Zeszłoweekendową wyprawę w góry, która okazała się obfita w deszcz i wiatr, spędziłam zwiedzając lokalne galerie sztuki i muzea w rejonie Zakopanego. Sporym plusem tamtejszych miejsc była możliwość robienia zdjęć, wprawdzie bez użycia lampy błyskowej, ale i tego typu fotografia nie jest mi straszna. Po raz kolejny zachwycona Galerią Władysława Hasiora - dosyć oryginalnego polskiego artysty malarza, rzeźbiarza i scenografa - postanowiłam uwiecznić ją na zdjęciach i podzielić się twórczością tego niezwykle utalentowanego pana z tymi, którzy jeszcze tam nie dotarli. Od razu ostrzegam, że są to dzieła dla ludzi o mocnych nerwach i nawet trochę wpisują się w zeszłotygodniową atmosferę Halloween :)
niedziela, 4 listopada 2012
czwartek, 1 listopada 2012
Podsumowanie października, czyli blog od kuchni
Po dosyć ubogim wakacyjnym wrześniu, październik był całkiem bogaty w przeróżne posty, głównie recenzje książek. Tym razem starałam się nie próżnować :)
Na blogu pojawiło się 8 recenzji książek, co przekłada się bezpośrednio na liczbę przeczytanych, i 2 recenzje filmów, bo niestety tylko tyle udało mi się obejrzeć. Książkami miesiąca zostają bezapelacyjnie Filary ziemi (recenzja) ex aequo z Chimerycznym lokatorem (recenzja), choć to dwie kompletnie różne pozycje. Jeżeli chodzi o film, wybór tym razem był prosty, wyróżniam bowiem nowego Bonda, czyli Skyfall (recenzja).
W październiku blog miał 3951 wejść, z kolei ogólna liczba odwiedzin przekroczyła w tym miesiącu magiczne dziesięć tysięcy: 11241. Bezrobotna.pl może się pochwalić również 17 nowymi obserwującymi.
Najpopularniejszym postem października jest bezkonkurencyjnie recenzja książeczki dla dzieci O psie, który jeździł koleją (recenzja). Dużą popularnością cieszył się również Stos (klik) oraz mój nowy pomysł w postaci rekomendacji gier, tym razem byli to Osadnicy z Catanu (klik). Sporym zainteresowaniem obdarzyliście także Cykle fotograficzne (klik i klik).
Dosyć ciekawym tematem, ostatnio wręcz zaczęłam sobie notować przeróżne przykłady, są słowa, które wpisywane w wyszukiwarce przekierowują osoby buszujące po internecie na mojego bloga. Jako że nazwę mam taką a nie inną, często zaglądają do mnie ludzie szukający informacji na temat bezrobocia... Zresztą zobaczcie sami: rodzaje bezrobocia procent bezrobocia strona dla bezrobotnych i moje ulubione... mąż menel córka bezrobotna.
Popularność "Psa, który jeździł koleją" wcale mnie nie dziwi, kiedy co chwilę widzę hasła typu (pisownia oryginalna): ksionska pies ktury jezdzil koleja. Mniemam, że z tego względu odwiedza mnie sporo dzieci :)
Szukano również u mnie między innymi listu pisującego żale i szablonów odcisków niedźwiedzia...
Mam w każdym razie nadzieję, że każdy znalazł choć ułamek tego, na czym mu zależało :)
Dosyć ciekawym tematem, ostatnio wręcz zaczęłam sobie notować przeróżne przykłady, są słowa, które wpisywane w wyszukiwarce przekierowują osoby buszujące po internecie na mojego bloga. Jako że nazwę mam taką a nie inną, często zaglądają do mnie ludzie szukający informacji na temat bezrobocia... Zresztą zobaczcie sami: rodzaje bezrobocia procent bezrobocia strona dla bezrobotnych i moje ulubione... mąż menel córka bezrobotna.
Popularność "Psa, który jeździł koleją" wcale mnie nie dziwi, kiedy co chwilę widzę hasła typu (pisownia oryginalna): ksionska pies ktury jezdzil koleja. Mniemam, że z tego względu odwiedza mnie sporo dzieci :)
Szukano również u mnie między innymi listu pisującego żale i szablonów odcisków niedźwiedzia...
Mam w każdym razie nadzieję, że każdy znalazł choć ułamek tego, na czym mu zależało :)
środa, 31 października 2012
Cel? Bali!
Tytuł: Podróżuj, módl się i kochaj
Autor: Beata Pawlikowska
Wyd.: National Geographic
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 95
Kiedy przestaniesz gorączkowo szukać drogowskazów i dokładnych map, poczujesz, że świat sam cię prowadzi. W najlepszym dla ciebie kierunku.
Wczorajszy wieczór spędziłam na Bali - jednej z licznych indonezyjskich wysp. Nie wybrałam się oczywiście na tak dalekie wakacje, ale zawsze, kiedy czytam literaturę podróżniczą, czuję, że przenoszę się do miejsca, które jest w niej opisywane. Tym jednak razem wycieczkę zaliczam do średnio udanych.
Beata Pawlikowska - pisarz, podróżnik i łowca, jak sama lubi siebie określać, opowiada nam jak się podróżuje, modli i kocha na Bali. Niecałe sto stron to nie jest gigant pośród książek z danego gatunku. Nie możemy się po tej opowiastce spodziewać tego, że da nam wyczerpujące informacje na temat wyspy, i że zahaczy o każdy z ważniejszych punktów na mapie tamtejszej turystyki, zwyczajów i kultury. Niemniej pani Pawlikowska sprawia, że dowiadujemy się zdecydowanie za mało. Czyta się ją przyjemnie, nie powiem, że nie. Pisze lekko i dosyć ciekawie. Stworzyła jednak bardziej coś na kształt pamiętnika z ogromną liczbą dygresji i osobistych, nie do końca związanych z tematem uwag. Chciałam więcej, czekałam na więcej, ale mijały kolejne strony, a ja wciąż czułam niedosyt. Irytowało mnie trochę, że autorka na każdym kroku zaznaczała, że dla niej liczy się jedynie podróżowanie pełną parą, bez planów, rezerwacji, omijając główne atrakcje turystyczne tak, aby nic nie stało na przeszkodzie do zagłębiania się w prawdziwe życie mieszkańców danego rejonu. Ja to naprawdę rozumiem, sama bym tak chciała, ale często brakuje mi odwagi. Wystarczy jednak pojedyncza wzmianka na ten temat, nie muszę czytać o tym na niemal każdej stronie. I jeszcze te końcowe dywagacje na temat peleryny przeciwdeszczowej - czy naprawdę było to aż tak konieczne w książce, która nie jest poradnikiem pt. "Jak chronić się przed ulewą"? W miejsce tych informacji można było umieścić coś znacznie ciekawszego.
Z cienkich książeczek pani Pawlikowskiej czytałam już chociażby tę o Amazonii i z niej naprawdę zdołałam się czegoś dowiedzieć, nie przekreślam więc całej tej serii. "Podróżuj, módl się i kochaj" również nie była straconym czasem, jednak po literaturze podróżniczej spodziewam się garści informacji, które pozwolą mi jakoś określić dany zakątek świata. Tu ich nie dostałam.
3,5/6
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik oraz Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.
poniedziałek, 29 października 2012
007 zgłasza swą gotowość
Tytuł: Skyfall
Reż.: Sam Mendes
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Premiera: 26 października 2012
Gatunek: sensacyjny
Czas trwania: 2 godz. 23 min.
Wiecie, że premiera pierwszego filmu o agencie brytyjskiego wywiadu wojskowego miała miejsce 5 października 1962 roku? Oznacza to, że James Bond - słynna postać stworzona przez Iana Fleminga, obchodzi w tym roku swe kinowe pięćdziesięciolecie. Agent 007 był jak dotąd bohaterem 23 filmów i zagrało go dotychczas sześciu aktorów. Pierwszy z nich, Sean Connery, wcielił się w tę postać aż sześć razy. Po epizodzie z Georgem Lazenbym, na scenę wkroczył Roger Moore, który przechylał kieliszek martini i uwodził piękne kobiety w siedmiu kolejnych produkcjach. W 1987 roku zastąpiono go Timothym Daltonem, niemniej Bondem był on jedynie dwukrotnie, ponieważ podziękowano mu na rzecz Pierce'a Brosnana. Przełom nastąpić miał kilka lat i cztery filmy później, kiedy agentem Jej Królewskiej Mości został Daniel Craig. Nie był on sztampowym przystojniakiem i typowym elegantem. Jego szorstko męską aparycję wykorzystali również reżyserzy kolejnych produkcji, stawiając na bardziej ludzką twarz Bonda. Słynny 007 zaczął się ranić, krwawić, zakochiwać, złamano mu nawet serce. Miał swoje załamania, trafiały się porażki. Najnowsza część jego przygód zdaje się być jednak powrotem do wizji wcześniejszych reżyserów i ukłonem w stronę kultowych odsłon z Moorem czy Connerym. W popularną postać wciąż wciela się Craig, ale twórca "Skyfall" Sam Mendes obiera zgoła inny tor niż jego poprzednicy.
Nie jestem znawczynią serii o Bondzie, ani też zapaloną fanką kina akcji, lecz od czasów Daniela Craiga śledzę losy agenta brytyjskich służb wywiadu i każdorazowo zasiadam przed kinowym ekranem, oczekując niezapomnianych wrażeń. "Skyfall" zdaje się być najbardziej męską ze wszystkich tych produkcji. Sporo w niej scen pościgów, walki, wybuchów. Bond jest na powrót elegantem poprawiającym mankiety w najdziwniejszych warunkach z możliwych, a postaci kobiece przestają grać główne role, są jedynie dodatkiem. Nie uświadczymy tu miłości, reżyser wyplewił nawet jej echa. Agent nie rozpacza już nad tym, co było. Żyje dalej i żyje chwilą. Uwodzi, zabija, walczy i pokazuje figę z makiem własnej śmierci.
A sama fabuła? James Bond wraca po nieudanej akcji, po wyleczeniu z głębokich ran w niej poniesionych, niestroniący od alkoholu i w kondycji, która pozostawia wiele do życzenia. Jego strzał nie jest już tak celny, mięśnie tracą nieco na sile, a i zwinność zdaje się lekko szwankować. Na celowniku pojawia się jednak niezwykle niebezpieczna postać, chcąca zgładzić samą M. - przełożoną agenta 007 i jednocześnie niezwykle bliską mu osobę. To właśnie Bond zdaje się być idealnym antidotum na podłe i mściwe zamiary Raoula Silvy, w którego wcielił się przefarbowany na blond i niesamowicie przekonujący w tej roli Javier Bardem. Każda z czekających na agenta niebezpiecznych gierek stanowić będzie od tej pory niezrównane źródło motywacji i tym samym mobilizacji do skutecznego działania.
Sam Mendes, chociaż zalicza się raczej do grona reżyserów filmów kameralnych, serwuje nam tym razem wspaniałe widowisko. Pościg na motorze przez samo centrum Stambułu i walka na pędzącym pociągu to tylko przystawka. Danie główne pojawia się znacznie później, kiedy przenosimy się na mgliste i malownicze tereny Szkocji, wracając tym samym do korzeni agenta 007. Piękne zdjęcia, skrupulatny montaż i wysmakowane efekty specjalne robią wrażenie i przyczyniają się do nader pozytywnego odbioru filmu. Myślę, że to obraz, który okaże się ciekawy nie tylko dla wielbicieli "nowego Bonda", bardzo możliwe, że i fani tych wcześniejszych produkcji odnajdą w nim cząstkę początków półwiecznych losów agenta, które tak bardzo ich niegdyś zauroczyły.
5/6
piątek, 26 października 2012
Chimery Trelkovsky'ego
Tytuł: Chimeryczny lokator
Autor: Roland Topor
Wyd.: Replika
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 198
Roman Polański wiedział co robi, biorąc pod lupę dzieło Rolanda Topora i tworząc z niego serię szokujących, bulwersujących i przerażających obrazów, aby w końcowej fazie zlepić je w całość i podać nam na tacy film – niezrównoważony, szalony i absurdalny, niczym sam bohater powieści, i niczym nieuczesane twory wyobraźni jej autora. „Chimeryczny lokator” to książka odchodząca od wszelkich schematów, broniąca się przed nimi rękami i nogami. Częstuje nas groteską, słuszną porcją czarnego humoru i lekką dawką paranoi, która zdaje się udzielać co wrażliwszemu czytelnikowi w kontaktach z innymi mieszkańcami jego budynku. Autor porywa nas niemal do wnętrza umysłu osoby obłąkanej, sadza na ławce i mówi "obserwujcie". A my się poddajemy i z sercem w przełyku śledzimy rozwój wydarzeń.
Kiedy Trelkovsky wprowadzał się do nowej kamienicy, opłacił czynsz, wspiął się na swoje piętro i zamknął za sobą drzwi, nie spodziewał się nawet, że właśnie wydał na siebie wyrok. Od tej pory zmienić się miało całe jego życie. Codzienność ustąpić miała miejsca pełnej obłędu ucieczce przed domniemanie złą wolą sąsiadów. Nasz bohater popada w coraz to głębszą schizofrenię. Jego przeszłość topi się za nim, niczym śnieg wystawiony na działanie promieni słonecznych, a on sam zatraca granicę między własną tożsamością, a ramami, w które boleśnie wcisnąć chcą go żądni krwi sąsiedzi. Jest jeszcze mężczyzną, czy już kobietą? Pija kawę, czy czekoladę? Jakie papierosy pali? W jego głowie tłoczą się liczne pytania pozbawione jasnej odpowiedzi, a wszystko to wpycha go brutalnie w ramiona nieuniknionej psychozy.
Topor nie owija w bawełnę, nie zaserwuje nam dzieła, o którym zapomnimy wraz z przewróceniem ostatniej strony. Być może, zgłębiając tę powieść, uśmiechniemy się kilka razy pod naporem humoru autora, być może zanurzymy się w efektownym strumieniu jego myśli. Nie pozostawia jednak żadnych wątpliwości fakt, że przekaz tej książki godny jest poddania bardziej wnikliwej analizie, pozycja ta stanowi bowiem niezwykle przemyślane studium zniewolenia ludzkiego umysłu. A gdy wyjdziemy z domu i spojrzymy w oczy naszym sąsiadom, wzdrygniemy się na samo wspomnienie straszliwej wizji autora.
5,5/6
środa, 24 października 2012
To dziwne cierpienie. Umierać z tęsknoty za czymś, czego nigdy nie przeżyjesz*
Tytuł: Jedwab
Autor: Alessandro Baricco
Wyd.: Czytelnik
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 106
Jedwabnik to rodzaj nocnego motyla, tworzącego niezwykłe kokony owleczone długą, delikatną nicią. To właśnie ten owad przyczynia się do powstawania szlachetnej tkaniny, której piękno odzwierciedla nawet jej nazwa - jedwab. I to właśnie o uzyskiwaniu tego włókna i produkcji kosztownego materiału jest po trosze ta książka. Pamiętajmy jednak, że to, co z pozoru wydaje się być pierwszym planem opowieści, w twórczości Alessandro Baricco rzadko takowy rzeczywiście stanowi.
To moje drugie spotkanie z tym włoskim pisarzem. Po magicznej i niesamowicie pięknej wyprawie nad morze ("Ocean morze"),
udałam się tym razem do małej francuskiej mieściny, aby wybrać się stamtąd w podróż w nieznane i niebezpieczne zakątki Japonii. Autor szlakiem
jedwabiu, w osobie swego bohatera Herve'a Joncoura, ukazuje nam kulisy
handlu jajeczkami jedwabnika. Za otoczką świata ludzi bogacących się na uzyskiwaniu i sprzedaży tych kunsztownych tkanin, opowiada nam historię miłości, pragnień, nieziszczonych marzeń, rozczarowań i smutku. A wszystko to zupełnie w swoim stylu - pisząc o niczym i zawierając w tym wszystko.
Herve prowadzi spokojne życie hodowcy jedwabników. Ma dopiero 32 lata. Ma również dobrą i kochającą żonę o pięknym głosie. Monotonia dnia powszedniego go nie przeraża, wtapia się w niego i sprawia, że mężczyzna nie ma oczekiwań większych niż to, czym obdarza go los. Pewnego jednak dnia jajeczka stanowiące główne źródło przychodów mieszkańców wioski giną od nieznanej zarazy. W desperacji hodowcy dochodzą do wniosku, że należy udać się do Japonii, skąd wprawdzie wywożenie ich jest karalne, lecz zdaje się to w zaistniałej sytuacji jedynym logicznym rozwiązaniem. Herve Joncour wyrusza w podróż. Po kilku miesiącach wraca nieco odmieniony, nieobecny, z myślami fruwającymi daleko ponad życiem we Francji, gdzieś nad azjatycką przestrzenią. Nikt go o nic nie pyta. Wy też nie pytajcie. Przeczytajcie.
Historia jest na pozór bardzo prosta, napisana w formie zwięzłych rozdziałów. Zawiera jednak ogrom niedomówień, daje naszej wyobraźni niezbadane pole do popisu. Wszystkiego musimy się domyślać, a tory naszego rozumowania rozjeżdżają się i wracają z powrotem ku sobie, w miarę jak autor rozchyla odrobinę jedwabny szal powiewający nad jego opowieścią. Ja wiem jak pisze Baricco i wiedziałam od początku jak tę książkę traktować. Wiedziałam, że nie należy brać jej do końca dosłownie, że jest czymś na wzór przenośni. I choć bardziej podobał mi się jednak "Ocean morze", również i temu dziełu nie można odmówić tego śródziemnomorskiego uroku, którym autor otacza swe historie.
5/6
* str. 87
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny Trójka e-pik.
Herve prowadzi spokojne życie hodowcy jedwabników. Ma dopiero 32 lata. Ma również dobrą i kochającą żonę o pięknym głosie. Monotonia dnia powszedniego go nie przeraża, wtapia się w niego i sprawia, że mężczyzna nie ma oczekiwań większych niż to, czym obdarza go los. Pewnego jednak dnia jajeczka stanowiące główne źródło przychodów mieszkańców wioski giną od nieznanej zarazy. W desperacji hodowcy dochodzą do wniosku, że należy udać się do Japonii, skąd wprawdzie wywożenie ich jest karalne, lecz zdaje się to w zaistniałej sytuacji jedynym logicznym rozwiązaniem. Herve Joncour wyrusza w podróż. Po kilku miesiącach wraca nieco odmieniony, nieobecny, z myślami fruwającymi daleko ponad życiem we Francji, gdzieś nad azjatycką przestrzenią. Nikt go o nic nie pyta. Wy też nie pytajcie. Przeczytajcie.
Historia jest na pozór bardzo prosta, napisana w formie zwięzłych rozdziałów. Zawiera jednak ogrom niedomówień, daje naszej wyobraźni niezbadane pole do popisu. Wszystkiego musimy się domyślać, a tory naszego rozumowania rozjeżdżają się i wracają z powrotem ku sobie, w miarę jak autor rozchyla odrobinę jedwabny szal powiewający nad jego opowieścią. Ja wiem jak pisze Baricco i wiedziałam od początku jak tę książkę traktować. Wiedziałam, że nie należy brać jej do końca dosłownie, że jest czymś na wzór przenośni. I choć bardziej podobał mi się jednak "Ocean morze", również i temu dziełu nie można odmówić tego śródziemnomorskiego uroku, którym autor otacza swe historie.
5/6
* str. 87
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny Trójka e-pik.
niedziela, 21 października 2012
Cykl fotograficzny # 6 - pierwsze spotkanie z Islandią
W 2009 roku wybrałam się w podróż moich marzeń - odwiedziłam Islandię. Miałam trzy tygodnie na to, aby objechać ją całą autostopem i nie ciążył mi nawet ciężki plecak wypełniony po brzegi jedzeniem z Polski (wszak studencki budżet na stołowanie się tam raczej nie pozwala). Przywiozłam mnóstwo wspaniałych wspomnień, z których większość udało mi się zapisać za pomocą migawki aparatu. Dziś to dopiero skromny wstęp, zalążek tego, co możemy tam zobaczyć. Zaczynamy jednak od południowo-zachodniej części wyspy, czyli w miejscu, gdzie i ja rozpoczęłam swą podróż. Oto kilka zdjęć z jednego z tamtejszych parków narodowych - Thingvellir, oraz z pola geotermalnego Geysir.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























