilka dłuższych chwil, a moneta przepadła jak kamień w wodę. Rodzice więc, przedzierając się przez hektolitry moich łez, pytają w końcu, gdzie dokładnie zgubiłam swój pieniążek. I w tym momencie, jakby czekając na to pytanie, mówię "tiu" wskazując palcem  swój nos... Na szczęście niewielka ingerencja pęsety pomogła i niezwykle uradowana swoją stotinkę odzyskałam.



Kolejka elektryczna

Kolejka elektryczna to niewątpliwie jedna z moich ulubionych i najlepiej wspominanych zabawek z dzieciństwa. Przez to, że przy rozłożeniu całej konstrukcji było sporo roboty, nie bawiłam się nią zbyt często, więc i nie było miejsca na przesyt. Pamiętam taką sytuację, gdy rodzice pozwolili mi wziąć ją do przedszkola, żebym pod okiem wychowawców  mogła pobawić się tym cackiem z innymi dziećmi. Pamiętam też jak się to skończyło. Kolejkę przejęli chłopcy i tyle ją tego dnia widziałam.




 Lambada

Chyba mało kto kojarzy zespół Kaoma, a to właśnie on stoi za wakacyjnym przebojem wszechczasów, jakim niewątpliwie jest "Lambada". Pamiętam te dziecięce dyskoteki, na których każda dziewczynka dumnie prezentowała swoją "lambadówkę", czyli krótką rozkloszowaną spódniczkę wirującą w tańcu. Wciąż jeszcze przed oczyma mam teledysk, który oglądałam wtedy prawdopodobnie z milion razy, bo puszczali go dosłownie wszędzie. Do teraz lubię czasem wrócić do tej piosenki. Jest wprost idealna w ten wakacyjny czas.










 Pierwszy pamiętnik

"Kochany pamiętniku, byłam dzisiaj na angielskim. Było bardzo fajnie. Śpiewaliśmy piosenki. Potem wróciłam do domu i zjadłam na kolację kanapki z pasztetem i z pomidorem (...)". Czy potrzebny jest tu jakikolwiek komentarz? 

PS. Na zdjęciu mój autentyczny pamiętnik sprzed lat.   Różowe perfumowane strony wciąż pachną. 










 Varius Manx

To musiała być druga klasa podstawówki. Mniej więcej w tym czasie wyszły pierwsze albumy Varius Manx: "Emu" i "Elf" i ja, jako taki nie za duży bajtel nie mogłam się od nich oderwać. Słuchałam, wyciągałam okładkę z kasety (tak, wtedy jeszcze były kasety) i dochodziło do niezbyt udanych prób śpiewania. "Zamigotał świat", "Pocałuj noc" i wiele innych - wciąż je lubię i wracam do nich z sentymentem. Varius Manx, według mnie,  przeżyło swe lata świetności właśnie z Anitą Lipnicką.  











Zdjęcia zaczerpnięte ze stron: pałeczka: www.ambi.pl, Alladyn: www.games4win.com, Kinder Niespodzianka: www.e-piotripaweł.pl, ulotki: www.xkeylimex.blogspot.com, Hanna-Barbera: www.allegro.pl, stotinka: www.en.numista.com, kolejka: www.zabawki.torun.pl, lambada: www.last.fm, Varius Manx: www.merlin.pl

wtorek, 3 lipca 2012

Jeśli moc jakaś raz nam w darze, jak inni widzą nas pokaże...*




Tytuł: Stokrotki w śniegu
Autor: Richard Paul Evans
Wyd.: Znak
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 304









Rozpoczynając czytanie tej książki od wpisu zatytułowanego „Drogi czytelniku” zastanowiłam się przez chwilę czy nie przełożyć tej lektury na grudzień, porę znacznie bardziej świąteczną, śnieżną i adekwatną. Autor zaznaczył bez pardonu, że książka nawiązuje tematyką do osławionej „Opowieści wigilijnej”, życzył nawet na koniec tegoż wpisu „Wesołych Świąt”. Odłożyłam ją na moment, zdając sobie sprawę z tego, iż z technicznego punktu widzenia mogę sięgnąć po jedną z wielu innych książek czekających na swoją kolej, a tej nie zaczęłam przecież jeszcze czytać. Chwila ta jednak nie trwała długo. Byłam zbyt ciekawa nowego autora na mojej półce, między innymi z powodu licznych porównań jego literatury do dokonań Erica-Emmanuela Schmitta, którego lubię.

Ledwo otworzyłam pierwszą stronę, a już kończyłam całą książkę. Czyta się ją błyskawicznie. Wydanie jest wręcz kieszonkowe, a litery, odstępy między linijkami i akapity względnie duże. Ot opowiastka na jeden wolny od wszelkich zaprzątających nam głowę spraw dzień, i słowa „opowiastka” użyłam tu z premedytacją. Historia jest bowiem bardzo prosta, wręcz banalna, niejednokrotnie już w literaturze poruszana. James Kier, zamożny biznesmen, człowiek do najmilszych i przepełnionych empatią nie należący, znajduje swój nekrolog w codziennej prasie. Nie jest to jednak opowieść fantastyczna, w której pan Kier wraca do świata żywych po własnej śmierci, aby odkupić winy. Kier żyje i ma się dobrze. Zaszła pomyłka, którą wszelkie media podłapały i rozpowszechniły. W dobie Internetu i możliwości anonimowego komentowania przeróżnych spraw, James Kier dowiaduje się, co tak naprawdę sądziły o nim osoby mniej lub bardziej znajome. Wiedza ta powoli zaczyna go przerażać, paraliżować i przepełniać wstydem. Wzorem Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” postanawia zmienić siebie, swe dotychczasowe życie i nastawienie do świata. Naturalnie na lepsze.

Czy mu się to udaje i z jakim skutkiem… cóż, jeżeli lubicie od czasu do czasu przeczytać jakąś prostą, ciepłą, ładnie napisaną historię, powielającą schematy i nic raczej nowego nie wnoszącą, to polecam „Stokrotki w śniegu” – nie zawiodą Was. Czyta się je przyjemnie, szybko i, co należy dodać, zdecydowanie namawiam do lektury w okresie okołobożonarodzeniowym. Żałuję, że sama jednak nie poczekałam, może byłabym łaskawsza.

4/6

*Richard Paul Evans, „Stokrotki w śniegu”, Wydawnictwo Znak 2010, s.304

niedziela, 1 lipca 2012

Kalendarium # 07/2012



 Subiektywny przegląd zapowiedzi filmowych, czyli co ciekawego mają nam do zaoferowania duże ekrany:

29 czerwca

To wprawdzie jeszcze nie lipiec, ale 2 dni temu premierę miała amerykańska produkcja "Jeszcze dłuższe zaręczyny" ("The Five-Year Engagement"). Film opowiada historię szczęśliwej, po niedługim czasie zaręczonej, aż w końcu, nie mogącej zrealizować marzenia o ślubie, pary. Nowa praca Violet i, co za tym idzie, przeprowadzka do innego miasta przedłuża okres narzeczeński o dwa lata. Po nich pojawia się szansa na awans, i tak nasi bohaterowie i data ich ślubu tkwią zawieszeni w próżni. Wszelkie perypetie związane z ciągłym odkładaniem ceremonii, reakcje rodziny i przyjaciół okraszone są sporą dawką humoru, jak na komedię romantyczną przystało. Dodając do tego rolę ciekawej aktorki, jaką jest Emily Blunt oraz znanego wszystkim fanom serialu "Jak poznałem waszą matkę" Jasona Segela, zapowiada się całkiem śmiesznie. Być może warto wypróbować, szczególnie jeżeli podobały Wam się "Druhny" - to ten sam producent, więc może i sam film nakręcony jest w podobnym stylu. Wydaje się on nie być typową amerykańską komedią romantyczną. Ale czy to prawda? Okaże się niebawem.



6 lipca

Pamiętacie jak w 2002 roku do kin weszła pierwsza część tej popularnej animacji? Cały świat oszalał na punkcie mamuta Manfreda, tygrysa szablozębnego Diego i leniwca Sida. Nie wspominając o szalonej wiewiórce i jej niesubordynowanym posiłku w postaci żołędzia. Doczekaliśmy się dwóch jej kontynuacji: była już odwilż i era dinozaurów. Teraz pora na nową dawkę przygód zwierzęcych bohaterów, zaserwowaną tym razem w 3D. Nadchodzi bowiem "Epoka lodowcowa 4: Wędrówka kontynentów" ("Ice Age: Continental Drift"). Wprawdzie każda kolejna część miała coraz to gorsze opinie wśród oglądających i żadna nie powtórzyła ogromnego sukcesu pierwszej, ale przygody tych zwierzaków wciąż przyciągają do kin i z tą z pewnością będzie podobnie. Ja sama jestem ciekawa co tym razem wyszło jej twórcom i chętnie zobaczę jak Scrat rzuca się w szaleńczą pogoń za żołędziem. Ten wątek jest nieodzowną częścią każdej Epoki, więc mam nadzieję, że i tu go nie zabraknie.





13 lipca

Biorąc pod uwagę naprawdę interesujący zwiastun, zapowiada się przyjemny i oryginalny film o końcu świata. Stukilometrowa asteroida Matylda zmierza ku Ziemi. Zagłada jest pewna, zostało jedynie 30 dni. Dodge (w tej roli Steve Carell, którego kojarzyć możecie z "Kocha, lubi, szanuje"), opuszczony przez ogarniętą paniką żonę, stwierdza, że nie ma już nic do stracenia i postanawia wyruszyć na poszukiwanie swojej licealnej miłości. Wraz z nim w drogę wyrusza Penny (Keira Knightley) i, sądząc po fragmentach filmu i plakacie, jakiś fajny psiak. Co też będzie się działo po drodze, w jakie tarapaty wpadną, czy dotrą do celu, i w końcu, czy Ziemia rzeczywiście ulegnie zagładzie - tego dowiemy się wybierając w kasie kinowej bilet na "Przyjaciela do końca świata" (Seeking a Friend for the End of the World"). Ja jestem bardzo tego filmu ciekawa i na pewno go obejrzę, bo wygląda na to, że ten lekko postrzelony pomysł zaskutkuje całkiem niezłym kinem.






20 lipca

Bodajże w 2005 roku wyszła powieść Gabriella Garcii Marqueza "Rzecz o mych smutnych dziwkach". Pognałam wtedy czym prędzej do sklepu i od razu ją kupiłam, jest to bowiem jeden z pisarzy, których biorę w ciemno. Książka jednak okazała się wielkim dziełem nie być. Wydawała mi się za krótka, uznałam, że mogłaby być wstępem do czegoś znaczącego, ale sama w sobie nie zachwyca. Po niezbyt udanej ekranizacji "Miłości w czasach zarazy" przychodzi czas właśnie na nią. Zaintrygowało mnie trochę, że ktoś chciał nakręcić film na podstawie tej krótkiej powieści, która nawet nie trafiła na półkę z napisem "bestseller". Cóż im się uda z tego wyłuskać? Ciekawi mnie to niezmiernie. Całkiem więc możliwe, że któregoś z lipcowych wieczorów zasiądę przed kinowym ekranem i zobaczę historię miłości starszego pana do nieletniej dziewicy. Tak czy inaczej premiera "Rzeczy o mych smutnych dziwkach" ("Memoria de mis putas tristes") już wkrótce. 






27 lipca

Czy ten film może się nie udać? Czy jest ktoś, kto nie chce go zobaczyć? Po świetnych obrazach, jakimi niewątpliwie są "Batman - Początek" i "Mroczy Rycerz", przychodzi pora na kolejne dzieło Christophera Nolana - "Mroczny Rycerz powstaje" ("The Dark Knight Rises"). Powracamy do dobrze nam znanego Gotham, które, jak się okazuje, paść ma ofiarą pewnego spisku. Któż inny mógłby w tym momencie wkroczyć do akcji i pomóc wyzwolić miasto, dając kres złym zamiarom nieprzyjaciela, jak nie sam Bruce Wayne (w tej roli świetny Christian Bale)? W tej części pojawiają się również nowe postaci - pewna tajemnicza i intrygująca kobieta i ktoś, kto marzy o tym, aby dziedzictwo Batmana legło w końcu w gruzach - jego śmiertelny wróg Bane. Wszyscy dobrze wiemy, że ja wcale nie muszę reklamować tego filmu. To będzie prawdziwy kinowy hit końca lipca i wstydem, a przede wszystkim szkodą, będzie go nie zobaczyć.






sobota, 30 czerwca 2012

Opowiedzieć morze. . .






Tytuł: Ocean morze
Autor: Alessandro Baricco
Wyd.: Czytelnik
Rok wydania: 2001
Ilość stron: 241








Tę niepozorną książeczkę (10x15 cm) jakiś czas temu poleciła mi Biblionetka. Zakupiłam ją przez internet nieświadoma jej niewielkiego, niestandardowego rozmiaru. Nie wiem czemu, ale tytuł pasował mi do książki potężnej - twarda oprawa, minimum 500 stron i tak dalej. Przesyłka z książką przyszła, zaskoczenie wzbudziła, lecz odłożyłam powieść na półkę i leżała tak około roku, stapiając się z podobnych gabarytów serią o Mikołajku. W końcu jednak nadeszła i jej pora i wtedy zaskoczyła mnie po raz kolejny.

Otworzyłam ją i niemal od razu poczułam zapach morza, zobaczyłam jego bezkres i stanęłam nagimi stopami na zimnym, szorstkim piasku. Wraz z pierwszymi stronami wiedziałam, że to będzie książka wyjątkowa, że to będzie opowieść usiana magią, a Alessandro Baricco wzbudzi we mnie chęć poznania innych swoich dzieł. Tkwiłam w tym stanie do ostatniej strony.

Do hotelu Almayer usytuowanego tuż przy plaży zdanej na łaskę i niełaskę przypływów przybywa kilka przedziwnych postaci. Każda z nich nosi na swych barkach jakiś problem, jakąś nierozwiązaną sprawę, i każda z nich szuka ukojenia w tym konkretnie miejscu, a jeszcze konkretniej - w morzu. Poznajemy malarza Passona, którego widzimy zawsze po kolana w wodzie, ze sztalugą otuloną wiecznie białym płótnem. Rozczulamy się nad profesorem Bartleboomem prowadzącym badania nad punktem, w którym kończy się morze, a wieczorem pisującym pełne czułości listy do ukochanej, której jeszcze nie było mu dane poznać, aby pewnego dnia wręczyć jej je ze słowami "czekałem na ciebie całe życie". Swoją drogą, głęboko mnie to wzruszyło i uderzyło jako absolutny szczyt romantyzmu, i myślę, że każda kobieta skrycie o takim surrealistycznym oddaniu marzy. Poznajemy również Elisewin, chorą na niezidentyfikowaną chorobę nastolatkę, dla której jedynym lekarstwem i wybawieniem przed śmiercią mogą być morskie fale, a także towarzyszącego jej księdza, ojca Pluche, pisującego swe własne, niestandardowe modlitwy.

Oprócz tych pokrótce opisanych przeze mnie, śledzimy też losy kilku innych, równie niecodziennych osób, a w tle przewija się czasami dosyć specyficzny personel hotelu, jeżeli można tak nazwać dzieci krzątające się po korytarzach i pokojach, w tym chłopca czytającego sny lub dziewczynkę odgadującą myśli. Całość składa się na historię na wskroś niesamowitą i nieskończenie piękną, która mnie szczerze urzekła. Język, treść, postaci i ich historie - wszystko to tworzy klimat doskonały, klimat zimnego morza i wietrznej plaży, klimat morza wszechmogącego. I choć pewnie wspaniale czytałoby się tę książkę nad morzem, oceanem lub inną wielką wodą, polecam każdemu, również w miejskim zgiełku, bo po prostu warto.

5,5/6

 Zdjęcie z telefonu być może nie jest najwyższej jakości, no ale morze jest i tego się będę trzymać.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...